Zimnego, grudniowego poranka Meredith znalazła się przed budynkiem szpitala. Szła pomiędzy Lisą a swoim ojcem. Spojrzała w górę na jasne, błękitne niebo. Wyglądało dziwnie obco. Cały świat wydawał jej się obcy.
Ulegając namowom ojca, zapisała się na zimowy semestr do Northwestern i zamieszkała razem z Lisą w akademiku. Zrobiła to tylko dlatego, że oni tego od niej oczekiwali. Z czasem jednak przypomniała sobie, dlaczego kiedyś to miało dla niej takie znaczenie. Zaczęła sobie też przypominać inne rzeczy: jak się uśmiechać, a potem śmiać. Lekarz ostrzegł ją, że kolejna ciąża niosłaby ze sobą jeszcze większe ryzyko dla dziecka i dla niej samej. Bardzo bolała ją myśl o tym, że nigdy nie będzie mogła mieć dziecka, jednak z tym też musiała sobie jakoś poradzić.
Dostała od życia kilka poważnych ciosów, ale przetrwała je i radząc sobie z nimi, odnalazła jednocześnie w sobie wewnętrzną siłę, której istnienia nawet nie podejrzewała.
Jej ojciec wynajął prawnika, który przeprowadził rozwód. Matt więcej się nie odezwał, ale w końcu osiągnęła stan ducha, w którym mogła myśleć o nim bez bólu i niechęci. Najwyraźniej poślubił ją tylko dlatego, że była w ciąży, i dlatego, że był łasy na pieniądze. Kiedy zorientował się, że ojciec całkowicie je kontroluje, okazało się, że nie mogła mu się na nic przydać. Powody, dla których ona go poślubiła, też nie były pozbawione pobudek egoistycznych: zaszła w ciążę i bała się w samotności stawić czoło jej konsekwencjom. Nawet jeśli sądziła, że go kocha, to on nigdy nie wprowadzał jej w błąd swoimi deklaracjami miłości. To ona sama wmawiała sobie, że on ją kocha. Pobrali się z zupełnie złych powodów i ich małżeństwo było od początku skazane na niepowodzenie.
W czasie pierwszego roku nauki widywała w Glenmoor Jonathana Sommersa. Powiedział jej, że Matt tak przypadł do gustu jego ojcu, że utworzył razem z nim spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i wyłożył nawet dodatkowy kapitał do ewentualnego obrotu.
Obracanie tym kapitałem opłaciło się. W czasie następnych jedenastu lat o wiele więcej kierowanych przez Matta transakcji przyniosło nadspodziewane efekty. W magazynach i gazetach często pojawiały się artykuły o nim i jego zdjęcia. Meredith widziała je, ale to, co robił, nie znaczyło już dla niej nic, była zajęta swoją własną karierą. Jego poczynania były jednak istotne dla dziennikarzy. W miarę jak mijały lata, narastało niemal obsesyjne zainteresowanie prasy spektakularnymi sukcesami kierowanego przez niego zespołu i pojawiającymi się w jego życiu kobietami, wśród których nie brakowało i kilku gwiazd filmowych. Dla przeciętnego człowieka Matt niewątpliwie reprezentował żywy przykład realizacji „amerykańskiego marzenia”. Był biednym chłopcem, który zrobił karierę. Dla Meredith był on jednak tylko obcym człowiekiem, z którym kiedyś była blisko. Nigdy nie używała jego nazwiska i tylko Lisa i jej ojciec wiedzieli, że kiedyś była jego żoną. Jego szeroko omawiane na łamach prasy romanse nigdy więc nie wyrządziły żadnej szkody jej reputacji.
ROZDZIAŁ 12
Listopad 1989
Wiatr targał spienione fale i z łoskotem rozbijał je o piasek sześć metrów poniżej skalnej krawędzi, wzdłuż której spacerowali Barbara Walters i Matthew Farrell. W ślad za nimi podążała kamera, której ciemne, szklane oko nie traciło ich ani na chwilę z pola widzenia. Ujęcie obejmowało ich na tle wspaniałej kalifornijskiej posiadłości Farrella i wzburzonego Pacyfiku.
Napływała mgła. Jej gruby, falujący kobierzec popychany był w ich kierunku przez tę samą, nieokiełznaną siłę, jaka szarpała włosami Barbary Walters i ciskała ziarenkami piasku w obiektyw kamery. We wcześniej ustalonym miejscu pani Walters odwróciła się plecami do oceanu i zaczęła zadawać kolejne pytanie Farrellowi. Kamera też wykonała zwrot, ale teraz w jej obiektywie była tylko para ludzi na tle niewyraźnej zasłony szarej mgły. Wiatr rzucił włosy pani Walters na twarz.
– Cięcie! – krzyknęła poirytowana. Odgarniała włosy z oczu, próbowała uwolnić te, które przywarły do pomadki na ustach. Zwracając się do kobiety odpowiedzialnej za makijaż, zapytała: – Tracy, czy możesz zrobić coś, żeby moje włosy nie szalały tak na tym wietrze?
– Może superklej? – zasugerowała Tracy, próbując podejść do sprawy humorystycznie.
Jednocześnie skinęła głową w kierunku wozu transmisyjnego zaparkowanego pod cyprysem w zachodniej część posiadłości. Walters przeprosiła Farrella i poszła razem z dziewczyną w tamtą stronę.
– O Boże, jak ja nienawidzę mgły – obwieścił gorzko kamerzysta. Spoglądał na grubą, szarą powłokę osnuwającą linię brzegową i niszczącą kompletnie panoramiczny widok zatoki Half Moon. Oczami duszy widział ten fragment krajobrazu jako świetne filmowe tło dla tego wywiadu. – Nienawidzę mgły – powtórzył, podnosząc ku niebu nasrożoną twarz. – I nie cierpię też wiatru, cholera!
Adresował swoje skargi bezpośrednio do Boga i jakby w odpowiedzi na nie porcja piasku spod jego własnych stóp poszybowała w górę i w miniaturowym wirze dosięgnęła jego piersi i twarzy.
Asystent zachichotał.
– Najwyraźniej ty sam też nie masz najlepszych notowań u Pana Boga – zauważył, patrząc, jak poirytowany mężczyzna oczyszcza brwi z piasku. Wyciągnął w jego kierunku parujący kubeczek. – Może napijesz się kawy?
– Kawy też nie cierpię – wymamrotał kamerzysta, ale przyjął kubeczek.
Asystent ruchem głowy wskazał stojącego o kilka metrów od nich, spoglądającego na ocean mężczyznę.
– Dlaczego nie poprosisz Farrella, żeby uciszył wiatr i rozpędził mgłę? Z tego, co słyszałem, to Bóg prawdopodobnie też wykonuje jego polecenia.
– Jeśli o mnie chodzi – zaśmiała się cicho Alice Champion, sącząc kawę – to Matthew Farrell jest dla mnie Bogiem.
Obydwaj mężczyźni rzucili scenarzystce ironiczne spojrzenie, ale nic nie powiedzieli. Alice wiedziała, że to milczenie jest wyrazem ich niechętnego podziwu dla tego człowieka.
Zerkając znad swojej filiżanki, obserwowała Farrella. Stał zapatrzony w ocean. Samotny, trochę tajemniczy władca finansowego imperium o nazwie Intercorp. Imperium, które stworzył własnym wysiłkiem i sprytem. Wysoki, pełen ogłady potentat, który wybił się wprost ze stalowni w Indianie i który wyzbył się jakimś cudem wszelkich cech, które mogłyby go identyfikować ze środowiskiem, z którego pochodził.
Kiedy obserwowała go, jak stał na skraju urwiska, czekając na dalszy ciąg wywiadu, Alice pomyślała, że emanuje od niego aura sukcesu, pewność siebie i męskość. No i siła. Z postaci Matthew Farrella biła przede wszystkim pierwotna, brutalna siła. Był opalony, miał świetne maniery i ubierał się z perfekcyjną starannością. Było w nim jednak coś takiego, czego nie usuną ani szyte na miarę ubrania, ani uprzejmy uśmiech. Były to groźba i bezwzględność, które skłaniały ludzi raczej do rozweselania go niż denerwowania. Wyglądało to tak, jakby cała jego osobowość wysyłała nieme ostrzeżenie, żeby nie wchodzić mu w drogę.
– Panie Farrell – Barbara Walters wyszła z furgonetki, przyciskając włosy obiema rękami do skroni. – Pogoda jest beznadziejna. Musimy zainstalować się wewnątrz domu. Zajmie nam to około trzydziestu minut. Czy możemy wykorzystać salon?
– Oczywiście – powiedział Matt, pokrywając rozdrażnienie wywołane tą zwłoką krótkim uśmiechem. Nie lubił dziennikarzy. Żadnych. Pozwolił Barbarze Walters na ten wywiad tylko dlatego, że ostatnio ukazała się w prasie seria artykułów na temat jego życia prywatnego i jego miłostek. Dla dobra Intercorpu będzie lepiej, jeżeli jego dyrektor generalny objawi się dla odmiany w swoim służbowym wcieleniu. Matt był gotów na każdego rodzaju poświęcenie, jeżeli w grę wchodził Intercorp. Przed dziewięcioma laty, kiedy skończył pracę w Wenezueli, zużył swój bonus i dodatkowo wyłożone przez Sommersa pieniądze na kupienie chylącej się ku bankructwu, małej firmy produkującej części zamienne do samochodów. W rok później sprzedał ją za podwójną cenę. Ze swojej części zysku i dodatkowych pieniędzy pożyczonych z banku i od prywatnych inwestorów utworzył Intercorp.