Za jej plecami Matt odezwał się bezbarwnym, spokojnym głosem:
– Meredith?
Odwróciła się i zobaczyła, że on ciągle jeszcze stoi w drzwiach swojego pokoju. Opierał się o futrynę, ręce skrzyżował luźno na piersiach.
– Słucham?
– Wiesz, czego ja najbardziej nie lubię? Nieprzejednany ton zapowiadał, że jego pytanie nie należy do tych nic nie znaczących. Potrząsnęła ostrożnie głową, zastanawiając się, do czego zmierza. Nie pozostawiał jej długo w niepewności.
– Spędzać samotnie nocy, kiedy cholernie dobrze wiem, że w pokoju obok jest ktoś, kto powinien spać razem ze mną. – Matt chciał, żeby zabrzmiało to bardziej jak zaproszenie niż szorstkie stwierdzenie faktu. Był zaskoczony brakiem taktu, juki wykazywał w stosunku do niej. Na jej twarzy odmalowało się zawstydzenie, niezręczność i niepewność. Uśmiechnęła się niepewnie, zastanowiła się i już zdecydowanie powiedziała:
– Dobranoc.
Matt patrzył, jak zamykała za sobą drzwi. Stał tak przez długą chwilę, wiedząc, że gdyby poszedł za nią i spróbował delikatnej perswazji, prawdopodobnie przekonałby ją, żeby spędziła tę noc z nim. Jednocześnie coś go przed tym powstrzymywało. Odwrócił się i wszedł do pokoju, ale drzwi zostawił otwarte. Był przekonany, że ona chce być razem z nim, i jeśli istotnie tak jest, przyjdzie do niego, kiedy będzie gotowa do snu.
Po długich poszukiwaniach znalazł w szufladzie spodnie od piżamy, włożył je i stał przy oknie, patrząc na zalany światłem księżyca trawnik. Usłyszał, jak Meredith wyszła z łazienki, i zastygł słuchając jej kroków. Oddaliły się w koniec korytarza i drzwi do pokoju Julie zamknęły się. Podjęła decyzję. Zrozumiał to z mieszaniną zaskoczenia, poirytowania i rozczarowania. Nie było to jednak tylko powiązane z jego nieodwzajemnionym pożądaniem. To sięgało gdzieś głębiej i miało bardziej ogólne podłoże. Chciał, żeby zasygnalizowała w jakiś sposób, że jest gotowa do nawiązania z nim prawdziwego kontaktu. Bardzo na to liczył, ale nie chciał robić niczego, co miałoby ją ponaglać. To powinna być jej decyzja, jej wybór wypływający całkowicie z jej własnej woli. Dokonała takiego wyboru, kiedy odeszła od niego tym korytarzem. Jeśli miałaby jakieś wątpliwości co do tego, czego on od niej oczekuje, to to, co powiedział jej w drzwiach swojego pokoju, rozproszyłoby te niejasności.
Sapnął z poirytowaniem, odwracając się od okna. Prawda mogła być taka, że zbyt wiele oczekiwał od osiemnastoletniej dziewczyny. Rzecz w tym, że cholernie trudno było mu pamiętać o tym, jak młoda naprawdę jest Meredith. Odsunął nakrycie na bok i położył się na łóżku, krzyżując ręce za głową. Patrzył w sufit i myślał o niej. Tego wieczoru opowiedziała mu o swojej przyjaźni z Lisą Pontini. Z tego, co mówiła, zorientował się, że Meredith czuje się zupełnie swobodnie nie tylko w klubie czy luksusowej posiadłości, ale i w codziennych kontaktach z rodziną Pontinich. Pomyślał, że Meredith jest pozbawiona absolutnie wszelkiej pozy, nie stosuje podstępów. Jednocześnie była pełna łagodności i zakodowanej w każdym ruchu elegancji, która była dla niego tak samo kusząca, jak jej śliczna twarz i czarujący uśmiech.
Zmęczenie w końcu dało znać o sobie i przymknął oczy. Niestety, żadna z tych cech nie będzie jej pomocna i nie spowoduje, że wizja wyjazdu do Ameryki Południowej wyda jej się chociaż odrobinę ponętna, o ile nie czuje czegoś do niego. Najwyraźniej był jej obojętny, bo inaczej byłaby tu teraz z nim. Pomysł, żeby próbować nakłonić niechętną, wychuchaną osiemnastolatkę do wyjazdu z nim do Wenezueli, był nie tylko dziwaczny, ale i z góry skazany na niepowodzenie. Zwłaszcza że ona nie miała nawet dość odwagi, żeby pokonać dla niego odległość równą długości tego korytarza.
