Parker po raz kolejny zawahał się, po czym wziął bransoletkę z jej dłoni i założył ją na jej nadgarstek.
– Nie poddaję się jeszcze – powiedział ze smętnym uśmiechem. – Traktuję to jako drobne niepowodzenie. Naprawdę nie cierpię tego drania.
Rozległ się dzwonek domofonu i Parker podniósł wzrok. W drzwiach kuchni zobaczył Lisę stojącą z tacą w dłoniach.
– Jak długo u diabła tam stoisz i podsłuchujesz? – zaatakował ją, kiedy Meredith poszła wpuścić Matta do mieszkania.
– Niezbyt długo – powiedziała i uderzyło go to, że jak na nią, ton jej głosu był niezwykle łagodny. – Masz ochotę na kieliszek wina?
– Nie – powiedział gorzko. – Mam ochotę na całą butelkę.
Zamiast roztrząsać ten problem, napełniła kieliszek i przyniosła mu go. Jej oczy lśniły dziwnie i było w nich wiele łagodności.
W chwili, kiedy Matt przekroczył próg, Meredith wydało się, że całe wnętrze zaczęło emanować siłą jego osobowości.
– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin – powiedział, patrząc na nią z uśmiechem. – Wyglądasz fantastycznie – objął wzrokiem jej postać, począwszy od błyszczących, złotych włosów, aż po czubki czerwonych pantofelków.
Podziękowała mu i próbowała nie dostrzegać, jak dobrze, on sam prezentował się w szarym garniturze z kamizelką, w olśniewająco białej koszuli i klasycznym krawacie w paski. Lisa zrobiła pierwszy krok, żeby rozluźnić atmosferę.
– Cześć Matt – powiedziała rozpromieniona. – Wyglądasz dzisiaj bardziej jak bankier niż Parker.
– Ja nie mam znaczka Phi Beta Kappa – zażartował Matt, niechętnie wyciągając dłoń, żeby przywitać się z Parkerem, który wyciągnął swoją w jego stronę równie niechętnie.
– Lisa nie cierpi bankierów – powiedział Parker po przywitaniu się. Podszedł do butelki z winem. Uniósł swój kieliszek i wychylił go do dna. – Cóż, Farrell – powiedział bezprecedensowo niegrzecznie. – To urodziny Meredith. Lisa i ja pamiętaliśmy o nich. Gdzie twój prezent?
– Nie przyniosłem go tutaj.
– To znaczy, zapomniałeś, tak?
– To znaczy, że go tutaj nie przyniosłem.
– Chodźmy już – powiedziała energicznie Lisa, podzielając także pragnienie Meredith, żeby obydwaj mężczyźni znaleźli się jak najszybciej w miejscu publicznym, najlepiej bardzo głośnym, co uniemożliwiłoby im słowną szermierkę. – Meredith może później otworzyć mój prezent.
Przed budynkiem czekała limuzyna Matta. Lisa wsiadła pierwsza, a Meredith tuż za nią. Celowo zajęła miejsce obok Lisy, eliminując możliwość rozpoczęcia przez obydwu mężczyzn utarczki na temat tego, kto przy kim usiądzie. Jedyną osobą, która nie była spięta, był Joe O'Hara. Powiększył on jednak tylko ich napięcie, mówiąc z uśmiechem:
– Dobry wieczór, pani Farrell.
W samochodzie obok zainstalowanego tam barku w srebrnych pojemnikach z lodem stały dwie butelki Dom Perignon.
– Co powiecie na szampana? Uwielbiam… – zaczęła Lisa, ale w tej samej chwili limuzyna ostro włączyła się do ruchu, wciskając ją w siedzenie. Gwałtownie zaczerpnęła tchu.
– Chryste! – wybuchnął Parker, walcząc o utrzymanie równowagi, tą samą siłą popchnięty do przodu, jako że siedział tyłem do kierowcy. – Ten twój idiotyczny szofer przeciął właśnie cztery pasy ruchu i przejechał na czerwonym świetle!
– Jest absolutnie kompetentny – odparł Matt, podnosząc głos, żeby być słyszanym poprzez dźwięki klaksonów naciskanych przez poirytowanych kierowców innych samochodów. Nikt nie zauważył, że stary chevrolet podąża ich śladem, desperacko zmieniając pasy ruchu, ilekroć oni to robili. Limuzyna zmierzała w stronę autostrady, lawirując wśród samochodów znajdujących się na ich trasie. Matt tymczasem podniósł schłodzoną butelkę szampana i otworzył ją. – Wszystkiego najlepszego w trzydzieste urodziny – powiedział, wręczając Meredith pierwszy kieliszek. – Przepraszam, że opuściłem ostatnich jedenaście.
