Выбрать главу

W chwili kiedy przywarła do niego, jego usta otworzyły się szerzej. Muskał językiem jej wargi, zostawiając na nich gorący ślad. Naglił je, żeby się rozchyliły. W momencie, kiedy to się stało, przedarł się do jej ust. Pocałunek eksplodował. Jego ręka znalazła jej pierś, pieścił ją przez materiał sukienki, polem niecierpliwie przesunął dłoń na plecy. Objął jej pośladki i przyciągnął ją mocno do siebie. Stała się świadoma jego tętniącego, podnieconego ciała i zesztywniała, zaskoczona trochę la wymuszoną intymnością. Potem, z powodów zupełnie nie dających jej się wytłumaczyć, wplotła nagłe palce w jego włosy i mocno przycisnęła usta do jego ust.

Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim w końcu oderwał się od niej. Serce waliło jej niczym młot pneumatyczny. Stała w objęciu jego ramion. Czoło oparła o jego pierś i próbowała uporać się z burzliwymi emocjami, które przeżywała. Gdzieś w zakamarkach jej rozkojarzonego umysłu zaczęła się kształtować myśl, że jej reakcja na coś, co było tak naprawdę tylko zwykłym pocałunkiem, może mu się wydać bardzo dziwna. Ta zawstydzająca ewentualność zmusiła ją w końcu do podniesienia głowy. Oczekiwała, że będzie patrzył na nią ze zdziwionym rozbawieniem. Spojrzała w jego twarz, ale to, co tam zobaczyła, wcale nie było drwiną. Jego szare oczy płonęły, a twarz była napięta i pociemniała z namiętności. Odruchowo objął ją mocniej, jakby nie chciał jej wypuścić. Zdała sobie sprawę z tego, że jego ciało było ciągle w wyraźny sposób podniecone. Było jej przyjemnie i była dumna, że nie tylko ona była i ciągle jest tak poruszona tym pocałunkiem. Jej wzrok powędrował do jego ust. Były zuchwale, zmysłowe w kształcie, a jednocześnie niektóre jego pocałunki były tak niesamowicie delikatne. Aż boleśnie delikatne… Marzyła o tym, żeby znowu poczuć te usta. Spojrzała na niego nieświadoma niemej prośby malującej się w jej oczach. Matt zrozumiał tę prośbę. Ramiona już zacieśnił dookoła niej, a z piersi wyrwał mu się w połowie jęk, w połowie śmiech.

– Tak – odpowiedział i zagarnął jej usta w zapierającym jej dech, namiętnym pocałunku. Przyjemność, jaką dawał jej ten pocałunek, doprowadzała ją niemal do szaleństwa.

W pewnej chwili gdzieś niedaleko nich zabrzmiał śmiech i Meredith, zakłopotana, wyrwała się z jego ramion. Zaalarmowana odwróciła się w kierunku głosów. Kilkanaście par wychodziło z klubu, żeby oglądać fajerwerki. Wyprzedzał wszystkich jednak jej ojciec, który wielkimi, zamaszystymi krokami zmierzał w ich kierunku. W jego ruchach widać było niepohamowaną wściekłość.

– O mój Boże – szepnęła. – Matt, musisz stąd odejść. Po prostu odwróć się i odejdź! Proszę.

– Nie.

– Proszę! – prawie krzyknęła. – Mnie on tutaj nic nie powie, poczeka, aż będziemy sami, ale nie wiem, co zrobi tobie.

Już w chwilę potem znała odpowiedź na to pytanie.

– Farrell. Wezwałem dwóch ludzi, żeby usunęli cię z terenu klubu – zasyczał z twarzą wykrzywioną furią. Obrócił Meredith, trzymając jej ramię w żelaznym uścisku. – Ty idziesz ze mną.

Dwaj klubowi kelnerzy już nadchodzili, przecinając drogę dojazdową. Ojciec szarpnął jej ramię, a Meredith odwróciła się i jeszcze raz powiedziała do Matta:

– Proszę, odejdź, nie pozwól im urządzić sceny.

Ojciec pociągnął ją dwa kroki do przodu i musiała iść. Nie chciała, żeby ją ciągnął. Nie miała wyjścia. Kiedy zobaczyła, że obydwaj idący w stronę Matta kelnerzy zwolnili, a potem zatrzymali się, poczuła niemal łzy ulgi. Odetchnęła. Najwyraźniej Matt ruszył w stronę drogi. Jej ojciec widocznie myślał tak samo, bo kiedy kelnerzy, niepewni, patrzyli na niego pytająco, powiedział:

– Pozwólcie odejść draniowi, ale zawiadomcie bramę wjazdową i upewnijcie się, że tu nie wróci.

Już blisko drzwi wejściowych odwrócił się do Meredith.

– Ludzie w tym klubie plotkowali na temat twojej matki. Prędzej piekło mnie pochłonie, niż pozwolę, żebyś ty też stała się przedmiotem ich plotek. Zrozumiałaś? – Puścił jej ramię, lak jakby jej skóra była skażona dotykiem Matta. Nie podniósł jednak głosu. Bancroftowie nigdy publicznie nie załatwiali rodzinnych problemów, bez względu na to, jak bardzo byli prowokowani. – Wracaj do domu. Droga zajmie ci dwadzieścia minut. Zadzwonię do ciebie za dwadzieścia pięć minut i lepiej żebyś tam była.

