Выбрать главу

Meredith zaśmiała się w odpowiedzi. Wesołość Lisy udzieliła się i jej.

– Myślę, że już najwyższy czas, żebym to ja zrobiła coś jako pierwsza.

Lisa spoważniała trochę.

– Powiedz, Mer, czy on jest wspaniały? Myślę o tym, że jeśli on nie jest naprawdę, ale tak naprawdę wspaniały, to nie jest dość dobry dla ciebie.

To było nowe i skomplikowane zadanie: mówić o Matcie i swoich uczuciach do niego. Meredith wiedziała, jak dziwnie to zabrzmi, jeśli powie, że go kocha, mimo że spędzili ze sobą zaledwie sześć dni. Zamiast tego skinęła głową i powiedziała z emfazą:

– On jest niesamowicie wspaniały.

Kiedy jednak już raz zaczęła, okazało się, że jest jej trudno, przestać mówić o nim. Moszcząc się wygodnie, podciągnęła nogi pod siebie i spróbowała wytłumaczyć Lisie swoje uczucia.

– Czy zdarzyło ci się poznać kogoś i w ciągu kilku minut nabrać przekonania, że to jest najbardziej wyjątkowa osoba, jaką kiedykolwiek poznałaś w swoim życiu?

– Z grubsza rzecz biorąc, czuję coś takiego zwykle, jak zaczynam się z kimś spotykać… żartuję tylko! – zaśmiała się, kiedy Meredith rzuciła w nią poduszką.

– Matt jest wyjątkowy i jestem o tym przekonana. Uważam, że jest inteligentny, ale tak naprawdę inteligentny. Ma w sobie niezwykłą siłę, czasami jest trochę dyktatorski, ale gdzieś w głębi jest w nim coś jeszcze innego: dobroć, łagodność i…

– Czy może mamy zupełnie przypadkiem zdjęcie tego wzoru cnót? – przerwała jej Lisa zafascynowana równie mocno jaśniejącą twarzą Meredith, jak i tym, co jej przyjaciółka mówiła.

Meredith natychmiast zaprezentowała fotografię.

– Znalazłam je w rodzinnym albumie, który pokazała mi jego siostra. Powiedziała, że mogę je zatrzymać. Było zrobione przed rokiem i chociaż to tylko amatorskie, niezbyt dobre zdjęcie, przypomina mi coś więcej niż tylko jego twarz. Widać tu jego osobowość. – Podała zdjęcie Lisie. Matt miał zmrużone w słońcu oczy; ręce w kieszeniach dżinsów i uśmiechał się do Julie, która to zdjęcie robiła.

– O mój Boże! – powiedziała Lisa, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. – I jak tu nie mówić o zwierzęcym magnetyzmie! Męskiej charyzmie i sex appealu…

Meredith zabrała jej zdjęcie, śmiejąc się.

– Spokojnie, nie podniecaj się, to mój mąż. Lisa wpatrywała się w nią.

– Zawsze lubiłaś śliczniutkich blondynów w amerykańskim stylu.

– Prawdę mówiąc, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Marta, nie uważałam go za specjalnie przystojnego. Jednak od tamtej pory mój gust się wyraźnie poprawił.

Przybierając poważniejszy ton, Lisa zapytała:

– Myślisz, Mer, że go kochasz?

– Kocham być z nim.

– Czy to nie to samo?

Meredith uśmiechnęła się z rezygnacją.

– To samo, ale myślę, że to brzmi mniej głupio niż mówieniu „kocham go” o kimś, kogo zna się zaledwie kilka dni.

Lisa, usatysfakcjonowana, poderwała się.

– Chodźmy gdzieś i uczcijmy to obiadem! Ty stawiasz.

– Zgoda – zaśmiała się Meredith, podchodząc do szafy, żeby się przebrać.

Poczta wenezuelska działała o wiele gorzej, niż Matt przypuszczał. W ciągu następnych dwóch miesięcy Meredith pisała do Matta trzy lub cztery razy w tygodniu, a w zamian dostała tylko pięć listów. Jej ojciec regularnie podkreślał ten fakt, lecz z większym zatroskaniem niż satysfakcją. Meredith niezmiennie przypominała mu, że te listy, które dostała, były bardzo długie, na dziesięć lub dwanaście stron. Co więcej, Matt ciężko pracował fizycznie po dwanaście godzin dziennie i nie można było oczekiwać, że będzie pisał tak często, jak ona. Nie omieszkała powiedzieć ojcu tego wszystkiego. Nie wspomniała jednak o tym, że dwa ostatnie listy były o wiele mniej ciepłe i intymne niż poprzednie. Na początku Matt pisał o tym, że tęskni za nią, o ich wspólnych planach, a ostatnio pisał więcej o pracy przy odwiercie i przyrodzie wenezuelskiej. Te opisy poruszały jej wyobraźnię. Wmawiała sobie, że pisze o tym nie dlatego, że przestaje się nią interesować, ale po to, żeby podtrzymać jej ciekawość kraju, do którego niedługo pojedzie.

