– Wyobrażasz sobie, że kim ty jesteś u diabła?
– Twoim mężem.
Z jakiegoś powodu poważna stanowczość tego stwierdzenia wywołała przeskok jej serca gdzieś w okolicy żeber. Zacisnęła dłoń na klamce, szukając oparcia. Odnotował jej reakcję i z lekkim uśmiechem dodał:
– To ładnie brzmi, o ile tylko przyzwyczaisz się do tego.
– Nie sądzę – powiedziała buntowniczo, ale pomyślała, że to rzeczywiście brzmiało ładnie.
Przestał się uśmiechać.
– Pozwól w takim razie, że przedstawię ci słowa brzmiące o wiele gorzej. Jeśli w dalszym ciągu sypiasz z Reynoldsem, to takim słowem jest cudzołóstwo.
Meredith popchnęła drzwi z siłą, która zatrzasnęłaby je z hukiem, gdyby Matt nie zatrzymał ich stopą. Jednocześnie jego dłonie znalazły się na jej ramionach. Wyciągnął ją na korytarz. Zagarnął jej usta w pocałunku, jednocześnie szorstkim i czułym. Przyciągnął ją mocno do siebie i w tym momencie złagodził pocałunek. Muskał jej wargi swoimi rozchylonymi ustami. Dotykał ich lekko, subtelnie. Temu pocałunkowi było się nawet trudniej oprzeć niż poprzedniemu. Przesunął usta w stronę jej ucha, uchwycił nimi jego brzeg i lekko go ścisnął. Ciarki przeszły jej po plecach, kiedy wyszeptał:
– Wiem, że też chcesz mnie pocałować. Czuję to. Dlaczego nie poddasz się impulsowi? – zachęcał ją lekko schrypniętym głosem. – Jestem więcej niż chętny i całkowicie do twojej dyspozycji…
Ku jej przerażeniu, te żartobliwe słowa wyciszyły jej złość i jednocześnie pobudziły ją do śmiechu i zrobienia dokładnie tego, co sugerował.
– Pomyśl, jak byś się czuła – perswadował łagodnie, a usta przesuwał poprzez jej policzek znowu ku wargom – jeśli dzisiaj w drodze do domu zginąłbym w wypadku samochodowym.
Meredith, coraz bliższa śmiechu, otworzyła usta, żeby powiedzieć coś odpowiednio błahego, albo jeszcze lepiej sarkastycznego i w chwili, gdy to zrobiła, jego usta znalazły się na jej ustach. Rękę trzymał z tyłu na jej szyi, unieruchamiając tym jej usta przy swoich. Drugą przesuwał wzdłuż jej pleców, przyciskając jej biodra do siebie. I Meredith przegrywała tę batalię. Była stopiona z nim od stóp do głów. Znajdowała się we władaniu jego rąk, ust i języka. Ponosiła poniżającą porażkę. Jej pięści, oparte do tej pory o jego klatkę piersiową, odpychające go, przestały nagle stawiać opór. Przesunęła ręce w górę po koszuli pod jego płaszczem, jej palce poruszały się we własnym rytmie, przemierzając ciepłe, umięśnione przestrzenie. Jego język pieścił ją, usta uparcie zmuszały, żeby rozchylała swoje dla niego coraz szerzej, i nagle stało się to dla niej bardzo przyjemne. Nie mogła się powstrzymać i oddawała mu pocałunki z przepełniającymi ją desperacją i zmieszaniem. Wyczuł to natychmiast i objął ją mocniej, jego usta zaczęły się poruszać z gorączkowym pośpiechem. Poczuła, jak narasta jej własne pożądanie.
W nie udawanej panice wyrwała się 2 jego uścisku, przerywając pocałunek. Oddychała ciężko, cofnęła się w stronę swoich drzwi. Zaciśnięte dłonie opuściła luźno.
– Jak mogłaś nawet brać pod uwagę sypianie z Reynoldsem, jeśli całujesz mnie w taki sposób? – zapytał cichym, oskarżycielskim tonem.
Zmobilizowała się, żeby spojrzeć na niego ze złością i pogardą.
– Jak mogłeś złamać obietnicę, że będziesz się u mnie zachowywać przyzwoicie?
– Nie jesteśmy w twoim mieszkaniu – wytknął jej i ta umiejętność manewrowania wszystkim i wszystkimi dla osiągnięcia własnych celów była kroplą przepełniającą czarę.