Odwrócił się na pięcie i z godnością wszedł do klubu. Patrzyła za nim upokorzona, po czym weszła do środka, żeby zabrać torebkę. W drodze na parking widziała trzy pary stojące w cieniu drzew. Wszystkie się całowały.

Jadąc, miała w oczach łzy bezsilnego gniewu i samotną postać na drodze zobaczyła dopiero po jej minięciu. Uświadomiła sobie, że był to Matt. Szedł z marynarką smokingu przerzuconą przez prawe ramię. Nacisnęła hamulec. Czuła się tak winna za upokorzenie, jakiego doznał przez nią, że nie od razu mogła mu spojrzeć w oczy.

Podszedł do jej samochodu i nachylił się lekko, patrząc na nią przez otwarte okienko.

– Nic ci się nie stało?

– Nie. – Spojrzała na niego, próbując przybrać nonszalancki ton. – Mój ojciec jest Bancroftem, a Bancroftowie nigdy nie kłócą się w miejscach publicznych.

Zobaczył powstrzymywane łzy błyszczące w jej oczach. Sięgając przez okienko, dotknął stwardniałymi opuszkami palców jej delikatnego policzka.

– I nie płaczą w obecności innych ludzi. Zgadza się?

– Zgadza się – przyznała, starając się przejąć od niego chociaż część jego wspaniałej obojętności wobec jej ojca. – Ja… ja jadę teraz do domu. Może podrzucić cię gdzieś po drodze?

Jego wzrok przesunął się z jej twarzy na pałce kurczowo zaciśnięte na kierownicy.

– Tak, ale pod warunkiem, że pozwolisz mi poprowadzić to cacko. – Zabrzmiało to tak, jakby zależało mu tylko na tym, żeby poprowadzić jej samochód, ale po tym, co powiedział za chwilę, stało się jasne, że martwił się o to, czy tak roztrzęsiona dotrze bezpiecznie do domu. – Odwiozę cię do domu i wezwę stamtąd taksówkę.

– Proszę bardzo – powiedziała z ożywieniem, zdecydowana, że zachowa resztki dumy. Wysiadła i obeszła samochód do drzwiczek pasażera.

Matt nie miał problemu z manipulowaniem drążkiem skrzyni biegów i wkrótce samochód wyślizgnął się z alei klubowej i wyskoczył na główną drogę. Światła innych samochodów migały w ciemnościach, a wiatr wpadał przez otwarte okna. Jechali w milczeniu. Gdzieś daleko z lewej strony kończyły się jakieś inne pokazy sztucznych ogni. Wystrzeliły w wielkim finale niezwykłą kaskadą czerwieni, bieli i niebieskości. Meredith obserwowała, jak błyszczące ogniki gasną wolno, opadając w dół.

Z opóźnieniem przypomniała sobie o dobrych manierach i powiedziała:

– Chciałabym cię przeprosić za to, co się stało dzisiaj wieczorem… to znaczy, za mojego ojca.

Matt zerknął na nią z ukosa, rozbawiony.

– To on powinien przepraszać. Żeby mnie wyrzucić, przysłał dwóch słabowitych kelnerów w średnim wieku. To uraziło moją dumę. Mógł przynajmniej wysłać czterech takich… żeby oszczędzić moje ego.

Meredith patrzyła na niego zdziwiona. Nie był ani odrobinę zastraszony gwałtownością Philipa. Uśmiechnęła się, bo to było cudowne uczucie być z kimś, kto tak reagował na jej ojca. Patrząc na jego potężne barki, powiedziała:

– Powinien być mądrzejszy i przysłać sześciu, jeżeli naprawdę chciał cię stamtąd usunąć.

– Dziękujemy ci i ja, i moje ego – rzekł z leniwym uśmiechem i Meredith roześmiała się, chociaż jeszcze przed chwilą przysięgłaby, że nie uśmiechnie się nigdy więcej.

~ Masz wspaniały uśmiech – wyszeptał.

– Dziękuję – odparła zaskoczona, z zadowoleniem nieproporcjonalnie dużym w stosunku do komplementu. W bladym świetle tablicy rozdzielczej obserwowała jego profil. Patrząc na jego targane wiatrem włosy, zastanawiała się, co w nim było takiego, co sprawiało, że kilka wypowiedzianych przez niego zwykłych słów stawało się fizyczną pieszczotą. W jej umyśle dźwięczały słowa Shelly Fillmore, zawierające chyba prawdziwą odpowiedź… „czysty, skondensowany sex appeal”. Kilka godzin wcześniej Matt nie wydawał jej się niezwykle przystojnym mężczyzną. Teraz tak było. Była przekonana, że kobiety szaleją za nim. Bez wątpienia, one też przyczyniły się do tego, że całował tak dobrze, jak tego doświadczyła. Miał sex appeal, to pewne… i wielką wprawę w całowaniu.