Starała się robić różne rzeczy, żeby dni szybciej mijały. Czytała książki o ciąży, o pielęgnacji niemowląt. Kupowała dziecięce ubranka, planowała i marzyła.

Dziecko, które najpierw wydawało się czymś zupełnie nierealnym, objawiało teraz swoje istnienie pojawiającymi się od czasu do czasu nudnościami i ogarniającym ją niespodziewanie zmęczeniem. Te dolegliwości powinny były pojawić się dużo wcześniej, a teraz towarzyszyły im gwałtowne bóle głowy z powodu których musiała leżeć w łóżku w zaciemnionym pokoju. Mimo wszystko przyjmowała je z pogodą ducha i absolutnym przekonaniem, że były to wyjątkowe doznania. W miarę jak upływały dni, nabrała zwyczaju przemawiania do dziecka tak jakby dzięki położeniu dłoni na jej ciągle jeszcze płaskim brzuchu mogło ono ją usłyszeć. – Mam nadzieję, że dobrze się tam bawisz – żartowała sobie, leżąc któregoś dnia w łóżku, kiedy ból głowy właśnie mijał – ponieważ jestem, młoda damo rozłożona przez ciebie na łopatki! – Dla zachowania równowagi, wymieniała czasem „młodą damę” na „młodzieńca”, jako że nie faworyzowała żadnej płci. Pod koniec października talia Meredith pogrubiała. Była w czwartym miesiącu ciąży i zaczynała dopatrywać się prawdy w regularnych komentarzach ojca, że Matt chce się wykręcić z tego małżeństwa.

– Bardzo dobrze, że nie powiedziałaś o małżeństwie nikomu poza Lisą – zauważył na kilka dni przed Halloween. – Ciągle jeszcze masz do wyboru różne możliwości, nie zapominaj; o tym – dodał z rzadką u niego łagodnością. – Kiedy ciąża stanie się widoczna, powiemy wszystkim, że wyjechałaś na studia na zimowy semestr.

– Przestań tak mówić do diabła! – wybuchnęła i poszła do swojego pokoju. Postanowiła, że wytknie Mattowi to, że do niej nie pisze, przestając pisać do niego. Zaczynała się czuć jak porzucona idiotka: pisała do niego przez cały ten czas, a on nie raczył jej przysłać nawet widokówki.

Lisa zadzwoniła wieczorem tego dnia. Od razu wyczuła napięcie w głosie Meredith i wywnioskowała, jaki był jego powód.

– Nie miałaś dzisiaj listu od Matta? – zgadywała. – A twój ojciec gra na swoją ulubioną nutę, zgadza się?

– Zgadza się – odpowiedziała Meredith. – Minęły już dwa tygodnie, odkąd dostałam list numer pięć.

– Wyjdźmy gdzieś – zaproponowała Lisa. – Wystroimy się, to ci zawsze poprawiało humor, i pójdziemy gdzieś, gdzie jest miło.

– Co sądzisz o obiedzie w Glenmoor? – zapytała Meredith, wprowadzając w życie plan, który krążył jej po głowie już od tygodnia. – Być może – przyznała trochę smętnie – będzie tam Jon Sommers. Zwykle jest. Mogłabyś go wypytać o poszukiwania ropy, a może powie coś o Matcie.

– No dobrze – powiedziała Lisa, ale Meredith wiedziała, że Matt traci w oczach Lisy z każdym kolejnym dniem bez listu od niego.

Jonathan był w klubie. Rozmawiał, popijając coś razem z kilkoma innymi mężczyznami. Wejście Meredith i Lisy wywołało niemałe poruszenie i subtelne sprowokowanie zaproszenia do męskiego grona było dziecinnie proste. Przez ponad godzinę Meredith siedziała zaledwie o kilka metrów od miejsca, w którym stała z Mattem przy barze przed czterema miesiącami. Obserwowała, jak Lisa dawała godne Oskara przedstawienia, wmawiając Jonathanowi, że myśli o zmianie kierunku studiów na geologię i specjalizowaniu się w poszukiwaniach ropy naftowej. W efekcie Meredith dowiedziała się więcej o wierceniach, niżby chciała, i kompletnie niczego o Matcie.