– Nic szczególnego – skłamała, uśmiechając się bezbarwnie; dłoń kładła już na dźwigni biegów. – Po prostu miałam ochotę na przejażdżkę i okazało się, że jestem w tej okolicy. Teraz jednak lepiej już pojadę i…
Przestał wpatrywać się w ścierkę i spojrzał na nią. W momencie, kiedy poczuła na sobie parę przenikliwych, szarych oczu, głos jej zamarł. Jego wzrok wydał jej się zimny, badawczy, tak jakby znał już prawdę. Pochylił się i otworzył drzwiczki jej samochodu.
– Ja poprowadzę – rzucił.
W stanie niesamowitego napięcia, w jakim była, usłuchała go. Wysiadła z samochodu i obeszła go dookoła. Matt odwrócił się przez ramię do grubego mężczyzny, który stał obok, obserwując z fascynacją i kompletnym brakiem dobrego wychowania rozwój sytuacji.
– Wrócę za godzinę.
– Do diabła, Matt, jest już wpół do czwartej – powiedział tamten, pokazując w uśmiechu braki w uzębieniu. – Skończ już na dzisiaj. Taka panienka zasługuje na więcej niż tylko godzinę z tobą.
Meredith była kompletnie upokorzona, a na dodatek Matt wyglądał na rozwścieczonego. Uruchomił porsche i wystartował w polną drogę, wyrzucając spod kół żwir.
– Czy mógłbyś trochę zwolnić? – zapytała z drżeniem w głowie. Była zaskoczona i odetchnęła z ulgą, kiedy natychmiast zdjął nogę z gazu. Czując, że powinna nawiązać rozmowę, powiedziała jedyne, co przyszło jej w tej chwili do głowy: – Myślałam, że pracujesz w hucie.
– Pracuję tam pięć dni w tygodniu. W pozostałe dwa dorabiam tu jako mechanik.
– Och – powiedziała niezręcznie.
W parę minut później wjechali w małą polankę otoczoną kilkoma drzewami. Na jej środku stał stary, wysłużony stół piknikowy. W trawie, obok rozpadającego się kamiennego grilla, leżał drewniany znak z zatartym już częściowo napisem: „Tereny piknikowe dla zmotoryzowanych, Klub Lwów z Edmunton”. Wyłączył silnik, a w zapadłej ciszy Meredith słyszała krew pulsującą gwałtownie w jej uszach. Patrzyła prosto przed siebie, próbując stawić czoło rzeczywistości. Siedzący obok niej nieprzenikniony, obcy mężczyzna był tym samym człowiekiem, z którym śmiała się i kochała przed sześcioma tygodniami. Problem, który ją tu sprowadził, przytłaczał ją. Krak zdecydowania potęgował jej zdenerwowanie. Oczy paliły ją od powstrzymywanych łez. Poruszył się, a ona aż podskoczyła. Gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, ale on tylko wysiadł z samochodu. Obszedł go i podszedł do jej drzwiczek. Otworzył je i Meredith wysiadła. Rozglądając się dookoła z udawanym zainteresowaniem, powiedziała:
– Ładnie tu. – Jej głos brzmiał dla jej własnych uszu głucho i nieswojo. – Powinnam już jednak wracać.
Nie mówiąc nic, oparł się o stół piknikowy. Spojrzał na nią wyczekująco, marszcząc brwi. Sądziła, że spodziewał się dodatkowych wyjaśnień tłumaczących jej wizytę. Walczyła, żeby zapanować nad sobą, ale jego przedłużające się milczenie i badawczy wzrok utrudniały jej zadanie. Myśli, które przez cały dzień rozlegały się alarmująco w jej głowie, rozpoczęły znowu swój przerażający, monotonny rytm: była w ciąży i miała zostać niezamężną matką, a jej ojciec będzie szalał z wściekłości i bólu. Była w ciąży. Była w ciąży. Była w ciąży z człowiekiem współodpowiedzialnym za jej rozpacz. Siedział tam, patrząc na nią z obojętnym zainteresowaniem naukowca, obserwującego wijącą się pod mikroskopem muchę. Nagle Meredith wybuchnęła zupełnie irracjonalną furią.
– Jesteś zły z jakiegoś konkretnego powodu czy z przekory nie chcesz się odezwać?
– Właściwie – odpowiedział bezbarwnie – czekam, żebyś to ty zaczęła.
