W końcu odezwała się cichym głosem, pełnym zastanowienia, ale i odrobinę żartobliwym:
– Masz zamiar zawojować cały świat, prawda?
– Zgadza się – potwierdził.
Był kompletnie zszokowany, kiedy Meredith Bancroft wyciągnęła dłoń i nieśmiało dotknęła napiętych mięśni jego szczęki, musnęła policzek. Teraz uśmiechały się też jej oczy, błyszczały. Miękko, ale z absolutnym przekonaniem w głosie szepnęła:
– Jestem pewna, Matt, że ci się to uda.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu; poczuł się oszołomiony dotykiem jej palców, bliskością jej ciała, wyrazem oczu. Przed sześcioma tygodniami podniecała go szaleńczo; teraz w ciągu kilku chwil ten ukryty pociąg wybuchnął z siłą, która kazała mu nachylić się i zagarnąć jej usta w mocnym, pełnym głodu pocałunku. Rozkoszował się nim, zaskoczony swoją własną gwałtownością i tym, że musiał zwolnić jego tempo i powoli nakłonić jej usta, żeby się uchyliły. Instynktownie wyczuł, że jej uczucia nie są tak pełne żaru jak jego. A kiedy jej usta w końcu uległy, był zaskoczony ogarniającym go przypływem triumfu. Stracił poczucie rzeczywistości; uniósł się i mocno przycisnął do niej całe swoje napięte ciało. Prawie jęknął, kiedy po kilku minutach oderwała się od niego i oparła dłońmi na jego piersi, odpychając go lekko od siebie.
– Twoja rodzina – wyrzuciła z siebie z desperacją. – Są na dole…
Matt niechętnie zdjął dłoń z jej nagiej piersi. Rodzina. Zapomniał o tym wszystkim. Wtedy, na dole, było jasne, że jego ojciec wyciągnął prawidłowy wniosek, co do powodu ich pospiesznego małżeństwa, i zupełnie błędnie ocenił, jakiego rodzaju kobietą była Meredith. Musiał zejść na dół i wyjaśnić to. Nie chciał utwierdzać ojca w błędnym przekonaniu, że Meredith była bezwartościową, bogatą pannicą, przez pozostawanie z nią teraz w tej sypialni. Był zdziwiony, że nie pomyślał o tym; bardziej jeszcze zaskoczyło go to, że przy niej zupełnie się nie kontrolował. Pragnął ją teraz posiąść szybko i całkowicie. Coś takiego nie zdarzyło mu się nigdy dotąd.
Odchylił do tyłu głowę, odetchnął głęboko, żeby opanować emocje, i wstał z łóżka, usuwając się z zasięgu pokusy. Oparł turnię o obramowanie łóżka i obserwował, jak poderwała się do pozycji siedzącej. Skrępowana, zerknęła na niego, próbując pospiesznie uporządkować ubranie. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył, jak wstydliwie okrywa piersi, które jeszcze przed chwilą całował i pieścił.
– Zaryzykuję, że zabrzmi to skandalicznie – zauważył mimochodem – ale zaczyna mi się wydawać, że fikcyjne pobieranie się w naszym wypadku to nie tylko barbarzyństwo, ale rzecz wręcz niepraktyczna. To pewne, że jesteśmy sobą zainteresowani seksualnie. Spłodziliśmy dziecko. Może powinniśmy dać sobie szansę i spróbować żyć jak prawdziwe małżeństwo. – Wzruszając lekko szerokimi ramionami, z uśmiechem igrającym na ustach dodał: – Kto wie, może by się nam to spodobało.
Meredith nie byłaby bardziej zdziwiona, gdyby nagle wyrosły mu skrzydła i zacząłby fruwać po pokoju. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że on zaledwie rozpatruje to jako ewentualność, a nie sugeruje, żeby tak zrobić. Czuła urazę za jego nieprzemyślane słowa i jednocześnie dziwny rodzaj zadowolenia i wdzięczności, że w ogóle pomyślał o tym. Milczała.
– Nie musimy się spieszyć – wyprostował się i z łobuzerskim uśmiechem dodał: – Mamy kilka dni na podjęcie decyzji.
Wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął, całkowicie oszołomiona tempem, z jakim wyciągał wnioski, wydawał polecenia i zmieniał tematy rozmów. Matthew Farrell był kilkoma różnymi i zaskakująco odmiennymi osobowościami. Kim był, tak naprawdę, tego wcale nie była pewna. Wtedy wieczorem, kiedy się poznali, dostrzegła w nim lodowatą szorstkość; jednocześnie tej samej nocy śmiał się z jej żartów, spokojnie rozmawiał z nią o swoich sprawach, całował ją do nieprzytomności i kochał się z nią z pasją i nadzwyczajną czułością. Czuła jednak, że łagodność, jaką prawie zawsze jej okazywał, nie leżała w jego naturze i że nie mogła go niedoceniać. Była pewna, że on kiedyś stanie się siłą, z którą będzie trzeba się liczyć, bez względu na to, co zdecyduje się zrobić w przyszłości ze swoim życiem. Zasnęła myśląc, że on już jest kimś, z kim należy się liczyć.
To, co Matt powiedział ojcu, zanim Meredith zeszła na obiad, najwyraźniej odniosło skutek, bo wydawało się, że Patrick Farrell bez dalszych problemów zaakceptował fakt, że się pobierają. Mimo wszystko jednak posiłek ten byłby dla Meredith szarpiącym nerwy przeżyciem, gdyby nie sympatyczny potok słów Julie. Matt milczał przez cały czas i wydawał się zamyślony. Jednocześnie był w pokoju osobą dominującą i nawet rozmowę zdominował samą swoją obecnością.
To Patrick Farrell powinien pełnić funkcję pana tego domu, ale najwyraźniej przekazał ją Mattowi. Patrick był szczupłym, zamyślonym człowiekiem. Jego twarz nosiła ślady intensywnych przeżyć i tragedii. Kiedy tylko zachodziła konieczność podjęcia jakiejś decyzji, zwracał się do Matta. W oczach Meredith był on jednocześnie godnym pożałowania i przerażającym człowiekiem. Miała wrażenie, że w dalszym ciągu nie bardzo ją lubi.
Wydawało się, że Julie jest pogodzona z rolą kucharki i sprzątaczki w tym domostwie. Była żywa jak iskierka z czwartolipcowych fajerwerków. Każda jej myśl wystrzeliwała natychmiast w potoku entuzjastycznych słów. Uwielbiała Matta. Było to oddanie bardzo widoczne i całkowite; zrywała się, żeby podać mu kawę, radziła się go, słuchała tego, co mówił, jakby były to słowa zsyłane przez samego Pana Boga. Meredith starała się z desperacją nie myśleć o swoich własnych problemach i zastanawiała się, jak Julie potrafiła utrzymać swój entuzjazm i optymizm w miejscu takim jak to. Wydawało jej się dziwne, że dziewczyna tak inteligentna jak Julie poświęcała ochoczo to, co mogłaby osiągnąć w życiu dla opieki nad ojcem; sądziła, że takie właśnie były plany Julie. Meredith była tak pochłonięta tymi rozmyślaniami, że dopiero po chwili zorientowała się, że Julie mówi do niej.
– W Chicago jest dom towarowy: „Bancroft” – powiedziała. – Widuję czasami ich reklamy w „Siedemnastolatce”, ale najczęściej w „Vogue”. Mają fantastyczne rzeczy. Kiedyś Matt kupił mi u nich jedwabną apaszkę. Bywasz tam?
Meredith skinęła głową. Na wspomnienie o sklepie jej uśmiech bezwiednie nabrał ciepła, ale nie kontynuowała tego lematu. Nie nadarzyła się dotąd odpowiednia chwila, żeby powiedzieć Mattowi o jej powiązaniu z „Bancroftem”. Nie chciała poruszać tej sprawy tutaj, zwłaszcza że Patrick już tak źle zareagował na jej samochód. Niestety, Julie zadając następne pytanie, nie pozostawiła jej możliwości wyboru.
– Czy jesteś może w jakiś sposób spokrewniona z tymi Ban – Bancroftami?
– Jestem.
– Czy to bliskie pokrewieństwo?
– Dosyć bliskie – powiedziała, mimo wszystko trochę rozbawiona błyskiem fascynacji w wielkich szarych oczach Julie.
– Jak bliskie? – zapytała Julie, odkładając widelec i wpatrując się w nią. Filiżanka Matta zastygła w połowie drogi do jego ust. On też przyglądał się Meredith. Patrick Farrell, marszcząc brwi, odchylił się do tyłu na swoim krześle.
Meredith, z cichym westchnieniem rezygnacji przyznała:
– Mój prapradziadek był założycielem tego sklepu.
– To fantastyczne. Wiesz, co mój prapradziadek zrobił?
– Co? – zapytała Meredith i nawet nie spojrzała na Matta, żeby zobaczyć, jak zareagował na tę rewelację, tak wciągnął ją zaraźliwy entuzjazm Julie.