Выбрать главу

– Dlaczego? – spytał podejrzliwie.

– Dlatego – zadeklarowała Meredith uparcie, z figlarnym uśmiechem – że jest łatwiej, jeśli robiąc to, trzyma się w dłoni drinka.

– Robiąc co? – nalegał.

– Poznając ludzi – wyjaśniła. – Przedstawię cię kilku osobom!

– Absolutnie nie! – Matt chwycił jej nadgarstek, chcąc ją powstrzymać, ale było już za późno. Meredith nagle zawzięła się, że zmusi wszystkich do przełknięcia tej „pigułki” i będzie im się to musiało podobać.

– Proszę, zrób mi tę przyjemność – powiedziała miękko, błagalnym głosem.

Wymuszony uśmiech pojawił się na jego ustach.

– Masz zupełnie niezwykłe oczy…

– Tak naprawdę to jestem okropnym krótkowidzem – żartowała, serwując mu jeden ze swych zniewalających uśmiechów. – Znana jestem z wchodzenia na ściany. To przykry widok. Może wezmę cię pod rękę i wyprowadzisz mnie do hallu, żeby nie spotkało mnie znowu coś takiego.

Nie pozostał nieczuły ani na jej żarty, ani na ten uśmiech.

– Poglądy masz też bardzo nieszablonowe – odpowiedział, zaśmiał się niechętnie, ale jednak podał jej ramię, gotów zapewnić jej dobrą zabawę.

Po przejściu kilku kroków w hallu Meredith zobaczyła znaną jej starszą parę.

– Dzień dobry, pani Foster, panie Foster – przywitała ich wylewnie, w chwili kiedy mieli zamiar, nie dostrzegając jej, przejść obok.

Zatrzymali się natychmiast.

– O, dzień dobry, Meredith – powiedziała pani Foster, po czym obydwoje z mężem uśmiechnęli się z grzecznym zainteresowaniem do Matta.

– Chciałabym przedstawić państwu przyjaciela mojego ojca – obwieściła Meredith, powstrzymując uśmiech na widok niedowierzającego wzroku Matta. - To jest Matt Farrell. Matt pochodzi z Indiany i zajmuje się hutnictwem.

– Miło mi – powiedział pan Foster, ściskając dłoń Matta. – Wiem, że Meredith i jej ojciec nie grają w golfa, ale mam nadzieję, że powiedzieli panu, że mamy tu w Glenmoor dwa wysokiej klasy pola golfowe. Czy zabawi pan tu wystarczająco długo, żeby zagrać ze mną?

– Nie jestem nawet pewien, czy będę tu tak długo, żeby dokończyć tego drinka – powiedział Matt, najwyraźniej spodziewając się, że zostanie wyrzucony, kiedy tylko ojciec Meredith odkryje, że przedstawiono go jako jego przyjaciela.

Pan Foster przytaknął, zupełnie nie rozumiejąc sytuacji.

– Biznes zawsze koliduje z przyjemnościami. Ale może chociaż zobaczy pan sztuczne ognie. Mamy najlepszy pokaz w okolicy.

– Dzisiejszego wieczoru na pewno będą najlepsze – orzekł Matt; wzrok skoncentrował ostrzegawczo na szczerej twarzy Meredith.

Pan Foster nawiązał znowu do swojego ulubionego golfa, podczas, gdy Meredith starała się bez powodzenia zachować powagę.

– Jaki jest pański handicap? – wypytywał Matta.

– Sądzę, że dzisiaj to ja jestem jego handicapem – wtrąciła Meredith, rzucając Mattowi prowokujące, rozbawione spojrzenie.

– Co takiego? – zamrugał powiekami pan Foster.

Ale Matt mu nie odpowiedział, a Meredith nie była w stanie tego zrobić.

Jej uśmiechnięte usta przykuły uwagę Matta, a kiedy spojrzał na nią szarymi oczami, coś trudnego do zdefiniowania czaiło się w ich głębi.

– Chodźmy, mój drogi – powiedziała pani Foster, obserwując roztargniony wyraz twarzy Matta i Meredith. – Ci młodzi ludzie nie chcą spędzić tego wieczoru na rozmowie o golfie.

Reflektując się i przychodząc do siebie, Meredith pomyślała, że wypiła po prostu za dużo szampana. Potem wcisnęła dłoń pod ramię Matta.

– Chodź ze mną – powiedziała, kierując się w stronę sali bankietowej, gdzie grała orkiestra.

Niemal przez godzinę krążyła z nim od jednej grupy do drugiej. Uśmiechała się do niego porozumiewawczo, kiedy bez zająknięcia mówiła skandaliczne półprawdy p tym, kim był i czym się zajmował. Matt stał obok niej, nie pomagając jej aktywnie, ale obserwując jej poczynania z wyraźnym rozbawieniem.

