– Przy jednym ze stolików masz całkiem ważnych gości, a ja mam aparat fotograficzny pod tym płaszczem. – Wyciągnął dłoń, w której miał legitymację prasową dobrze znanego wydawnictwa i pieczołowicie złożony studolarowy banknot.
– Staraj się nie rzucać w oczy – powiedział kelner, dyskretnie chowając pieniądze.
Właściciel restauracji podniósł słuchawkę telefonu na swoim, stanowisku w głównym foyer i wykręcił numer Noela Jaffe, który prowadził w swoim piśmie ranking restauracji.
– Noel – powiedział, odwracając lekko głowę, tak żeby nie usłyszeli go nowi goście wchodzący właśnie przez główne drzwi. – Mówi Alex z Manchester House. Pamiętasz, jak powiedziałem, że kiedyś odwdzięczę ci się za ładny opis mojej restauracji w twojej kolumnie? Zgadnij, kto właśnie siedzi przy jednym ze stolików.
– Żartujesz – zaśmiał się Jaffe, kiedy Alex powiedział mu, kim są jego goście. – Może naprawdę są taką ślicznie szczęśliwą rodzinką jak na tej konferencji prasowej.
– Nie dzisiaj wieczorem – powiedział Alex trochę głośniejszym szeptem. – Narzeczony wygląda jak chmura gradowa i wypił już dużo.
Po krótkiej chwili zastanowienia Jaffe zaśmiał się cicho i powiedział:
– Zaraz będę u ciebie z moim fotografem. Znajdź nam stolik, z którego będziemy mogli obserwować wszystko, nie rzucając się w oczy.
– Nie ma Sprawy. Pamiętaj tylko: kiedy będziesz o tym pisał, nazwa mojej restauracji ma być napisana poprawnie i nie zapomnij o adresie.
Alex odłożył słuchawkę. Był tak zadowolony z darmowej reklamy, jaką zapewnili mu ci bogaci sławni mieszkańcy Chicago jedzący w jego restauracji, że zadzwonił jeszcze do kilku stacji radiowych i telewizyjnych też.
W chwili, kiedy kelner przyniósł drugą, a dla Parkera trzecią porcję drinków, Meredith zdawała sobie sprawę z tego, że ten ostatni pije zbyt dużo i zbyt szybko. To, samo w sobie, nie byłoby tak alarmujące, gdyby Parker jednocześnie nie uparł się, żeby zasilać konwersację ciągłym strumieniem opowiastek o rzeczach, które on i Meredith robili razem. Większość z tych opowiastek zaczynał słowami:
– Pamiętasz, kiedy…
Meredith nie zawsze pamiętała, a co więcej stawała się coraz bardziej świadoma, że Matt zaczynał być zły.
Ale Matt nie zaczynał być zły, on już był wściekły. Przez trzy kwadranse zmuszony był wysłuchiwać Reynoldsa relacjonującego historyjki o sobie i Meredith, po to, żeby wytknąć Mattowi, że bez względu na to, jak wiele ma pieniędzy, zawsze, nieodwołalnie będzie stać dużo niżej na szczeblach drabiny towarzyskiej niż on i Meredith. Jedna z tych historyjek opowiadała o tym, jak to Meredith złamała rakietę tenisową w czasie rozgrywek deblowych, w których grała z nim w klubie, kiedy była nastolatką… inna z kolei dotyczyła jakichś cholernych tańców, organizowanych przez ekskluzywną szkołę, w czasie których upuściła naszyjnik… jeszcze inna o meczu polo, na który zabrał ją niedawno.
Kiedy zaczął mówić o akcji charytatywnej, przy której pracowali razem, Meredith wstała szybko.
– Idę poprawić makijaż – powiedziała, przerywając Parkerowi.
– Pójdę z tobą – oświadczyła Lisa.
Jak tylko znalazły się w toalecie, Meredith podeszła do umywalki. Ręce oparła o blat z kafelków. Stała w pozie wyrażającej całkowitą klęskę.
– Nie wiem, czy długo to jeszcze wytrzymam. Nie wyobrażałam sobie, że ten wieczór może być aż tak okropny.
– Może powinnam udać, że źle się czuję, żeby odwieźli nas do domu? – zaproponowała Lisa, uśmiechając się. Nachyliła się do przodu, żeby poprawić szminkę na ustach. – Pamiętasz, zrobiłaś coś takiego dla mnie, kiedy w czasach Bensonhurst byłyśmy na podwójnej randce?
– Dzisiaj Parkera nie wzruszyłoby, gdybyśmy obydwie zemdlały u jego stóp – powiedziała z irytacją Meredith. – Robi wszystko, co tylko możliwe, żeby sprowokować Matta do kłótni.
