– Jeździ konno. Powiedziała, że wróci przed twoim powrotem, ale jesteś o dwie godziny wcześniej niż zwykle. – Z krzywym uśmieszkiem dodała: – Zastanawiam się, co za atrakcja przyciągnęła cię tutaj?
– Mądrala. – Skierował się w stronę tylnych drzwi, mierzwiąc po drodze jej włosy.
Meredith powiedziała mu wczoraj, że bardzo lubi konną jazdę. Rano Matt zadzwonił do sąsiada, pana Dale'a, z prośbą, żeby wypożyczył mu dla niej jednego ze swoich koni.
Na zewnątrz Matt przebiegł dziedziniec, minął zarośnięte grządki, kiedyś będące ogródkiem warzywnym jego matki i wypatrując sylwetki Meredith, przeszukiwał leżące na prawo pola. Był w połowie drogi do ogrodzenia, kiedy zobaczył, że nadjeżdża. W plecach poczuł igiełki strachu na ten widok. Kasztanowaty koń galopował, pożerając przestrzeń. Biegł wzdłuż linii ogrodzenia. Meredith pochylała się nisko, tuż nad jego karkiem. Włosy powiewały jej dziko wokół ramion. W miarę jak się zbliżała, zorientował się, że ma zamiar zakręcić i skierować konia do ich stajni. Ruszył w tamtą stronę. Obserwował ją, a jego puls zwalniał do bardziej normalnego tempa. Jego obawy zniknęły. Meredith Bancroft jeździła jak arystokratka, którą była: siedziała w siodle lekko, wyglądała ślicznie i kontrolowała sytuację całkowicie.
– Cześć! – zawołała. Twarz miała zaróżowioną i promienną. Zatrzymała konia przed stajnią, tuż obok sterty niezbyt świeżego siana. – Muszę go wytrzeć – powiedziała, kiedy Matt sięgał po uzdę.
Wtedy wypadki potoczyły się szybko. Matt nadepnął obcasem na ząb starych wideł leżących na ziemi. Stało się to akurat w chwili, kiedy Meredith zaczęła zsiadać z konia i właśnie przekładała nogę ponad jego grzbietem. Trzonek nadepniętych przez Matta wideł podskoczył do góry i uderzył konia w nos, ten z pełnym protestu rżeniem zakołysał się i stanął dęba. Matt wypuścił z rąk uzdę, starając się chwycić Meredith, ale ona już ześlizgnęła się do tyłu, wylądowała na sianie, po czym znalazła się na ziemi.
– Do diabła! – wybuchnął Matt, przykucając i chwytając jej ramiona. – Zraniłaś się?
Sterta siana złagodziła jej upadek i nic się jej nie stało. Była tylko przerażona i zaskoczona zdarzeniem.
– Czy ja się zraniłam? – powtórzyła, wstając z wyrazem komicznego szoku na twarzy. – Moja duma jest więcej niż zraniona. To ona poniosła ciężkie straty, jest zdruzgotana…
Patrzył na nią zaniepokojony.
– Czy nic nie stało się dziecku?
Meredith przerwała czyszczenie z siana i kurzu tyłu pożyczonych od Julie dżinsów.
– Matt – poinformowała go z krzywym uśmieszkiem i pełnym wyższości spojrzeniem, zatrzymując rękę na siedzeniu swoich spodni – to nie jest miejsce, w którym jest dziecko.
W końcu zorientował się w umiejscowieniu jej ręki, a co za tym idzie, zlokalizował miejsce, na które upadła. Poczuł rozbawienie i ulgę. Z udawanym zaskoczeniem zapytał:
– To nie to miejsce?
Przez kilka minut Meredith siedziała zadowolona, obserwując, jak Matt wyciera konia. Potem przypomniała sobie o czymś i uśmiechnęła się.
– Dzisiaj skończyłam szydełkowanie twojego swetra – zawołała.
Zatrzymał się gwałtownie i patrzył na nią niepewnie.
– Ty… zrobiłaś z tego czegoś przypominającego linę sweter? Dla mnie?
– Nie z tego – powiedziała, starając się wyglądać na urażoną. – To coś przypominające linę to były tylko wprawki. Dzisiaj zrobiłam prawdziwy sweter. To raczej kamizelka, nie sweter. Chcesz ją zobaczyć?
Powiedział, że chce, ale był tak skrępowany, że Meredith musiała przygryźć wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. W kilka minut później wyszła z domu, niosąc zrobioną grubym ściegiem kamizelkę. Jej szydełko i resztka beżowej przędzy, którą ćwiczyła wczoraj, były wbite w gotowy do włożenia produkt.
Matt wychodził właśnie ze stajni i spotkali się przy stercie siana.
