Выбрать главу

Dwa tygodnie później lekarz Meredith, rozmawiając z nią, już się nie uśmiechał i nie był wcale pewny siebie. Znowu krwawiła. Tym razem poważnie. Opuściła gabinet z zaleceniem, żeby ograniczyła wszelką aktywność. Teraz bardziej niż kiedykolwiek chciała, żeby Matt był z nią. Po powrocie do domu zadzwoniła do Julie tylko po to, żeby porozmawiać z kimś bliskim Mattowi. Dzwoniła już przedtem do jego siostry z tego samego powodu i za każdym razem dowiadywała się, że Julie i jej ojciec mieli w tym tygodniu listy od Matta.

Nie mogła zasnąć tego wieczoru. Rozmyślała o tym, żeby dziecku nic się nie stało i żeby Matt do niej napisał. Minął już miesiąc od czasu, kiedy dostała od niego ostatni list. Pisał w nim, że był bardzo zapracowany, a wieczorami zmęczony. Mogła to zrozumieć, ale nie rozumiała, dlaczego miał czas, żeby pisać do swojej rodziny, a nie miał czasu na listy do niej. W obronnym geście położyła dłoń na swoim brzuchu.

– Twój tata – szepnęła do dziecka – dostanie ode mnie bardzo zdecydowany list w tej sprawie.

Wyglądało na to, że groźba podziałała, bo Matt jechał osiem godzin, żeby dotrzeć do telefonu i zadzwonić do niej. Była tak zadowolona, że go słyszy, że zbyt mocno ściskała słuchawkę. Jego głos jednak brzmiał trochę gwałtownie i raczej chłodno.

– Domek w pobliżu odwiertu nie zwolnił się jeszcze – powiedział. – Znalazłem inne miejsce, w małej wiosce, ale mógłbym tam dojeżdżać tylko w czasie weekendów.

Meredith nie mogła jechać. Nie teraz, kiedy powinna ograniczyć chodzenie do minimum i kiedy doktor chce ją widzieć co tydzień. Nie mogła pojechać, a nie chciała wystraszyć Matta mówiąc, że lekarz boi się, że może stracić dziecko. Z drugiej jednak strony była tak zła na niego za to, że nie pisał, i tak bała się o dziecko, że zdecydowała się jednak postraszyć go trochę.

– Nie mogę przyjechać – powiedziała. – Lekarz chce, żebym została w domu i nie chodziła za dużo.

– To dziwne – rzucił. – Sommers był tu w ubiegłym tygodniu i powiedział mi, że byłyście z Lisą w Glenmoor i czarowałyście wszystkich mężczyzn.

– To było, zanim doktor kazał mi zostać w domu.

– Rozumiem.

– Czego się spodziewałeś – odparowała Meredith z niespotykanym u niej sarkazmem – że będę siedzieć tu z założonymi rękami i wypatrywać twoich rzadkich listów.

– Mogłabyś tego spróbować – warknął. – A tak przy okazji, to ty też nie masz specjalnego daru pisania.

Wzięła to za krytykę jej stylu pisania i była tak wściekła, że o mało nie odłożyła słuchawki.

– Rozumiem, że nie masz nic więcej do powiedzenia.

– Raczej nie.

Po odłożeniu słuchawki Matt oparł ciężko dłoń na ścianie nad telefonem. Zamknął oczy i próbował wymazać z pamięci tę rozmowę i ból, jaki czuł, zdając sobie sprawę z tego, co im się właśnie przydarzało. Nie było go trzy miesiące, a Meredith już nie chciała przyjechać do Ameryki Południowej. Nie pisała do niego od tygodni; już podejmowała swoje dawne życie towarzyskie i jeszcze kłaniała, że musi leżeć w łóżku. Powiedział sobie z goryczą, że ona ma dopiero osiemnaście lat. Dlaczego miałaby nie chcieć normalnego życia towarzyskiego?

– Cholera! – szepnął w bezsilnej wściekłości, ale po chwili ochłonął i wyprostował się z nowym postanowieniem. Za kilka miesięcy sprawy na odwiercie będą bardziej klarowne i zażąda czterodniowego urlopu. Będzie mógł polecieć do domu i zobaczyć się z nią. Meredith chciała z nim być. Nie chciała rozwodu; w głębi serca wiedział, że tak było w dalszym ciągu, bez względu na to, jak mało listów napisała i co robiła. Poleci tam i namówi ją, żeby razem wrócili do Wenezueli.

