W końcowej części artykułu dziennikarz zapytał Cirila o jego następców. Meredith czuła ucisk w gardle, kiedy myślała o odpowiedzi, jakiej udzielił wtedy jej dziadek.
– Mój syn już objął po mnie prezydenturę – powiedział. – On ma tylko jedno dziecko i jestem pewien, że Meredith świetnie sprosta zadaniu, kiedy nadejdzie czas, żeby przejęła prezydenturę Bancroft i S – ka. Chciałbym tylko móc doczekać lego dnia i zobaczyć to.
Meredith wiedziała już, że jeśli wszystko potoczy się tak, jak tego chce jej ojciec, to ona nigdy nie zdobędzie prezydentury „Bancrofta”. Philip zawsze dyskutował z nią o działalności sklepu, tak jak to robił z nim jego ojciec, ale był zdecydowanie przeciwny temu, żeby ona pracowała tam kiedykolwiek. Tego odkrycia dokonała podczas obiadu, wkrótce po pogrzebie dziadka. W przeszłości wielokrotnie mówiła o swoim zamiarze kontynuowania tradycji rodzinnych i zajęcia stanowiska prezydenta „Bancrofta”. Wtedy albo tego nie słyszał, albo nie brał sprawy poważnie. Tego wieczoru potraktował ją z należytą uwagą. Z brutalną bezpośredniością poinformował ją, że nie oczekuje, żeby kiedyś przejęła jego obowiązki. Co więcej: nie chce tego. Był to przywilej, który rezerwował dla przyszłego wnuka. Potem chłodno zaznajomił Meredith z zupełnie inną tradycją, którą miał zamiar kontynuować: kobiety Bancroftów nie pracowały nigdy w sklepie ani nigdzie indziej, jeśli trzymać się faktów. Ich obowiązkiem było być przykładnymi żonami i matkami. Wszelkie dodatkowe zdolności i wolny czas miały poświęcać działalności charytatywnej.
Meredith nie chciała tego zaakceptować, nie mogła, nie teraz. Było na to już za późno. Na długo przed tym, zanim się zakochała, lub myślała, że się zakochała w Parkerze – zakochała się w swoim sklepie. Do czasu, kiedy skończyła sześć lat, znała z imienia wszystkich odźwiernych i pracowników ochrony. Jako dwunastolatka znała nazwiska wszystkich wiceprezydentów firmy i wiedziała, za co byli odpowiedzialni. Rok później poprosiła ojca, żeby ją zabrał ze sobą do Nowego Jorku. Kiedy jej ojciec brał udział w spotkaniu w audytorium „Bloomingdale'a”, ona była przez całe popołudnie oprowadzana po tym olbrzymim sklepie. Kiedy wyjechali z Nowego Jorku, miała już wyrobioną własną opinię, nie całkiem prawidłową, o tym, dlaczego „Bancroft” był lepszy od „Bloomingdale'a”.
Teraz, mając lat osiemnaście, dysponowała już ogólną wiedzą o takich problemach jak wynagrodzenia pracowników, wysokość osiąganych zysków, techniki obrotu towarowego czy zagadnienia obciążeń finansowych. To były rzeczy, które ją fascynowały, których chciała się uczyć. Nie miała zamiaru spędzić następnych czterech lat swojego życia na studiowaniu języków romańskich i sztuki Renesansu!
Kiedy mu to powiedziała, uderzył dłońmi w stół tak mocno, że wszystkie naczynia podskoczyły.
– Idziesz do Maryville, gdzie chodziły twoje obydwie babki, i będziesz mieszkać w domu. W domu! – powtórzył. – Czy to jasne? Zamknęliśmy ten temat. – Potem odsunął swoje krzesło i wyszedł.
Jako dziecko Meredith robiła wszystko, żeby go zadowolić i udawało jej się to: był zadowolony z jej stopni, z jej manier, z zachowania. Właściwie była idealną córką. Teraz jednak zaczynała rozumieć, że cena za zadowalanie jej ojca i utrzymywanie pokoju między nimi zaczynała być coraz wyższa; krępowało to jej indywidualność, wymagało porzucenia wszystkich marzeń o przyszłości, nie mówiąc już o poświęceniu jej życia towarzyskiego.
