– Matt, kochanie, już wróciłeś i ja… – Wszystkie głowy w pokoju zwróciły się w jej stronę. Cała ekipa ABC wpatrywała się w nią. Trwające nagranie poszło w zapomnienie. Meryl Saunders podążała w głąb pokoju. Miała na sobie czerwony, przezroczysty, tak niesamowicie pobudzający wyobraźnię szlafroczek, że przyprawiłby on o rumieniec wstydu nawet klienta najbardziej ekstrawaganckiego sklepu z damską bielizną w Hollywood.
Jednak to nie ciało Meryl przykuwało uwagę wszystkich, ale jej twarz. Twarz, która była ozdobą ekranów kinowych i telewizyjnych na całym świecie; dzięki tej twarzy, jej dziewczęcemu urokowi i szczeremu, niemal religijnemu uduchowieniu, stała się ona ulubienicą Ameryki. Nastolatki kochały ją, bo była taka ładna i wyglądała tak młodo; ich rodzice dlatego, że stanowiła zdrowy przykład dla młodzieży, a producenci lubili ją, bo była niesamowicie zdolną aktorką. Było pewne, że każdy film z jej udziałem gwarantował dochody w megamilionach. Nieważne, że była 23 – latką o silnych potrzebach seksualnych. W pulsującej napięciem ciszy, jaka powitała przybycie Meryl, Matt poczuł się jak mężczyzna przyłapany na gorącym uczynku w trakcie uwodzenia Alicji z krainy czarów.
Z odwagą godną heroicznego małego kawalerzysty, jakim bywała na planie filmowym, uśmiechnęła się uprzejmie do oniemiałych ludzi, przeprosiła zgrabnie Matta za wejście nie w porę, po czym odwróciła się i wyszła. Zrobiła to ze skromną godnością, jaką mogłaby czuć roznegliżowana uczennica szkoły zakonnej dla dziewcząt. Było to prawdziwym pokazem jej umiejętności aktorskich, jako że paski materiału tylko symbolizowały figi i jej pośladki były wyraźnie widoczne poprzez ognistoczerwony peniuar udrapowany na jej smukłym ciele.
Na twarzy Barbary Walters walczyły ze sobą o lepsze przeciwstawne reakcje i Matt uzbrajał się na odparcie niemożliwej do uniknięcia porcji wścibskich pytań dotyczących Meryl. Było mu przykro, że jej pieczołowicie konstruowany na potrzeby publiczności wizerunek miał za chwilę lec w gruzach. O dziwo, pani Walters zapytała tylko, czy Meryl Saunders jest częstym gościem w jego domu. Odpowiedział, że ona bardzo lubi zatrzymywać się u niego, kiedy on wyjeżdża, co przy jego trybie życia zdarza się bardzo często.
Ku jego zdumieniu, dziennikarka zaakceptowała tę wymijającą odpowiedź i wróciła do kwestii, którą poruszali, zanim pojawiła się Meryl. Wychylając się lekko w swoim krześle, zapytała:
– Co sądzi pan o wzrastającej liczbie agresywnych przejęć firm przez korporacje?
– Uważam, że jest to trend, który będzie się utrzymywał do czasu, aż zostaną ustalone zasady regulujące te sprawy – odpowiedział Matt.
– Czy Intercorp planuje „połknięcie” jeszcze jakichś firm? Było to bezpośrednie, ale nie nieoczekiwane pytanie. Gładko je ominął.
– Intercorp jest zawsze zainteresowany nabyciem nowych, dobrych firm, mając na celu zarówno nasz dalszy rozwój, jak i rozwój tych firm.
– Nawet jeśli firma nie chce być przez was wchłonięta?
– To jest ryzyko, jakie ponosimy wszyscy, nawet Intercorp – odparł z uprzejmym uśmiechem.
– Ale żeby wchłonąć firmę wielkości Intercorpu, trzeba by równie potężnego giganta. Czy istnieje ktoś odporny na wymuszoną fuzję z panem… przyjaciele może? A czy na przykład – droczyła się z nim – jest możliwe, żeby nasza telewizja ABC znalazła się w pozycji pańskiej kolejnej ofiary?
– Przejmowana firma nazywana jest obiektem – powiedział sucho – na pewno nie ofiarą. Jeśli jednak niepokoi to panią – zażartował – to mogę zapewnić, że pożądliwe oko Intercorpu nie jest skierowane na ABC.
Zaśmiała się i obdarzyła go jednym z jej najbardziej profesjonalnych uśmiechów.
– Czy możemy teraz porozmawiać przez chwilę o pana życiu osobistym?