Meredith po odłożeniu słuchawki rzuciła się na łóżko i płakała. Z całą pewnością nie starał się specjalnie, żeby to, co mówił jej o domu, który znalazł, brzmiało zachęcająco. Odnosiła wrażenie, jakby mu właściwie nie zależało na tym, czy ona przyjedzie, czy nie. Kiedy w końcu przestała płakać, otarła łzy i napisała do niego długi list usprawiedliwiając się za swój brak „daru pisania”. Przepraszała za to, że straciła panowanie nad sobą i z uszczerbkiem dla swojej dumy przyznała, jak wiele znaczą dla niej jego listy. Dokładnie tłumaczyła, co powiedział jej lekarz.

Po skończeniu zaniosła list na dół i zostawiła do wysłania Albertowi. Zarzuciła już wyczekiwanie przy skrzynce pocztowej na listy, które nie nadchodziły. Kiedy kładła list, do hallu wszedł Albert, który pracował jako kamerdyner, szofer i zarazem człowiek do wszystkiego. W ręku trzymał ściereczkę do wycierania kurzu. Pani Ellis miała pierwsze od trzech lat wakacje i wzięła trzy miesiące urlopu. Albert, niechętnie, ale przejął też niektóre z jej obowiązków.

– Czy mógłbyś wysłać mi ten list, Albercie? – zapytała.

– Oczywiście – odpowiedział, a kiedy wyszła, zaniósł list do gabinetu pana Bancrofta, otworzył kluczykiem antyczny sekretarzyk i dorzucił go do sporej sterty innych, których połowa nadeszła z Wenezueli.

Meredith poszła na górę do sypialni i była w połowie drogi do krzesełka stojącego przy jej biurku, kiedy rozpoczął się krwotok.

Dwa dni spędziła w szpitalu „Na Cedrowych Wzgórzach”. Leżała w skrzydle Bancroftów, nazwanym tak dla uhonorowania pokaźnych datków jej rodziny dla tego szpitala. Modliła się, żeby krwawienie nie rozpoczęło się znowu i żeby jakimś cudem Matt zdecydował się przyjechać do domu. Chciała tego dziecka i chciała swojego męża, a miała koszmarne wrażenie, że traci ich obydwoje.

Dr Arledge wypisał ją ze szpitala pod warunkiem, że przez cały okres ciąży pozostanie w łóżku. Zaraz po powrocie do domu napisała do Matta list. Informowała go w nim, że zachodzi poważna obawa, że może nie donosić ciąży. List ten był obliczony na to, żeby wystraszyć go na tyle, żeby zaczął się o nią martwić. Była gotowa zrobić wszystko, żeby tylko myślał o niej.

Wydawało się, że leżenie w łóżku zażegnywało problem grożącego jej poronienia. Swoją aktywność ograniczała do czytania, oglądania telewizji i martwienia się. Miała więc wystarczająco dużo czasu, żeby zastanawiać się nad tym, co się wydarzyło. Najwyraźniej Matt uważał, że w łóżku była interesującą partnerką, a teraz, kiedy byli daleko od siebie, nietrudno już mu było o niej zapomnieć. Zaczęła myśleć o najlepszym sposobie samodzielnego wychowania dziecka.

Tym problemem martwiła się niepotrzebnie. Pod koniec piątego miesiąca ciąży, w środku nocy rozpoczął się krwotok. Tym razem żadne znane osiągnięcia medycyny nie zdołały uratować dziecka. Była to dziewczynka, którą Meredith nazwała, na cześć matki Matta, Elizabeth. O mały włos nie straciliby też Meredith, która przez trzy dni była w stanie krytycznym.

Przez cały następny tydzień leżała w łóżku podłączona do kroplówek, nasłuchująca z korytarza odgłosu długich, szybkich kroków Matta. Jej ojciec próbował dodzwonić się do niego, a kiedy mu się to nie udało, wysłał telegram.

Matt ani nie przyjechał, ani nie zadzwonił.

W czasie drugiego tygodnia jej pobytu w szpitalu odpowiedział jednak na jej telegram. Jego treść była krótka, zwięzła i zbijająca z nóg:

Rozwód to świetny pomysł. Załatw formalności.

Tych sześć słów rozbiło ją kompletnie. Nie chciała uwierzyć, że Matt był zdolny do wysłania takiego telegramu, nie w chwili, kiedy ona leżała w szpitalu.

– Lisa – szlochała histerycznie Meredith – żeby zrobić coś takiego, on musiałby mnie nienawidzić, a ja nie zrobiłam niczego, żeby na taką nienawiść zasłużyć. To nie on wysłał ten telegram, on nie zrobiłby tego. On nie mógłby tego zrobić. – Namówiła Lisę, żeby ta używając sobie tylko znanych sposobów sprawdziła w Western Union, kto wysłał ten telegram. Western Union, aczkolwiek niechętnie, potwierdziła, że telegram został wysłany przez Matthew Farrella z Wenezueli i zapłacony jego kartą kredytową.