– Nie wiem, a co?
– Degeneruje to do nudy.
Nie odpowiedział. Wypił herbatę i odstawił filiżankę, po czym zaczął się rozglądać po jej salonie. Czuł dziwną niechęć do patrzenia na nią. Pokój był eklektyczną kombinacją absolutnej nowoczesności i czarujących tradycjonalnych elementów z wkomponowanymi niezwykłymi dziełami sztuki. Był taki jak ona: odważny, oszałamiający, niepokojący. Aztecka maska stała na modernistycznym, wyłożonym lustrami cokole obok krzesła obitego jasnobrzoskwiniową skórą, sąsiadującego z kolei z koszem pełnym bluszczu. Lustro nad kominkiem było w stylu amerykańskiego modernizmu, a na gzymsie stały figurki z porcelany z Chelsea. Parker wstał, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Czuł się nieswojo, nękany przez powracające w myślach, uporczywe pytania. Podszedł do kominka, żeby obejrzeć porcelanowe figurki.
– Są śliczne – powiedział szczerze. – Siedemnasty wiek, prawda?
– Tak – potwierdziła cicho Lisa.
Wrócił i zatrzymał się przed nią. Patrzył na nią. Starał się unikać wzrokiem wycięcia jej jasnowiśniowej sukni, po czym zadał pytanie, które najbardziej go męczyło.
– Dlaczego uderzyłaś Farrella?
Otworzyła usta, po czym wstała, gwałtownie unosząc filiżankę.
– Nie wiem – skłamała. Była zła, ponieważ jego bliskość w tym mieszkaniu, intymność jego obecności tutaj, za czym tęskniła, sprawiała, że jej głos drżał.
– Nie cierpisz mnie, a potem stajesz w mojej obronie niczym anioł stróż – nalegał. – Dlaczego?
Przełknęła nerwowo. Zastanawiała się, czy zbyć to pytanie żartem, że potrzebował obrońcy, czy postawić wszystko na jedną kartę i powiedzieć mu prawdę, zanim znowu złapie go jakaś inna kobieta. Był zdziwiony i chciał wyjaśnień, ale instynktownie wyczuwała, że nie chciał ani nie oczekiwał otwartej deklaracji miłości.
– Dlaczego myślisz, że cię nie cierpię?
– Żartujesz sobie – powiedział z sarkazmem. – Nigdy nie przeoczyłaś okazji, żeby w sposób bardzo elokwentny i jasny zaprezentować, co myślisz o mnie i o moim zawodzie.
– Ach to. To było tylko… droczenie się z tobą. – Umknęła wzrokiem jego świdrującym, niebieskim oczom i skierowała się w stronę kuchni, skonsternowana, kiedy zobaczyła, że bierze tacę i idzie za nią.
– Dlaczego? – nalegał, mając na myśli znowu jej atak na Farrella.
– Dlaczego droczyłam się z tobą?
– Nie, nie o to mi chodzi, ale możesz zacząć od tego. Wzruszyła ramionami, robiąc cały obrządek z odstawiania akcesoriów do podawania herbaty i wycierania zlewozmywaka. Jej umysł w tym czasie pracował gorączkowo. Parker był bankierem. Dla niego wszystko musiało się zgadzać, a jej działania i wyjaśnienia nie spełniały tego warunku. Mogła próbować blefować, co jak sobie niejasno zdawała sprawę, nie mogło się udać, nie z nim, albo mogła podjąć największe ryzyko w swoim życiu i powiedzieć mu prawdę. Postanowiła zaryzykować, już dawno temu oddala mu swoje serce, nie mogła już stracić nic więcej poza własną dumą.
– Możesz sobie przypomnieć czasy, kiedy byłeś dzieckiem, powiedzmy dziewięcio -, dziecięcioletnim? – zaczęła z wahaniem, ścierając nieistniejące okruszki z blatu.
– Tak, oczywiście – odparł oschłe.
– Zdarzyło się wtedy, że lubiłeś jakąś dziewczynkę i próbowałeś zwrócić na siebie jej uwagę?
– Tak.
Przełknęła głośno i brnęła dalej, bo na odwrót było już za późno.
– Nie wiem, jak chłopcy z twojej szkoły to robili, ale z mojej zwykle rzucali w delikwentkę patykiem albo droczyli się z nią okrutnie. Robili tak – kończyła niezręcznie – ponieważ nie znali żadnego innego sposobu, żeby zwrócić jej uwagę.