Meredith stała przy łóżku Julie z opuszczoną głową. Szarpały nią tęsknoty i wątpliwości, nie kontrolowała ich już ani nie umiała przewidzieć. Nie odczuwała jeszcze ciąży w żaden fizyczny sposób, ale najwyraźniej jej stan siał spustoszenia w jej emocjach. Mniej niż godzinę temu nie chciała zbliżenia z Mattem, teraz tego pragnęła. Zdrowy rozsądek ostrzegał ją, że jej przyszłość była już i tak przerażająco niepewna, Jeśli ulegnie swojemu narastającemu zainteresowaniu nim, skomplikuje wtedy wszystko jeszcze bardziej. Dwudziestosześcioletni Matt był o wiele starszy od niej i o wiele bardziej doświadczony we wszystkich dziedzinach życia, życia jej zupełnie nie znanego. Przed sześcioma tygodniami, kiedy on miał na sobie smoking, a ona była w znanym sobie otoczeniu, wydawał jej się niemal taki sam jak inni znani jej mężczyźni. Ale tutaj, w dżinsach i koszuli było w nim coś tak bliskiego życiu, mocnego, co jednocześnie podniecało i alarmowało ją. Chciał być z nią. Dzisiaj wieczorem dał jej to jasno do zrozumienia. Był wyraźnie tak pewny siebie, gdy w grę wchodziły kobiety i seks, że potrafił stać tam i bez ogródek mówić jej, czego od niej oczekuje. Nie prosić ją, czy próbować namawiać, ale po prostu oznajmiać swoje życzenia. Bez wątpienia miał w Edmunton opinię nie byle jakiego ogiera i to chyba zasłużona. Tego wieczoru, kiedy się poznali, potrafił sprawić, że doświadczyła prawdziwej namiętności, mimo że była taka przerażona. Wiedział dokładnie, które miejsce pieścić i jak kierować swoim ciałem, żeby doprowadzić ją do szaleństwa. Takiej seksualnej maestrii nie nabywa się, czytając książki! Prawdopodobnie kochał się setki razy, na sto możliwych sposobów i z setkami kobiet.
Nawet w chwili, kiedy myślała o tym, jej umysł sprzeciwiał się podejrzeniu, że Matt nie żywi do niej żadnych innych uczuć poza fizycznym pożądaniem. Co prawda nie zadzwonił przez sześć tygodni, odkąd wyjechał z Chicago; prawdą też jest, że była tamtego wieczoru tak zdenerwowana, że nie mogła mu dać do zrozumienia, że tego chce. Jego twierdzenie, że zamierzał zadzwonić do niej za dwa lata, po powrocie z Ameryki Południowej, wydało jej się śmieszne, kiedy to jej powiedział. Dzisiaj wieczorem opowiedział jej o swoich planach na przyszłość i teraz w łagodnych ciemnościach myślała, że może on chciał być kimś, kiedy zadzwoni do niej znowu. Myślała o tym, co opowiedział jej o śmierci matki. Z pewnością chłopiec, który tak opłakiwał i przeżywał tę stratę, nie mógł wyrosnąć na powierzchownego, nieodpowiedzialnego mężczyznę, którego w kobiecie interesowało tylko jedno… Zamarła. Matt nie był nieodpowiedzialnym człowiekiem. Ani przez chwilę, odkąd dotarła tutaj, nie starał się uniknąć odpowiedzialności za dziecko. Co więcej, z tego, co powiedział, i z kilku uwag Julie wynikało, że Matt już od lat był odpowiedzialny za rodzinę.
Jeśli dzisiaj myślał tylko o seksie, to dlaczego nie próbo -; wał namówić jej, żeby spała z nim, skoro tak bez ogródek po -: wiedział jej, że chce tego? Pamiętała czuły wyraz jego oczu, kiedy pytał ją, czy jest naprawdę tak urocza, jak on to sobie wyobraża. Tak samo patrzył na nią, kiedy siedzieli na ganku. Dlaczego nie próbował skłonić jej do pójścia z nim do łóżka? Odpowiedź na to pytanie sprawiła, że poczuła ogarniającą ją słabość i dziwne przerażenie. Zdecydowanie chciał się z nią kochać i zdecydowanie wiedział, jak ją do tego przekonać, ale nie chciał tego robić. Tego wieczoru chciał od niej czegoś więcej niż tylko jej ciała. Nie wiedziała, skąd płynęło to przekonanie, ale była tego pewna.
Było też możliwe, że to ona jest po prostu nadwrażliwa.
Wyprostowała się, drżąc z niepewności. Nieświadomie położyła dłoń na swoim płaskim brzuchu. Była przestraszona, zmieszana i na dodatek bardzo zainteresowana mężczyzną, którego nie znała i nie rozumiała. Z łomoczącym sercem otworzyła drzwi. Drzwi jego pokoju były otwarte, widziała to, kiedy wracała z łazienki. Zdecydowała, że jeśli już zasnął, wróci do swojego pokoju.