– Meredith nie znosi dobrze szampana – przerwał mu Parker. Ze znaczącym uśmiechem zwrócił się do Meredith dodając: – Pamiętasz, jak zrobiło ci się niedobrze po szampanie na przyjęciu u Remingtonów?
– Właściwie nie było mi niedobrze, kręciło mi się tylko w głowie – skorygowała Meredith, zaskoczona zarówno jego tonem, jak i tematem rozmowy.
– Bardzo kręciło ci się w głowie – droczył się z nią. – I byłaś trochę nieznośna. Zmusiłaś mnie, żebym stał z tobą na mrozie na balkonie. Pamiętasz, okryłem cię moim płaszczem. Wtedy dołączyli do nas Stan i Milly Mayfield. Nakryliśmy się naszymi płaszczami i zostaliśmy tam. – Zerknął na Matta i powiedział chłodno, z wyższością: – Znasz Mayfieldów?
– Nie – odpowiedział Matt, podając Lisie kieliszek z szampanem.
– Oczywiście, skąd mógłbyś ich znać – powiedział pogardliwie. – Milly i Stan to starzy przyjaciele Meredith i moi. – Powiedział to, chcąc sprawić, żeby Matt poczuł, że nie należy do ich kręgu towarzyskiego, i Meredith natychmiast podchwyciła inny temat. Lisa szybko włączyła się w rozmowę, wciągając w nią i Matta. Parker wypił jeszcze cztery kieliszki szampana i zaprezentował dwie kolejne zabawne historyjki o ludziach, których znali on i Meredith, a których nie znał Matt.
Meredith nie znała ani nigdy nie słyszała o restauracji, którą wybrał Matt, ale polubiła ją, gdy tylko weszli do foyer. Manchester House była urządzona w stylu angielskiego pubu z witrażami w oknach i masywnym drewnianym sufitem. Wzdłuż tyłu całego budynku ciągnęła się sala klubowa. Sale restauracyjne, położone po obydwu stronach foyer, były małe i przytulne, oddzielone od sekcji klubowej drabinkami oplecionymi winoroślami. Sala klubowa, dokąd ich zaprowadzono, aby zaczekali, aż ich stolik będzie gotowy, wypełniona była świątecznie nastrojonymi ludźmi, a między innymi dwudziestoma uczestnikami jakiegoś przyjęcia. Sądząc z wybuchów śmiechu dobiegających od strony tego stolika, jak i od stolików przy barze, niemal wszyscy dawali upust świątecznej radości.
– To na pewno nie jest miejsce, jakie ja bym wybrał, żeby uczcić urodziny Meredith – powiedział Parker, kiedy już usiedli. Obrzucił przy tym Matta pogardliwym spojrzeniem.
Matt, hamując zniecierpliwienie ze względu na Meredith, powiedział bezbarwnie:
– Ja także nie wybrałbym tego, ale jeśli chcemy zjeść w spokoju, to musiało to być miejsce stosunkowo mało oświetlone i z dala od utartych szlaków.
– Tu będzie bardzo miło, Parker – obiecała Meredith i naprawdę jej się tu podobało: angielska atmosfera i przyjemna muzyka grana przez zespół sprawiały sympatyczne wrażenie.
– Zespół jest dobry – zgodziła się Lisa i wychyliła się lekko ze swojego miejsca, żeby przyjrzeć się muzykom. W chwilę potem zaskoczona zobaczyła, jak do sali klubowej wkroczył szofer Matta i zasiadł przy stoliku w dalekim krańcu baru. – Matt – powiedziała śmiejąc się z niedowierzaniem. – Wydaje mi się, że twój szofer właśnie zdecydował, że schroni się przed zimnem i wypije piwo.
Matt, nie patrząc w tamtą stronę, odpowiedział:
– Joe pije colę, a nie piwo, kiedy jest na służbie.
Pojawił się kelner, żeby przyjąć ich zamówienie na drinki. Meredith uznała, że nie ma potrzeby informować Lisy, że Joe był też ochroniarzem Matta, zwłaszcza że sama wolała o tym nie pamiętać.
– Czy to już wszystko? – zapytał kelner, a kiedy przytaknęli, przeszedł na koniec baru. Zaczynał właśnie przekazywać zamówienie barmanowi, kiedy podszedł do niego niski mężczyzna ubrany w wyjątkowo obszerny płaszcz i powiedział:
– Masz ochotę kolego na zarobienie szybkiej stówy? Kelner obrócił się.
– W jaki sposób?
– Pozwól mi tylko postać przez jakiś czas za tą winoroślą.
– Po co?