– Widzisz więc – obwieściła wesoło, kiedy pozostawiwszy w końcu za sobą gwar i muzykę, wyszli frontowymi drzwiami i ruszyli wolno przez trawnik. – Nie jest ważne to, co mówisz, ale to, czego nie powiesz.

– To bardzo ciekawa teoria – droczył się z nią. – Masz ich więcej?

Meredith potrząsnęła przecząco głową, rozkojarzona czymś, co podświadomie krążyło po jej głowie przez cały wieczór. – Nie mówisz wcale jak człowiek pracujący w hucie.

– Ilu takich ludzi znasz?

– Tylko jednego – przyznała.

Jego głos stał się nagle poważniejszy.

– Często tu przychodzisz?

Spędzili pierwszą część wieczoru, uprawiając rodzaj głupiej gry, ale wyczuła, że nie miał już ochoty na gry. Ona też nie i ich nastrój wyraźnie zmienił się w tym momencie. Spacerowali wśród różanych klombów i kwietników. Meredith opowiedziała mu, że była w szkole z internatem i że niedawno ją ukończyła. Kiedy zapytał z kolei o jej plany zawodowe, zrozumiała, że on myślał, że skończyła właśnie studia. Zamiast sprostować pomyłkę, ryzykując, że przerazi go odkryciem, że ma osiemnaście lat, a nie dwadzieścia dwa, zrobiła szybko unik pytając o niego.

Powiedział jej, że za sześć tygodni wyjeżdża do Wenezueli i co tam będzie robił. Od tego momentu ich rozmowa zaczęła z zadziwiającą łatwością przeskakiwać z tematu na temat. W końcu zatrzymali się, żeby móc się lepiej koncentrować na tym, o czym mówili. Stali pod leciwym wiązem. Meredith słuchała go jak zahipnotyzowana, nie zwracając uwagi na szorstką korę pod jej odkrytymi plecami. Dowiedziała się, że Matt ma dwadzieścia sześć łat i że jest dowcipny, i mówi ze swadą. Umiał słuchać z uwagą tego, co mówiła, tak jakby jej słowa były najważniejsze na świecie. Było to niepokojące i bardzo jej to pochlebiało. Wywoływało to także fałszywy nastrój intymności i odizolowania. Właśnie śmiała się z żartu, który opowiedział, kiedy tuż koło jej twarzy przeleciał dorodny owad i brzęczał teraz gdzieś koło jej ucha. Podskoczyła, krzywiąc się, i próbowała zlokalizować intruza.

– Czy to wpadło mi we włosy? – zapytała spięta, pochylając głowę.

– Nie – uspokoił ją. – To była tylko mała czerwcowa pszczółka. – Czerwcowe pszczółki są okropne, a ta była wielkości dużego kolibra.

Kiedy śmiał się cicho, powiedziała z nutką satysfakcji w głosie:

– Będziesz się śmiał za sześć tygodni, kiedy nie będziesz mógł zrobić kroku, żeby nie nadepnąć na węża.

– Naprawdę? – powiedział półgłosem, ale uwagę, skupił na jej ustach. Jego ręce przesuwały się w górę, po obu stronach jej szyi, aż delikatnie objął jej twarz.

– Co robisz? – szepnęła niemądrze, kiedy zaczął powoli wodzić kciukiem po jej dolnej wardze.

– Próbuję się zdecydować, czy mogę sobie pozwolić, na podziwianie fajerwerków.

– Fajerwerki będą dopiero za pół godziny – wyjaśniła, wiedząc doskonale, że chce ją pocałować.

– Mam wrażenie – szepnął, powoli pochylając głowę – że rozpoczną się już zaraz.

I tak się stało. Jego usta dotknęły jej warg w elektryzującym, kuszącym pocałunku. Poczuła, jak w każdym zakątku, jej ciała eksplodują dreszcze. Na początku pocałunek był lekki, pieszczotliwy; jego usta delikatnie badały zarys jej warg. Meredith była już wcześniej całowana, ale zwykle przez stosunkowo mało doświadczonych, niecierpliwych chłopców: nikt nigdy nie pocałował jej z niespiesznym rozmysłem Matta Farrella. Jego ręce przemieszczały się. Jedna z nich przesuwała się w dół po jej plecach, przyciągając ją bliżej. Druga znalazła się na jej karku, a jego usta powoli rozchylały się. Zatracona w tym pocałunku Meredith wsunęła dłonie pod jego marynarkę, wodziła nimi po jego piersi, szerokich barkach, aż splotła je wokół jego szyi.