– Oto ona – powiedziała, wyciągając zza pleców swoją niespodziankę. – Jak ci się podoba?
Z nieukrywaną obawą spoglądał na jej ręce, potem na kamizelkę, w końcu na jej twarz. Był zaskoczony i pełen podziwu dla jej dzieła i wyraźnie wzruszony, że zrobiła to dla niego. Nie spodziewała się takiej reakcji i. była trochę zażenowana swoim żartem.
– Niesamowite – powiedział Matt. – Sądzisz, że to będzie dla mnie dobre?
Była pewna, że będzie. Sprawdziła swetry w jego szufladzie, żeby upewnić się, że kupi dobry rozmiar. Kiedy przyniosła do domu tę kamizelkę, usunęła starannie metki.
– Myślę, że będzie pasować.
– Przymierzę ją.
– Tutaj? – zapytała i kiedy skinął potakująco głową, wyjęła z kamizelki szydełko. Czuła się coraz bardziej winna.
Powoli i ostrożnie wziął ją z jej rąk; włożył, wygładził i wyciągnął kołnierzyk koszuli, którą miał na sobie.
– Jak wyglądam? – zapytał, stając w lekkim rozkroku z rękoma na biodrach.
Wyglądał absolutnie cudownie. Nawet w wytartych dżinsach i niedrogiej kamizelce był przystojny w bardzo męski sposób. Miał szerokie ramiona szczupłe biodra: był zabójczo przystojny.
– Podoba mi się, głównie dlatego, że zrobiłaś ją sama, specjalnie dla mnie.
– Matt – zaczęła niepewnie, gotowa do przyznania się.
– Słucham?
– Jeśli chodzi o kamizelkę…
– Nie, kochanie – przerwał jej – nie tłumacz się, że nie miałaś czasu zrobić więcej takich rzeczy dla mnie. Możesz to nadrobić jutro.
Meredith dochodziła do siebie po emocjonalnym dreszczyku, jaki odczuła, słysząc jego głęboki głos mówiący do niej „kochanie”. Z tego powodu z opóźnieniem dotarto do niej znaczenie jego słów i rozbawienie, jakie pobłyskiwało w jego oczach. Schylił się i nie kryjąc swoich zamiarów, podniósł z ziemi patyk. Ruszył z nim w stronę cofającej się i śmiejącej się bezsilnie Meredith.
– Nie waż się! – zachichotała, okrążając pospiesznie stertę siana i wycofując się ku stodole. Wpadła tyłem na ścianę budynku. Traciła równowagę, ale Matt chwycił jej nadgarstek, podrywając ją szybko i przyciskając jednocześnie do siebie.
Cała w pąsach z błyszczącymi oczami śmiejąc się, spojrzała w górę na jego zadowoloną twarz.
– Teraz, skoro mnie już złapałeś – droczyła się – co mi zrobisz?
– Oto jest pytanie – powiedział zduszonym głosem. Wpatrywał się w jej usta, pochyli! głowę. Całował ją z wystudiowaną, powolną zmysłowością, aż poczuł, że Meredith odwzajemnia ten pocałunek. Wtedy zaczął całować ją mocniej, rozchylił jej usta swoimi. Zapomniała, że w miejscu, gdzie stali, w jasnym świetle dnia byli doskonale widoczni z okien domu. Objęła ręką jego kark, przytrzymując go blisko siebie. Zaspokajała głód jego pocałunków swoim własnym głodem, przyjmując sugestywny rytm jego języka. Kiedy w końcu podniósł głowę, obydwoje oddychali ciężko i szybko, a jego podniecone ciało pozostawiło na jej ciele niewidoczny ślad.
Matt odetchnął głęboko i odchylił głowę do tyłu. Wyczuł instynktownie, że był to idealny moment, żeby spróbować namówić ją na wyjazd z nim. Zastanowił się, jak to zrobić. Cholernie bał się, że mu odmówi, i zdecydował lekko przechylić szalę na swoją korzyść, używając pewnej formy nacisku.
– Myślę, że nadszedł czas na naszą poważną rozmowę – oświadczył, prostując się i patrząc na nią. – Powiedziałem ci, kiedy zgodziłem się na małżeństwo, że być może postawię pewne warunki. Nie byłem wtedy pewny, jakie one będą. Teraz już wiem.
– Co to za warunki?
– Chcę, żebyś pojechała ze mną do Ameryki Południowej. – Po wyrzuceniu z siebie tego oświadczenia czekał.
Była zszokowana, że stawiał warunki, i jednocześnie niewypowiedzianie zadowolona z ich treści. Niepokoił ją trochę dyktatorski ton, jakiego użył, i dlatego powiedziała: