Выбрать главу

– Do diabła! – wybuchnęła, zaskoczona siłą swojej niepohamowanej pasji. – Nigdy ci tego nie wybaczę, nigdy! – Obróciła się na pięcie i skierowała się do drzwi.

Jego głos za nią zabrzmiał jak grzmot:

– Dokąd idziesz!

– Wychodzę! – rzuciła przez ramię. – Aha, jeszcze jedno. Nie wrócę przed północą. Mam już dosyć godziny policyjnej!

– Wracaj tu! – krzyknął.

Meredith, ignorując go, ruszyła do drzwi frontowych i wyszła na zewnątrz. Poczuła jeszcze większą wściekłość, kiedy wpadła do białego porsche, którego dostała od niego na szesnaste urodziny. Jej ojciec był opętany. Był nienormalny! Przez cały wieczór była u Lisy i celowo została u niej aż do trzeciej nad ranem. Kiedy wróciła, ojciec czekał na nią. Nerwowo krążył po hallu wejściowym. Wrzeszczał i wyzywał ją, używając rozdzierających jej serce słów. Po raz pierwszy nie przejęła się jego gwałtownym gniewem. Przetrwała ten atak, a każde, tak raniące ją słowo umacniało tylko jej postanowienie przeciwstawienia się mu.

Klub Glenmoor obejmował wiele akrów majestatycznych trawników usianych tu i ówdzie kwitnącymi krzewami i klombami. Przed ciekawskimi i wycieczkowiczami chroniony był przez wysokie, żelazne ogrodzenie i straż przy bramie wjazdowej. Długa, wijąca się droga dojazdowa, oświetlona ozdobnymi lampami gazowymi, kluczyła pomiędzy okazałymi dębami i klonami, aż do drzwi frontowych klubu, potem zakręcała z powrotem do głównej drogi. Sam klub, nieregularna budowla z białej cegły z szerokimi filarami podtrzymującymi jego wspaniałą fasadę, otoczony był dwoma polami golfowymi klasy mistrzowskiej i szeregiem kortów tenisowych. Na jego tyłach rozsuwane drzwi prowadziły na szerokie tarasy z wieloma stolikami, osłoniętymi parasolami i drzewami w donicach. Kamienne stopnie prowadziły z najniższego tarasu do dwóch basenów o olimpijskich wymiarach. Tego wieczoru baseny były zamknięte dla kąpiących się, ale na leżakach wokół nich zostawiono grube, jasnożółte poduchy, dla tych członków klubu, którzy chcieliby oglądać fajerwerki w wygodnej pozycji lub odpoczywać między tańcami, kiedy orkiestra będzie grać na zewnątrz.

Zaczynało już zmierzchać, kiedy Meredith przejechała obok głównego wejścia, gdzie obsługa pomagała członkom klubu wysiadać z samochodów. Wjechała w zatłoczony parking z boku budynku i zaparkowała swój samochód pomiędzy błyszczącym nowym rollsem, należącym do bogatego założyciela fabryki tekstylnej, a ośmioletnim, czterodrzwiowym chevrolelem, należącym do o wiele bardziej bogatego finansisty. Zwykle było coś takiego w zmierzchu, co podnosiło ją na duchu. Tym razem jednak była przygnębiona i zamyślona. Poza ubraniami nie miała nic, co mogłaby sprzedać, żeby zdobyć pieniądze na zapłacenie uniwersyteckich wydatków. Jej samochód zarejestrowany był na ojca. On też kontrolował jej spadek. Na koncie miała dokładnie siedemset dolarów, siedemset dolarów, należących wyłącznie do niej. Szła powoli w kierunku wejścia do klubu, usiłując wymyślić sposób na zapłacenie czesnego.

W wyjątkowe wieczory, takie jak ten, ochroniarze klubowi pełnili również obowiązki obsługi parkingu. Jeden z nich pospieszył, żeby otworzyć przed nią drzwi.

– Dobry wieczór, panno Bancroft – powiedział, rzucając jej zabójcze spojrzenie.

Był świetnie zbudowanym, przystojnym studentem medycyny z Uniwersytetu Illinois. Wiedziała, bo opowiedział jej to wszystko w ubiegłym tygodniu, kiedy próbowała się opalać.

