Potem spała już tylko z Parkerem, ale on był inny. Czuły, słodki i niewymagający. Jednak nawet on był rozczarowany nią w łóżku; nigdy nie krytykował jej wprost, ale wyczuwała to.
Odchyliła się do tyłu i oparła głowę na kanapie. Wpatrywała się w sufit suchymi oczami, odmawiając sobie komfortu wypłakania łez, które dławiły jej gardło. Parker nigdy nie pozwolił, żeby czuła się tak nieszczęśliwa jak teraz. Nigdy. Tylko Matt mógł doprowadzić ją do czegoś takiego i nawet mimo to ciągle jeszcze go pragnęła.
Świadomość tego sparaliżowała ją, była nie do zaakceptowania, ale była faktem.
Doprowadził ją do tego stanu zaledwie w ciągu kilku dni. Była to dla niej całkowita i upokarzająca kapitulacja. W oczach zalśniły jej łzy wstydu i bezradności. Nawet nie musiał powiedzieć, że ją kocha, żeby porzuciła dla niego swoje życiowe plany.
W drugim krańcu pokoju zabytkowy zegar dziadka zaczął wybijać dziesiątą. Dla niej wybijał koniec okresu spokoju i błogości.
Matt wyminął rollsem dwie ciężarówki blokujące jego pas ruchu i sięgnął po telefon. Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał już dziesiątą, ale bez wahania wykręcił numer. Peter Vanderwild odezwał się już po drugim sygnale. Wydawało się, że był zaskoczony i wyróżniony tym bezprecedensowo późnym telefonem.
– Mój wyjazd do Filadelfii zakończył się sukcesem – powiedział Mattowi, mylnie przypuszczając, że to było powodem telefonu szefa.
– Mniejsza o to – zniecierpliwił się Matt… – Chcę wiedzieć, czy jest możliwe, żeby powstał jakiś przeciek na temat naszego wykupywania akcji „Bancrofta”, taki, który mógłby spowodować na Wall Street plotki o próbie ich przejęcia?
– Absolutnie nie. Przedsięwziąłem zwykłe środki, żeby zakamuflować naszą tożsamość do czasu składania dokumentacji w komisji. Ich akcje idą ciągle w górę. Kupowanie ich kosztuje nas coraz więcej.
– Zdaje się, że ktoś jeszcze włączył się do tej gry – powiedział zwięźle Matt. – Sprawdź do diabła, kto to jest!
– Ktoś naprawdę próbuje ich przejąć? – powtórzył Vanderwild. – Też tak myślałem wcześniej, ale dlaczego w tym momencie? Są kiepską inwestycją, o ile ktoś, tak jak ty, nie ma osobistych powodów.
– Peter – ostrzegł Matt – nie wtykaj nosa w moje osobiste sprawy, bo zaczniesz wertować rubryki z ofertami pracy.
– Nie chciałem… to znaczy, czytałem gazety… przepraszam…
– Świetnie – przerwał mu Matt. – Zajmij się sprawdzeniem tych plotek. Dowiedz się, czy rzeczywiście ktoś jeszcze się nimi interesuje, i jeśli tak, to kto to taki!
Luksusowy liniowiec wspinał się z gracją na potężne fale Atlantyku, po czym bez wysiłku zsuwał się w dół. Dla Philipa Bancrofta było to najbardziej irytujące, najnudniejsze z przeżyć, jakich kiedykolwiek był zmuszony doświadczać. Siedział przy kapitańskim stole pomiędzy żoną senatora a nafciarzem z Teksasu. Z udawanym zainteresowaniem słuchał mówiącej do niego kobiety:
– Powinniśmy wpłynąć do portu pojutrze późnym popołudniem – mówiła. – Dobrze się pan bawi na tym rejsie?
– Wyśmienicie – skłamał, odchylając brzeg rękawa smokingu i zerkając ukradkiem na zegarek. W Chicago była dziesiąta wieczór. Powinien teraz oglądać właśnie wiadomości albo grać w karty w klubie, a nie być uwięziony w tym pływającym hotelu.
– Zatrzyma się pan u przyjaciół, kiedy dotrzemy do Włoch? – zapytała.
– Nie mam tam przyjaciół – odparł Philip. Pomimo irytującego znudzenia z każdym dniem czuł się lepiej. Wracały mu siły. Jego lekarz miał rację, potrzebował na jakiś czas całkowitego oderwania się od problemów świata i swojej firmy.