Kredka do ust znieruchomiała w dłoni Lisy. Zerknęła na Meredith z ukosa.
– Matt podjudza go do tego!
– Nie odzywa się ani słowem!
– No właśnie. W ten sposób go podjudza. Matt rozparł się na krześle i obserwuje Parkera, jakby ten był klaunem dającym przedstawienie. Parker nie jest przyzwyczajony do porażek, a właśnie cię stracił. Matt siedzi tam i prowokuje go swoim milczeniem, bo wie, że wygra.
– Własnym uszom nie wierzę! – wybuchnęła Meredith przyciszonym, pełnym złości głosem. – Przez całe lata krytykowałaś Parkera, kiedy był w porządku. Teraz zachowuje się fatalnie, jest pijany, a ty go bronisz! Co więcej, Matt niczego nie wygrał. I nie podjudza go. Może stara się okazać, że jest znudzony i rozbawiony gierkami Parkera, ale tak nie jest. Wierz mi, Matt jest zły, naprawdę zły, bo Parker robi z niego… towarzyskiego wyrzutka.
– To ty to tak widzisz – powiedziała Lisa z takim zacietrzewieniem, że Meredith aż odsunęła się zdziwiona. To uczucie przerodziło się w poczucie winy, kiedy Lisa dodała: – Nie wiem, jak mogłaś nawet brać pod uwagę małżeństwo z człowiekiem, dla którego nie masz odrobiny sympatii!
Kelner właśnie powiedział Mattowi, że ich stolik jest już gotowy. Kątem oka Matt zauważył, że Lisa i Meredith wychodzą z toalety i torują sobie drogę przez zatłoczoną salę.
Parker przestał mówić o rzeczach, które on i Meredith robili razem, i zaczął atakować Matta pytaniami o jego pochodzenie i pogardliwymi uśmieszkami, będącymi reakcją na odpowiedzi Matta.
– Powiedz mi, Farrell – powiedział złośliwym tonem, który sprawił, że kilka osób przy sąsiednich stolikach odwróciło się w ich stronę – gdzie kończyłeś studia, zapomniałem!
– W stanie Indiana – wycedził Matt, obserwując Lisę i Meredith.
– Ja skończyłem Princeton.
– I co z tego?
– Tak tylko, byłem ciekaw. A co ze sportem? Uprawiałeś coś?
– Nie – powiedział Matt przez zaciśnięte zęby. Odsunął swoje krzesełko i wstał, przygotowując się do przejścia do ich stolika, jak tylko panie do nich dołączą.
– Co robiłeś w wolnych chwilach? – nalegał Parker, odsuwając też swoje krzesło i wstając niepewnie.
– Pracowałem.
– Gdzie?
– W stalowni i w warsztacie samochodowym.
– Ja grałem trochę w polo, trochę boksowałem i – dodał, obrzucając Matta od stóp do głów pogardliwym spojrzeniem – to ze mną Meredith przeżyła swój pierwszy pocałunek.
– A ze mną straciła dziewictwo – warknął w odpowiedzi Matt wyprowadzony z równowagi. Patrzył jednak ciągle w stronę Meredith i Lisy, które były już o kilka metrów od nich.
– Ty skurwysynu! – zasyczał Parker, odchylając do tyłu ramię i wymierzając Mattowi cios.
Matt ledwo zobaczył go na czas, żeby zrobić unik. Reagując instynktownie, wyrzucił lewą rękę w górę, a prawą oddał uderzenie. Wybuchło pandemonium: kobiety zaczęły krzyczeć, mężczyźni zerwali się ze swoich miejsc, Parker upadł na podłogę, a oślepiające błyski eksplodowały gdzieś z boku. Lisa okrzyknęła Matta draniem, ten spojrzał na nią i mała pięść wylądowała w jego oku. W tej samej chwili Meredith pochyliła się, żeby pomóc Parkerowi wstać z podłogi. Matt instynktownie zamierzył się, żeby odparować cios, zorientował się, że to Lisa go uderzyła, i powstrzymał ten ruch. Jego łokieć jednak zderzył się z czymś twardym za jego plecami i rozległ się krzyk Meredith. Joe przedzierał się poprzez rozpierzchających się gości restauracyjnych, a Matt chwycił nadgarstek Lisy, żeby powstrzymać ją przed wymierzeniem kolejnego uderzenia. W tym wszystkim pojawili się fotoreporterzy, przepychając się, żeby zrobić jak najwięcej zdjęć. Wolną ręką Matt odciągnął Meredith od leżącego twarzą do podłogi Parkera i popchnął ją w objęcia Joego.
– Wyprowadź ją stąd! – krzyknął, próbując własnym ciałem osłonić ją przed obiektywami aparatów. – Zabierz ją do domu!