Выбрать главу

Po powrocie do domu odniosła zakupy do kuchni i zasiadła ze swoim szydełkiem, broszurą i magazynem z kolorowymi instrukcjami dla szydełkujących. Zgodnie z nimi łańcuszek był podstawowym ściegiem dla wszystkich ściegów szydełkowych. Początkujący mogli zaznajomić się z następnymi zawiłościami robótek dopiero, kiedy będą umieli zrobić co najmniej sto prawidłowych oczek łańcuszka. Stosując się do tego, Meredith rozpoczęła posłusznie robienie ściegu łańcuszkowego. Każde oczko miało średnicę prawie centymetra z powodu wielkich rozmiarów szydełka i grubości przędzy, której używała.

Poranek przeszedł w popołudnie, a obawy, przed którymi starała się uciec, zaczęły ją nękać znowu. Szydełkowała tym intensywniej, żeby je odpędzić. Nie będzie myśleć o pediatrach… albo o tym, jak to jest w czasie porodu… o tym, czy Matt będzie chciał uzyskać prawo odwiedzania ich dziecka… o przedszkolu… o tym, czy Matt mówił serio, żeby spróbowali żyć jak prawdziwe małżeństwo…

Oczka ściegu łańcuszkowego spadały kaskadą spod jej szydełka. Grube i kształtne układały się w duży stos delikatnego, kremowego zwoju u jej stóp. Spojrzała w dół. Wiedziała doskonale, że czas, żeby przerwać tę część nauki i przejść do bardziej skomplikowanych działań. Nie czuła się jednak zdolna do podjęcia tego wyzwania. Poza tym czerpała z tej powtarzającej się czynności pewną ponurą satysfakcję i zaspokajała potrzebę poczucia kontroli nad czymkolwiek. O drugiej po południu dotąd nie objawiająca się ciąża dała o sobie znać nagłą potrzebą snu. Meredith odłożyła szydełko. Zwinęła się na kanapie i zerknęła na zegar. Zdrzemnie się przez chwilę i zdąży przed powrotem Matta odłożyć przędzę i wszystko przygotować. Przed powrotem Matta… Myśl o nim, powracającym do niej po ciężkim dniu pracy napełniła ją uczuciem wielkiej przyjemności. Podłożyła dłoń pod policzek. Przypomniała sobie, jak Matt kochał się z nią, i musiała zmusić się do myślenia u czymś innym. To wspomnienie było tak żywe i intensywne, że poczuła aż bolesną tęsknotę za nim. Zagrażało jej poważne niebezpieczeństwo zakochania się w ojcu swojego dziecka. Poważne niebezpieczeństwo? – pomyślała z uśmiechem. Czy istniało coś wspanialszego, o ile Matt czułby to samo, a sądziła, że tak jest.

Przez otwarte okno dotarł do niej odgłos żwiru trzeszczącego pod oponami. Otworzyła gwałtownie oczy, spojrzała na zegar. Było wpół do piątej. Usiadła szybko, przejechała palcami po włosach. Odgarnęła je z czoła. Frontowe drzwi otworzyły się akurat w chwili, kiedy sięgała po przędzę, żeby ją schować. Jej serce zareagowało na jego widok radosnym biciem.

– Cześć – powiedziała i nagle wyobraziła sobie inne wieczory, takie jak ten, kiedy Matt wracałby do domu do niej. Zastanawiała się, czy on w ogóle myślał o niej, po czym złajała się za takie głupie pomysły. To ona miała nadmiar wolnego czasu; tai był zapracowany i na pewno zajęty czymś innym. – Jak minął ci dzień?

Matt patrzył na nią stojącą koło kanapy. Oczami wyobraźni widział wiele dni takich jak ten; dni, miesięcy, lat. Wracałby do domu do tej złotowłosej bogini, której uśmiech sprawiał, że czuł się, jakby właśnie pokonał gołymi rękami smoka, wykurował się z przeziębienia i znalazł sposób na zapewnienie pokoju na całym świecie.

– Miałem niezły dzień – powiedział, uśmiechając się. – A co ty robiłaś?