Cofnęła się do mieszkania, powstrzymała impuls, żeby z hukiem zamknąć mu drzwi przed nosem, i w ostatniej chwili zamknęła je tylko mocno. Już bezpieczna w swoich czterech ścianach, oparła się o nie ciężko, odchyliła głowę ze złością, w poczuciu porażki. Dla każdej kobiety z charakterem już sam fakt, że ją szantażował i wmanewrował w ten układ, wystarczyłby, żeby przez te krótkie trzy miesiące trzymać go na dystans. Ale nie dla niej, pomyślała ze złością, odrywając się od drzwi. Ona nie wytrzymała nawet tygodnia! Tam gdzie on wchodził w grę, nie miała za grosz charakteru. Była w jego rękach bardzo podatnym tworzywem. Czując niesmak do siebie samej, podeszła do kanapy. Zatrzymała się przy stoliku stojącym u jej krańca i wzięła do ręki zdjęcie Parkera. Spojrzała w jego twarz: uśmiechnięta, przystojna, emanująca prawością i wzbudzająca zaufanie. W dodatku kochał ją! Mówił jej to wiele razy. Matt ani razu! Czy powstrzyma ją to jednak przed zaprzepaszczeniem z powodu Matta Farrella własnej dumy i respektu dla samej siebie. Najprawdopodobniej nie, pomyślała gorzko. Nie zanosiło się na to.
Stuart powiedział, że Matt nie chciał jej zranić. Sądząc po tym, jak przyszedł jej wczoraj z pomocą, była skłonna uwierzyć w to, nawet teraz, kiedy była opanowana przez emocje, których nie chciała i nie potrafiła kontrolować. Nie, Matt nie chciał jej zranić. Dla bliżej nie sprecyzowanych, pokrętnych powodów Matt chciał mieć ją z powrotem dla siebie i to tutaj był moment, kiedy mogła zostać zraniona. Zła reputacja Matta jako kobieciarza była legendarna. Był on też człowiekiem, po którym można się było spodziewać absolutnie wszystkiego i na którym absolutnie nie można było polegać. Ta kombinacja całkowicie gwarantowała złamanie jej serca.
Opadła na kanapę, twarz ukryła w dłoniach. Nie chciał jej zranić… Przez kilka minut rozważała odwołanie się do jego instynktu opiekuńczego, tego samego, który wczoraj kazał mu poruszyć niebo i ziemię, żeby jej pomóc. Może powiedzieć mu szczerze: „Matt, wiem, że tak naprawdę nie chcesz mnie zranić, proszę cię więc, zostaw mnie w spokoju. Zaplanowałam sobie bardzo przyjemne życie. Nie niszcz mi tego. Nic dla ciebie nie znaczę, jestem po prostu twoją kolejną zdobyczą, przemijającą obsesją…”
Rozważała to, ale wiedziała, że byłaby to tylko strata czasu. To wszystko właściwie już mu powiedziała, bez żadnego skutku. Matt zamierzał prowadzić tę batalię do samego końca i wyjść z niej zwycięsko, a robił to z powodów, które były prawdopodobnie bardziej jasne dla niej niż dla niego samego.
Uniosła głowę i spojrzała w ogień. Przypomniała sobie jego słowa: Oferuję ci raj, daję ci go na tacy. Będziemy rodziną, będziemy mieć dzieci… Chciałbym szóstkę, ale zadowolę się jednym.
Może gdyby powiedziała mu, że nie może mieć dzieci, zarzuciłby cały ten plan. W chwili, kiedy uświadomiła sobie, że mogłoby się tak stać, poczuła, jakby jej serce miało się zaraz rozpaść na kawałki. Była wściekła i na siebie, i na niego za tę reakcję.
– A niech cię diabli wezmą! – wypowiedziała głośno pod jego adresem. – Niech cię diabli wezmą za to, że znowu przez ciebie czuję się taka bezbronna.
On nie chciał rodziny, chciał tylko czegoś nowego, doprowadzenia do tego, żeby była z nim przez jakiś czas. Wiedziała, że seks z nią znudziłby się mu w ciągu kilku dni. Matt był człowiekiem całkowicie oddanym wrażeniom zmysłowym, sypiał z gwiazdami filmowymi i modelkami o egzotycznej urodzie. Ona zaś miała zahamowania seksualne i zawstydzająco małe doświadczenie w tych sprawach. Wiedziała o tym, czuła to już wtedy z Mattem, jedenaście lat temu. Musiały minąć dwa lata od ich rozwodu, żeby odzyskała, chociaż w niewielkim stopniu, wiarę w siebie i zdolność do odczuwania pożądania. Lisa twierdziła, że jedyną kuracją zapewniającą pozytywny efekt będzie przespanie się z kimś innym. I Meredith spróbowała tego. Poszła do łóżka z uniwersyteckim mistrzem bieżni, który uganiał się za nią od miesięcy. Skończyło się to kompletnym fiaskiem. Jego pieszczoty przyprawiały ją o mdłości, a ta jej reakcja i brak doświadczenia sfrustrowały i rozeźliły go. Nawet teraz mogła przywołać w pamięci jego docinki. Drżała na to wspomnienie: No, mała, nie leż tak, i ty zrób coś dla mnie… Co do diabła jest z tobą… Jak ktoś, kto wygląda tak seksownie jak ty, może być taki zimny? Kiedy próbował doprowadzić sprawę do końca, coś się w niej przełamało, wyrwała mu się, chwyciła swoje ubranie i uciekła. Zdecydowała, że seks jest nie dla niej.