– Cześć Chris – powiedziała nieobecnym głosem. Czwarty lipca, poza tym, że był to Dzień Niepodległości, był także dniem powstania klubu Glenmoor. Klub rozbrzmiewał śmiechami i rozmowami. Członkowie krążyli po salach z koktajlami w dłoniach, ubrani w smokingi i suknie wieczorowe, które obowiązywały dla uczczenia podwójnej tego wieczoru okazji. Wystrój wnętrza w Glenmoor był o wiele mniej imponujący i elegancki niż niektórych niedawno założonych klubów w rejonie Chicago. Wzory na wschodnich dywanach pokrywających wyfroterowane podłogi były już niewyraźne, a masywne, antyczne meble stwarzały atmosferę raczej pompatycznej wygody niż wystawności. Jeśli o to chodzi, Glenmoor nie różnił się niczym od innych przodujących w kraju klubów wiejskich. Został dawno założony i był najbardziej ekskluzywny, a jego prestiż nie miał nic wspólnego ze sposobem jego urządzenia czy nawet proponowanymi rozrywkami. Był nierozerwalnie związany z pozycją towarzyską jego członków. Samo tylko bogactwo nie zapewniało zdobycia upragnionego członkostwa w Glenmoor, o ile nie szło to w parze z odpowiednią rangą społeczną. W tych rzadkich razach, kiedy obydwa te warunki były spełnione, kandydat musiał zdobyć imienne poparcie wszystkich czternastu osób z Komitetu Członkowskiego Glenmoor, zanim zarekomendowano go do klubu. Te ostre wymagania udaremniły w ciągu ostatnich lat aspiracje członkowskie kilku nowobogackich przedsiębiorców, wielu lekarzy i kongresmanów, także wielu graczy wiodących drużyn, a nawet stanowego sędziego Sądu Najwyższego.

Ani ekskluzywność klubu, ani jego członkowie nie robili na Meredith wrażenia. Dla niej były to po prostu znajome twarze. Niektóre z nich znała całkiem dobrze, a niektórych prawie wcale. Idąc hallem, uśmiechała się automatycznie do znanych sobie ludzi, rozglądała się po pokojach w poszukiwaniu tych, z którymi była umówiona. Jedna z jadalni została na ten wieczór przekształcona w kasyno. W dwóch innych urządzono wspaniałe bufety. Wszędzie kłębiły się tłumy ludzi. Na dole, w głównej sali bankietowej klubu, grała orkiestra i sądząc z dochodzących stamtąd odgłosów, tam także było tłoczno. Mijając pokój, w którym grano w karty, zerknęła tam ostrożnie. Jej ojciec był zapalonym graczem, tak samo jak większość ludzi w tym pokoju. Ani ojca, ani grupy Jona jednak tam nie było. Po sprawdzeniu wszystkich pomieszczeń poza salą główną, udała się z kolei tam.

Sala bankietowa klubu pomimo wielkich rozmiarów była urządzona tak, że stwarzała wrażenie domowej przytulności. Wyściełane sofy i wygodne krzesła zgrupowane były wokół małych niskich stolików. Mosiężne kinkiety były zawsze przyciemnione, tak że ciepło oświetlały dębową boazerię. Zwykle ciężkie atłasowe kotary były zaciągnięte, osłaniając ścianę szklanych drzwi prowadzących na tyły klubu; tego wieczoru drzwi były otwarte, a goście mogli wychodzić na tarasy, gdzie nastrojowo grała orkiestra. Z lewej strony całą długość pokoju zajmował bar. Pomiędzy nim a ścianą luster, zastawioną setkami oświetlonych przyciemnionymi światłami trunków, krążyli barmani, obsługujący siedzących przy barze gości.

Tutaj też było tego wieczoru tłoczno i Meredith już miała zamiar odwrócić się i ruszyć na dół, kiedy zauważyła Shelly Fillmore i Leigh Ackerman. Stały w dalekim krańcu baru razem z kilkoma przyjaciółmi Jonathana i starszą parą, którą Meredith w końcu zidentyfikowała jako państwa Sommersów, ciotkę i wuja Jonathana. Podeszła do nich, przywołując na twarz sztuczny uśmiech i zamarła, kiedy niedaleko od nich, na lewo zobaczyła ojca stojącego w grupce ludzi.

– Meredith – powiedziała pani Sommers po powitaniach. – Masz śliczną sukienkę. Gdzie znalazłaś coś takiego?

Musiała spojrzeć w dół, żeby zobaczyć, co ma na sobie.

– W „Bancrofcie” – odpowiedziała.

– Gdzież by indziej – zażartowała Leigh Ackerman.

Państwo Sommers odwrócili się, żeby porozmawiać z innymi przyjaciółmi, a Meredith kątem oka obserwowała ojca. Miała nadzieję, że będzie się trzymał od niej z daleka. Przez chwilę stała bez ruchu, pozwalając, żeby jego obecność kompletnie wytrąciła ją z równowagi. Nagle uświadomiła sobie, że udaje mu się zepsuć jej nawet taki wieczór. Rozdrażniona, postanowiła, że pokaże mu, że tak się nie stanie, że nie pokonał jej jeszcze. Odwróciła się i zamówiła koktajl u jednego z barmanów. Potem obdarzyła Douga Chalfonta jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i wspaniale udała zainteresowanie tym, co do niej mówił.