Obydwiema dłońmi chwyciła brzeg blatu i czekała na reakcję Parkera. Poczuła ucisk w żołądku, kiedy milczał. Wzięła głęboki, rwący oddech i wpatrując się nieruchomo przed siebie powiedziała:
– Wyobrażasz sobie, jak się czuję w stosunku do Meredith? To, kim jestem, co mam, zawdzięczam jej. Jest najmilszą i najszlachetniejszą osobą, jaką znam. Kocham ją bardziej niż moje rodzone siostry. Możesz sobie wyobrazić, jakie to… jakie to potworne uczucie, być zakochaną w mężczyźnie… i patrzeć, jak on oświadcza się przyjaciółce, która jest ci najbliższa?
Wtedy odezwał się. Mówił łagodnym, pełnym niedowierzania głosem:
– Najwyraźniej gdzieś po drodze zemdlałem, kompletnie pijany i mam halucynacje – obwieścił. – Rano, kiedy dojdę do siebie, jakiś psychoanalityk będzie chciał znać szczegóły tego snu. Tak dla porządku, żebym mógł mu udzielić informacji: próbujesz mi powiedzieć, że jesteś we mnie zakochana?
Ramiona Lisy drżały od śmiechu przez łzy.
– Głupio z twojej strony, że nie zauważyłeś tego. Położył dłonie na jej ramionach.
– Liso, na miłość boską… nie wiem, co powiedzieć. Jest mi przy…
– Nie mów nic! – wykrzyknęła. – A przede wszystkim tego, że jest ci przykro!
– Co mam w takim razie powiedzieć?
Odchyliła głowę do tyłu. Z oczu spływały jej łzy. W geście rozpaczy skierowała w stronę sufitu pełne frustracji słowa:
– Jak to się stało, że zakochałam się w mężczyźnie tak pozbawionym wyobraźni? – Nacisk na jej ramionach wzrastał i z ociąganiem pozwoliła, żeby odwrócił ją do siebie. – Parker, czy w noc taką jak ta, kiedy dwoje ludzi tak bardzo potrzebuje pocieszenia i przypadkiem są oni mężczyzną i kobietą, odpowiedź na to pytanie nie wydaje ci się oczywista?
Serce jej zamarło, kiedy nie reagował, po czym zaczęło szaleńczo walić, gdy dotknął jej podbródka i uniósł go.
– Wszystko przemawia za tym, że jest to bardzo zły pomysł – odparł, patrząc w dół na jej wilgotne rzęsy, zaskoczony i poruszony tym, co powiedziała i co oferowała.
– Życie jest jedną wielką grą – odpowiedziała i Parker zdał sobie sprawę z tego, że ona jednocześnie śmieje się i płacze. Wtedy zapomniał zupełnie o myśleniu. Ramiona Lisy oplotły jego kark i stał się obiektem najczulszego, najbardziej ognistego pocałunku… pocałunku, który spowodował, że jego ramiona objęły ją i przytuliły mocniej. Zachowanie Lisy dorównało jego entuzjazmowi i delikatnie posunęła sprawę o krok dalej, niemal płosząc go. Po chwili jednak już się nie wycofywał…
ROZDZIAŁ 48
Meredith siedziała w salonie otulona szlafrokiem. Trzymała w dłoni pilota. W większości lokalnych kanałów nadawano niedzielne filmy rysunkowe, przeskakiwała je, naciskając niecierpliwie przyciski. Szukała kanału, na którym powtarzaliby wczorajsze wiadomości wieczorne. Chciała torturować się widokiem tego, co z pewnością będzie relacją z klęski. Na kanapie obok niej leżała niedzielna gazeta, tam gdzie ją rzuciła przed chwilą. Zawierała sensacyjną pierwszo stronicową historię i zdjęcia bójki. „Tribune” przyjęła taktykę niekomentowania i przytaczali nad zdjęciem słowa Parkera cytowane z konferencji prasowej:
Matt Farrell i ja jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i traktujemy to w sposób najbardziej przyjacielski. Ten cały problem niewiele różni się od problemu, jaki przedstawia sobą umowa handlowa, od początku nieprawidłowo wprowadzana w życie, która musi mieć postawione wszystkie kropki nad „i”. Umieszczony poniżej napis głosił:
Farrell i Reynolds „stawiają kropki” nad „i”
Niżej były zdjęcia Parkera uderzającego pięścią Matta i drugie przedstawiające pięść Matta trafiającą w szczękę Parkera. Trzecia z kolei to leżący na podłodze Parker i nachylająca się nad nim Meredith.