– Nie ma pan tam przyjaciół? – powtórzyła, usilnie próbując jednostronnie podtrzymać tę konwersację.
– Nie. Nikogo poza byłą żoną – odpowiedział odruchowo.
– O! Odwiedzi ją pan?
– Wątpię – odparł i zamarł zszokowany, że wspomniał w ogóle o kobiecie, którą tyle lat temu wyrzucił ze swojego domu i życia. Najwyraźniej całe to wymuszone wypoczywanie otępiło jego umysł.
ROZDZIAŁ 47
Od tej chwili, kiedy Matt zasugerował, żeby we czwórkę celebrowali jej urodziny, Meredith miała co do tego potężne wątpliwości. Kiedy jednak Parker i Lisa pojawili się, jedno po drugim, ostentacyjnie radośni i w uroczystym nastroju, uśpili jej obawy i zaczęła myśleć, że może mimo wszystko ten wieczór nie okaże się katastrofalny.
– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Mer – powiedziała Lisa, ściskając ją mocno i wręczając kolorowo opakowaną paczuszkę.
– Wszystkiego najlepszego – wtórował jej Parker i wręczył Meredith małe, dosyć ciężkie, podłużne pudełeczko. – Farrella jeszcze nie ma?
– Nie, jeszcze nie przyszedł, ale mamy wino, a w kuchni są przekąski. Właśnie przygotowywałam tacę z nimi.
– Dokończę i przyniosę ją – zgłosiła się na ochotnika Lisa. – Umieram z głodu. – Zniknęła w kuchni w obłoku przybranego frędzlami, śliwkowego jedwabiu.
Parker wykrzywił się, patrząc na nią i powiedział z pretensją do Meredith:
– Dlaczego ona się tak ubiera? Dlaczego nie może wyglądać jak normalni ludzie?
– Dlatego, że jest osobą wyjątkową – odpowiedziała Meredith ze stanowczym uśmiechem. – A wiesz – dodała, uśmiechając się zagadkowo – większość mężczyzn jest zdania, że Lisa jest oszałamiającą kobietą.
– Ja lubię twój styl ubierania się – powiedział, obrzucając pełnym uznania spojrzeniem jej jaskrawoczerwone aksamitne bolerko ze złotą lamówką. Całość uzupełniał szeroki krawat nadający strojowi aurę zwodniczej niewinności. Bolerko było w tej chwili rozpięte i uwidaczniało czerwoną sukienkę bez ramiączek, mocno dopasowaną w jej szczupłej talii i delikatnie udrapowaną. Parker zignorował jej uwagę na temat Lisy, uśmiechnął się i powiedział: – Otwórz prezent ode mnie, zanim przyjdzie Farrell.
Wewnątrz paczuszki opakowanej w srebrny papier było aksamitne pudełeczko wyłożone jedwabiem, na którym leżała wspaniała bransoletka z szafirów i diamentów. Wyjęła ją delikatnie.
– Jest piękna – szepnęła, czując jednocześnie bolesny ucisk w żołądku. W jej oczach pojawiły się piekące łzy, w efekcie czego połyskujący klejnot zaczął się zamazywać i falować. W tym momencie zdała sobie sprawę z tego, że ani ta bransoletka, ani sam Parker nie będą należeć do niej. Nie w sytuacji, kiedy już go zdradziła i w myślach, i w sercu, gdy ogarnęła ją ta beznadziejna obsesja na punkcie Matta. Uniosła głowę i zmusiła się, żeby mu spojrzeć prosto w oczy. Patrzył na nią wyczekująco. Podała mu bransoletkę. – Przepraszam, Parker – powiedziała przyduszonym głosem – jest wspaniała, ale… ale nie mogę jej przyjąć.
– Dlaczego? – zapytał, ale już znał odpowiedź, wyczuł, że nadchodzi ten moment. – A więc tak się sprawy mają – powiedział ochryple – Farrell wygrał.
– Niezupełnie – odparła cicho – ale bez względu na to, co zaszło między mną a Mattem, i tak nie mogłabym wyjść za ciebie. Nie teraz. Zasługujesz na coś więcej niż na żonę, która nie może zapanować nad swoimi uczuciami do innego mężczyzny.
Po pełnej napięcia ciszy zapytał:
– Czy Farrell wie, że zrywasz nasze zaręczyny?
– Nie – wyjaśniła żarliwie – wolałabym, żeby o tym nie wiedział. Byłby tylko bardziej natarczywy.