Jego absurdalne podejście do jej randek czy chodzenia na przyjęcia nie było w tej chwili jej największym problemem, ale było jednym z powodów ich ostrych sprzeczek i jej zażenowania tego lata. Teraz, kiedy miała już osiemnaście lat, wydawało się, że zaostrza jeszcze rygory, zamiast je łagodzić. Jeśli Meredith umówiła się z kimś, ojciec osobiście otwierał młodemu człowiekowi drzwi, brał go w krzyżowy ogień pytań i traktował z obraźliwą pogardą, co miało na celu doprowadzenie do tego, żeby nie chciał się już więcej z Meredith zobaczyć. Potem z kolei wyznaczał śmiesznie wczesną porę jej powrotu, np. na północ. Jeśli spędzała noc u Lisy, zawsze znalazł pretekst, żeby zadzwonić i upewnić się, że tam jest. Jeśli wyjeżdżała wieczorem na przejażdżkę, chciał dokładnie wiedzieć, dokąd jedzie. Po powrocie do domu żądał rozliczenia się z każdej minuty jej nieobecności. Po latach spędzonych w prywatnych szkołach o najostrzejszych z możliwych rygorach chciała posmakować prawdziwej swobody. Zasłużyła na to. Myśl o mieszkaniu przez najbliższe cztery lata w domu, pod narastającą kuratelą ojca, wydawała się nie do zniesienia. To było zupełnie niepotrzebne.
Aż do tej pory nigdy nie przeciwstawiała mu się otwarcie. Wyraźna rebelia tylko zaostrzała jego gniew. Nie cierpiał, kiedy ktoś mu się sprzeciwiał. Raz rozzłoszczony potrafił chować urazę i być lodowato zły przez całe tygodnie. Dawniej zgadzała się na to wszystko nie tylko z obawy przed jego gniewem. Po pierwsze, zawsze pragnęła jego akceptacji. Po drugie, rozumiała, jak musiał być upokorzony zachowaniem jej matki i skandalem, jaki wybuchł potem. Kiedy Parker opowiedział jej o tym, wspomniał, że nadmierna opiekuńczość jej ojca w stosunku do niej może być właśnie spowodowana jego obawą, że ją straci. Była przecież wszystkim, co miał. Jej przyczyną może być też strach, że Meredith nieświadomie zrobi coś, co przypomni ludziom o skandalu, jaki kiedyś wywołała jej matka. Szczególnie ta ostatnia ewentualność nie przypadła Meredith do gustu, ale pogodziła się z tym i spędziła te pięć letnich tygodni, próbując dojść z ojcem do porozumienia; kiedy to zawiodło, zaczęła toczyć z nim słowne potyczki. Wczoraj jednak narastająca między nimi wrogość znalazła ujście w gwałtownej kłótni. W poczcie był rachunek na przedpłatę czesnego z Uniwersytetu Northwestern. Meredith zaniosła go do gabinetu ojca. Z opanowaniem, cicho powiedziała:
– Nie zamierzam iść do Maryville. Idę do Northwestern i zdobędę dyplom, który jest coś wart.
Kiedy podała mu rachunek, odłożył go na bok i spojrzał na nią tak, że zrobiło jej się słabo.
– Doprawdy? – zadrwił – a jak zamierzasz opłacać czesne? Powiedziałem ci, że nie dam na nie pieniędzy. Nie możesz tknąć ani centa ze swojego spadku, dopóki nie ukończysz trzydziestu lat. Jest już za późno, żebyś mogła starać się o stypendium. Do studenckiej pożyczki nigdy cię nie zakwalifikują, możesz więc zapomnieć o sprawie. Będziesz mieszkała w domu i pójdziesz do Maryville. Czy rozumiesz mnie, Meredith?
Powstrzymywane przez lata urazy wymknęły się zupełnie spod kontroli Meredith.
– Nie myślisz racjonalnie! – wykrzyknęła. – Dlaczego nie potrafisz zrozumieć…
Wstał powoli, nie spiesząc się. Jego wzrok prześlizgiwał się po niej z raniącą ją pogardą.
– Rozumiem doskonale – wyrzucił z siebie z furią. – Rozumiem, że są rzeczy, które chcesz robić, i ludzie, z którymi je chcesz robić. Wiesz dobrze, że nigdy tego nie zaakceptuję. Oto dlaczego chcesz studiować w wielkiej uczelni i mieszkać w akademiku! Co przemawia do ciebie najbardziej, Meredith? Może mieszkanie w koedukacyjnych akademikach z chłopcami skradającymi się korytarzami i wślizgującymi się do twojego łóżka? Czy może…
– Jesteś nienormalny!
– A ty jesteś dokładnie taka, jak twoja matka! Masz wszystko, co najlepsze, a chcesz tylko jednego: znaleźć się w łóżku z mętami tego świata.