Przez część dnia zamartwiała się, a przez jego resztę myślała i marzyła o nim. Jako że tego raczej nie powinna mu mówić, powiedziała tylko:

– Zaczęłam uczyć się szydełkowania. – Na potwierdzenie swoich słów wyciągnęła motek przędzy.

– To typowo domowe zajęcie – zażartował Matt. Jego wzrok ześlizgnął się wzdłuż oczek jej robótki, zwieszającej się z morka i niknącej gdzieś pod stolikiem. Uniósł ze zdziwieniem brwi. – Co to będzie?

Nie miała najmniejszego pojęcia i zachichotała zawstydzona:

– Zgadnij – powiedziała, żeby zachować twarz. Miała nadzieję, że może on coś wymyśli.

Matt podszedł, schylił się i podniósł koniec robótki. Zaczął się cofać do tyłu, aż rozprostował jej łańcuszek na całą długość pokoju.

– Cztery metry, może to dywan? – zaryzykował ze śmiertelną powagą.

Jakimś cudem udało jej się zapanować nad wyrazem swojej twarzy i wyglądać na urażoną.

– To oczywiste, że nie jest to dywan. Spoważniał i ruszył ku niej pełen skruchy.

– Podpowiedz mi – poprosił łagodnie.

– Tak naprawdę, to nie potrzebujesz podpowiedzi. To jasne, co to będzie. – Usiłując zachować powagę, obwieściła: – Mam zamiar dodać jeszcze kilka rzędów do tego, co już zrobiłam, żeby to było szersze. Potem ukrochmalę to wszystko i będziesz miał czym ogrodzić swoją posiadłość.

Matt, śmiejąc się, przyciągnął ją do siebie, nie bacząc na kłujące go szydełko.

– Kupiłam coś na kolację – oświadczyła, odchylając się w jego objęciach.

Matt myślał o zabraniu jej gdzieś wieczorem. Spojrzał na nią zdziwiony.

– Myślałem, że mówiłaś, że nie potrafisz gotować.

– Zrozumiesz, jak zobaczysz, co kupiłam – odparła. Objął ją ramieniem i poszli do kuchni. Wyjęła hot dogi, a jego wzrok padł na gąbczaste słodycze do opiekania na ogniu.

– To bardzo sprytne – powiedział z uśmieszkiem. – Znalazłaś sposób, żebym to ja musiał się wykazać.

– Wierz mi – powiedziała posępnie – tak będzie bezpieczniej.

Był w domu mniej niż dziesięć minut i już po raz drugi poczuł, jakby życie stało się nagle wypełnione tylko radością i śmiechem.

Meredith wyniosła przed dom koc i jedzenie, a Matt przygotował ognisko. Spędzili wieczór na zewnątrz, jedząc przypalone hot dogi, niedopieczone bułeczki i słodkości skapujące w trakcie pieczenia do ogniska. Rozmawiali o wszystkim, o ukształtowaniu terenu w Ameryce Południowej, o niezwykłym braku typowych objawów ciąży u Meredith, a nawet o sposobie przypiekania na ogniu tych słodkich przysmaków. Kończyli jedzenie przy blasku księżyca. Meredith uprzątnęła talerze i zaniosła je do kuchni. Matt podciągnął kolana do piersi i czekał na jej powrót. Spoglądał leniwie na ciemniejące niebo i na liście, które zebrał i wrzucił do ognia, żeby zrobić jej niespodziankę.

Kiedy Meredith wróciła, powietrze było przesycone wspaniałym aromatem jesieni. Matt siedział na kocu i starał się wyglądać tak, jakby zapach palonych w sierpniu liści był czymś najnormalniejszym. Uklękła na kocu naprzeciwko niego, spojrzała w ogień, a potem w jego twarz. Pomimo ciemności widział blask jej oczu.

– Dziękuję – powiedziała prosto.

– Bardzo proszę – odpowiedział, a jego głos zabrzmiał dla jego własnych uszu dziwnie ochryple. Wyciągnął do niej dłoń i musiał zwalczyć ogarniającą go falę pożądania, kiedy mylnie odczytując jego gest, usiadła między jego kolanami, żeby oprzeć się o jego pierś i jednocześnie obserwować ogień. W chwilę później jego pożądaniu towarzyszyło też uczucie wspaniałej radości, kiedy powiedziała miękko: