I na pewno udało mu się to.
Dzięki swojej nieprześcignionej pracowitości i determinacji w tym przedsięwzięciu stał się ojcem.
Żona i dziecko teraz z pewnością nie były częścią opracowanego w szczegółach panu życiowego Matta; z drugiej jednak strony, przygotowując ten plan, a potem wprowadzając go w życie przez długich dziesięć lat, wiedział, że prędzej czy później coś nieprzewidzianego się wydarzy i będzie musiał zaadaptować swój plan tak, żeby uwzględniał nowe wymogi. Odpowiedzialność za Meredith i dziecko przyszła w bardzo nieodpowiednim czasie. Matt był jednak przyzwyczajony do zmagania się z potężnymi problemami. Bardziej niż nowe obowiązki niepokoiły go jednak teraz inne sprawy. Jedną z najbliższych był brak nadziei i uśmiechu w twarzy Meredith Bancroft. Nigdy nic uwierzyłby, że brak tych dwóch elementów na jej twarzy zmartwi go aż tak bardzo. To z tego właśnie powodu nachylił się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej ramion. Głosem, który miał zabrzmieć żartobliwie, rzucił szorstko:
– Rozchmurz się, śpiąca królewno!
Otworzyła gwałtownie oczy, zmarszczyła brwi. Spojrzała na jego uśmiechnięte usta, potem z zakłopotaniem i udręką zerknęła w jego oczy.
– Nie mogę – szepnęła ochryple. – Cały ten pomysł jest szalony. Dopiero teraz to widzę. Jeśli się pobierzemy, to tylko pogorszymy jeszcze sytuację i naszą, i dziecka.
– Dlaczego tak mówisz?
– Dlaczego? – powtórzyła, czerwieniąc się z upokorzenia. – Jak możesz o to pytać? Mój Boże, przecież po tej nocy nawet nie umówiłeś się ze mną. Nawet nie zadzwoniłeś. Jak mogę…
– Miałem zamiar zadzwonić do ciebie – przerwał jej. Wzniosła oczy do góry w geście niedowierzania, a on kontynuował. – Za rok albo dwa, jak tylko wróciłbym z Ameryki Południowej.
Gdyby nie była tak przygnębiona, zaśmiałaby mu się w twarz, słysząc to oświadczenie. Jego następne słowa wypowiedziane ze spokojem i mocą zaskoczyły ją i wyciszyły tamten bunt.
– Jeślibym chociaż przez chwilę pomyślał, że ty możesz chcieć, żebym się odezwał, zadzwoniłbym już dawno.
Meredith była jednocześnie pełna niedowierzania i bolesnej nadziei. Przymknęła oczy. Starała się bez powodzenia uporządkować swoje odczucia. Wszystko było ekstremalne: rozpacz, ulga, nadzieja, radość.
– Uśmiechnij się! – zarządził ponownie Matt.
Był niesamowicie zadowolony, że ona najwyraźniej chciała kontynuować ich znajomość. Przed sześcioma tygodniami sądził, że Meredith w ostrym świetle dnia oceni na nowo całą sytuację i zdecyduje, że jego jednoczesny brak pieniędzy i pozycji towarzyskiej są przeszkodami nie do pokonania i uniemożliwiają kontynuowanie ich znajomości w jakiejkolwiek formie. Wydawało się, że nie podchodziła do sprawy w ten sposób. Westchnęła i dopiero kiedy się odezwała, Matt zorientował się, że stara się mimo wszystko rozchmurzyć, tak jak ją o to prosił. Z niepewnym uśmiechem, nadając głosowi posępne brzmienie, powiedziała:
– Masz zamiar być wielkim zrzędą?
– Myślę, że to powinno być moje zadanie.
– Jesteś pewien?
– Uhm – powiedział. – Będę zrzędliwym małżonkiem.
– Jacy są mężowie?
Spojrzał na nią z udawaną wyższością.
– Mężowie wydają rozkazy.
Jej uśmiech i głos kłóciły się wyraźnie z jej następnymi słowami.
– Chciałbyś się o to założyć?
Oderwał spojrzenie od jej kuszących ust i spojrzał w błyszczące oczy. Oczarowany nimi powiedział otwarcie:
– Nie.
I wtedy stało się coś, czego się najmniej spodziewał. Zorientował się, że Meredith płacze, zamiast się śmiać. Już sobie wyrzucał, że to z jego winy tak się dzieje, ale wtedy właśnie ona objęła go mocno i przyciągnęła do siebie. Leżał obok niej na łóżku, a ona ukryła twarz w zakolu między jego szyją a ramieniem. Pozwoliła mu się objąć, drżała cała. Kiedy po kilku minutach w końcu się odezwała, trudno mu było zrozumieć jej słowa zniekształcone przez łzy.
– Czy żona farmera musi robić przetwory i kisić różne rzeczy na zimę?
Matt stłumił śmiech i głaszcząc jej wspaniałe włosy powiedział:
– Nie musi.
– Dobrze, bo ja tego nie umiem robić.
– Nie jestem farmerem – przypomniał jej znowu. – Wiesz przecież o tym.
Prawdziwy powód jej rozpaczy ujawnił się razem z potokami łez pełnych głębokiego żalu.
– W przyszłym miesiącu miałam rozpocząć studia. Ja muszę studiować, Matt. Ja p – planowałam, że pewnego dnia zostano prezydentem.
Matt zaskoczony schylił głowę, starając się dostrzec jej twarz.
– To nie byle jaki cel – wyrwało mu się, zanim zdążył się powstrzymać. – Prezydent Stanów Zjednoczonych…
Ta ostatnia uwaga, wypowiedziana całkiem poważnym tonom spowodowała wybuch okraszonego łzami śmiechu z ust nieszablonowej kobiety, którą trzymał w objęciach.
– Nie Stanów Zjednoczonych, tylko domu handlowego! – poprawiła go, a wspaniałe oczy, którymi spojrzała na niego, były nagle pełne łez śmiechu, a nie rozpaczy.
– Dzięki Bogu i za to – zażartował. Tak bardzo chciał utrzymać jej dobry nastrój, że lekko traktował wypowiadane przez siebie słowa. – W ciągu najbliższych kilku lat mam zamiar stać się całkiem bogatym człowiekiem, ale kupienie ci prezydentury Stanów Zjednoczonych nawet wtedy mogłoby być poza moimi możliwościami.
– Dziękuję – szepnęła.
– Za co?
– Za to, że mnie rozśmieszyłeś. Nie płakałam tyle od czasu, kiedy byłam dzieckiem. Teraz wydaje mi się, że nie mogę przestać.
– Mam nadzieję, że nie śmiałaś się z tego, co powiedziałem o tym, że będę kiedyś bogaty.
Meredith wyczuła, że pomimo jego lekkiego tonu była to dla niego bardzo ważna sprawa. Spoważniała. W rysach jego twarzy dostrzegła zdecydowanie, inteligencję i trudne doświadczenia wyryte w szarych oczach. Życie nie dawało mu takich ułatwień, jakie oferowało młodym ludziom z jej sfery. Wyczuła instynktownie, że Matt Farrell ma tę rzadką siłę wewnętrzną, idącą w parze z nieprzepartą chęcią osiągnięcia celu. Wyczuła w nim coś jeszcze innego. Pomimo jego arbitralnej postawy życiowej i cynizmu, jaki w nim wychwyciła, była w nim ukryta gdzieś głęboko zdumiewająca łagodność. Dowodem na to było jego dzisiejsze zachowanie. To ona sprowokowała ich zbliżenie przed sześcioma tygodniami. Jej ciąża i to pospieszne małżeństwo na pewno w takim samym stopniu rujnowało jego życie, jak i jej. Pomimo to jednak ani razu nie wypomniał jej głupoty i lekkomyślności ani też nie powiedział, żeby „poszła do diabła”, kiedy prosiła go, żeby się z nią ożenił. A właściwie takiej właśnie reakcji się spodziewała.
Patrzyła na niego, a on wiedział, że ocenia jego możliwości zrealizowania tych planów. Zdawał sobie też sprawę z tego, jak dziwaczne mogą się jej one wydać. Zwłaszcza teraz. Tego wieczoru, kiedy ją poznał, przynajmniej wyglądał na człowieka sukcesu. Teraz wiedziała już, skąd pochodził; widziała go grzebiącego pod maską starej ciężarówki, z dłońmi umazanymi smarem. Zapamiętał ten nagły szok i niechęć malującą się na jej twarzy. Dlatego też teraz, patrząc w dół na jej śliczną twarz, oczekiwał, że zacznie się śmiać z jego zamierzeń. Nie, to nie byłby śmiech. Była zbyt dobrze wychowana, żeby zaśmiać mu się w twarz. Zniżyłaby się do jego poziomu, powiedziałaby coś protekcjonalnego, co on wyczułby natychmiast. Jej szczere oczy zdradziłyby jej prawdziwe myśli.