– Och! – Wybuch jej gniewu przeszedł nagle w cierpienie i niepewność. Patrzyła badawczo w jego pewną siebie, spokojną twarz. Zmieniając decyzję sprzed kilku minut, postanowiła, że zapyta go o radę. Po prostu poradzi się go i to wszystko. Musiała przecież z kimś o tym porozmawiać! Skrzyżowała ręce na piersi, chroniąc się jakby przed reakcją Matta. Odchyliła głowę do tyłu, przełykając z trudem ślinę. Udawała, że podziwia baldachim z liści nad ich głowami. – Prawdę mówiąc, miałam konkretny powód, żeby tu przyjechać.
– Tak sądziłem.
Spojrzała na niego, próbując zgadnąć, czy domyślał się czegoś więcej, ale twarz miał nieprzeniknioną. Przeniosła wzrok z powrotem na liście. Ich obraz rozmył się, kiedy gorące łzy stanęły jej w oczach.
– Jestem tu dlatego, że… – Nie mogła zmusić się do wypowiedzenia tych okropnych, zawstydzających słów.
– Dlatego, że jesteś w ciąży – dokończył za nią beznamiętnie.
– Jak udało ci się tego domyślić? – zaśmiała się cierpko.
– Tylko dwie rzeczy mogły cię tu sprowadzić. To była właśnie jedna z nich.
Z przygnębieniem zapytała:
– A ta druga rzecz?
– Moje wspaniałe umiejętności taneczne?
On żartował. Ta zaskakująca odpowiedź spowodowała, że Meredith nie wytrzymała. Łzy popłynęły gwałtownie; zakryła twarz dłońmi, drżała cała, szarpana łkaniem. Poczuła, że Matt kładzie ręce na jej ramionach. Pozwoliła, żeby przyciągnął ją między swoje uda, i znalazła się w jego objęciach.
– Jak możesz ż – żartować w takiej chwili? – łkała w jego pierś, ale była jednocześnie zadowolona z cichego komfortu, jaki oferował jej ten uścisk. Wcisnął w jej dłoń chusteczkę. Meredith wzruszyła ramionami, starając się opanować. – Nie krępuj się, powiedz to – powiedziała, wycierając oczy. – Byłam głupia, że pozwoliłam, żeby to się stało.
– Jeśli o to chodzi, nie będę się specjalnie sprzeciwiał.
– Dziękuję – powiedziała z sarkazmem – teraz na pewno poczułam się lepiej. – W tej chwili dotarło do niej, że zareagował na to wszystko z zadziwiającym, godnym podziwu spokojem, a jej zachowanie tylko pogarszało sytuację.
– Czy jesteś absolutnie pewna, że jesteś w ciąży? Skinęła głową.
– Byłam dzisiaj rano w klinice. Powiedzieli, że to szósty tydzień. Jestem też pewna, że to twoje dziecko, jeśli się nad tym zastanawiasz, ale jesteś zbyt dobrze wychowany, żeby zapytać wprost.
– Aż tak dobrze wychowany nie jestem – powiedział gorzko. Spojrzała na niego z urazą, mokrymi od łez turkusowymi oczami. To, co powiedział, uznała za wyzwanie, ale on zaprzeczył ruchem głowy, uciszając jej wybuch.
– To nie kurtuazja powstrzymała mnie od zadania takiego pytania, ale znajomość podstaw biologii. Nie mam wątpliwości, że to moje dziecko.
Oczekiwała, że będzie rzucał oskarżenia, że będzie zszokowany, rozgoryczony; jego spokojna reakcja, pozbawione emocji, logiczne podejście do sprawy działało na nią niesamowicie uspokajająco i było całkowicie zaskakujące. Otarła łzy. Wpatrywała się w guzik jego niebieskiej koszuli i usłyszała pytanie, które torturowało ją przez ostatnie godziny:
– Co chcesz zrobić?
– Najchętniej zabiłabym się – powiedziała z konsternacją.
– A kolejna ewentualność?
Uniosła gwałtownie głowę, bo wydało jej się, że w jego głowie słyszy powstrzymywany śmiech. Zakłopotana, zmarszczyła brwi. Spojrzała na niego. Uderzyła ją emanująca z jego twarzy Nita. Była zaskoczona zrozumieniem, jakie zobaczyła w jego spojrzeniu. Odchyliła się nieco do tyłu. Musiała pomyśleć.; Rozczarowana, poczuła, że Matt natychmiast uwolnił ją z objęć. Jego spokojna akceptacja faktów udzieliła się jej jednak.: Myślała o wiele bardziej racjonalnie niż do tej pory.