Irytację pokrył bezbarwnym uśmiechem.
– A czy byłbym w stanie odwieść panią od tego zamiaru? Jej uśmiech pogłębił się, potrząsnęła przecząco głową i zaczęła:
– W czasie ostatnich kilku lat donoszono o pana burzliwych przygodach z kilkoma gwiazdami filmowymi, z księżniczką, a ostatnio wymieniano nazwisko Marii Calvaris, spadkobierczyni greckiego potentata okrętowego. Czy te szeroko omawiane na łamach prasy przygody miłosne są prawdziwe, czy też zostały spreparowane przez dziennikarzy rubryk towarzyskich?
– Tak – odpowiedział Matt, pozostawiając pytanie właściwie bez odpowiedzi.
Barbara Walters zaśmiała się, słysząc ten zamierzony unik, ale po chwili spoważniała.
– A co z pana małżeństwem? Możemy o tym porozmawiać? Pytanie tak zaskoczyło Matta, że zabrakło mu słów.
– O czym, przepraszam? – powiedział, nie wierząc, że dobrze usłyszał, nie chcąc uwierzyć, że dobrze usłyszał. Jego fatalne małżeństwo z Meredith Bancroft przed jedenastu laty nigdy nie zostało wykryte.
– Nigdy się pan nie ożenił – uściśliła – i zastanawiam się, czy ma pan tego typu plany na przyszłość.
Matt odprężył się i odpowiedział enigmatycznie:
– To nie jest wykluczone.
ROZDZIAŁ 13
Listopad 1989
Tłumy mieszkańców Chicago spacerowały ulicą Michigan. Niespieszny rytm tych spacerów spowodowany był częściowo niezwykłą jak na tę porę roku łagodnością listopadowego dnia, a częściowo tamującymi ruch klientami Bancroft i S – ka, którzy gromadzili się przy ich oknach wystawowych. Witryny wielkiego domu towarowego były już wspaniale udekorowane na święta.
Od czasu otwarcia w 1891 roku „Bancroft” przekształcił się z dawnego dwupiętrowego, ceglanego budynku z półkolistymi, żółtymi okiennicami w czternastopiętrową strukturę ze szkła i marmuru. Pomimo wielu zmian, jakim sklep podlegał, jedna rzecz się nie zmieniła: to para odźwiernych ubranych w ciemnoczerwone liberie ze złotymi ozdobami. Stali oni jak zawsze, pełniąc swoje obowiązki przy głównym wejściu. Ten drobny, elegancki element był widocznym zapewnieniem dbałości „Bancrofta” o solidność i zachowanie form.
Dwaj odźwierni, którzy pracowali razem od trzydziestu lat, tak bardzo współzawodniczyli ze sobą, że rzadko nawet rozmawiali przez te lata. Teraz ukradkiem obserwowali przybycie czarnego BMW i każdy z nich po cichu życzył sobie, żeby kierowca zatrzymał się po jego stronie wejścia.
Samochód podjechał do krawężnika i Leon, jeden z odźwiernych, wstrzymał oddech, po czym westchnął z irytacją, kiedy samochód przejechał obok jego stanowiska i zatrzymał się dokładnie przed obszarem podległym jego przeciwnikowi.
– Nędzny stary bałwan! – zamruczał Leon pod adresem kolegi.
Ernest ruszył do przodu.
– Dzień dobry, panno Bancroft – powiedział, otwierając ostentacyjnie drzwiczki samochodu Meredith. Przed dwudziestu pięciu laty zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy otwierał drzwiczki samochodu jej ojca – Powiedział wtedy dokładnie te same słowa, takim samym, pełnym szacunku tonem.
– Dzień dobry, Erneście – odpowiedziała Meredith, wysiadając i wręczając mu z uśmiechem kluczyki do swojego samochodu. – Czy mógłbyś poprosić Carla, żeby go zaparkował? Mam dzisiaj dużo do niesienia, a nie chciałabym tego dźwigać z garażu.
Pracownik zajmujący się parkowaniem samochodów był kolejnym udogodnieniem, które oferował klientom „Bancroft”.
– Naturalnie, panno Bancroft.
– Pozdrów ode mnie Amelię – dodała, mając na myśli jego żonę. Meredith znała szczegóły dotyczące życia wielu długoletnich pracowników sklepu; oni wszyscy byli dla niej teraz jedną wielką rodziną. Tak samo jak ten sklep, najważniejszy w rozrastającej się teraz sieci siedmiu sklepów firmy, rozlokowanych w różnych miastach. Był on dla niej tak samo domem jak posiadłość, w której wyrosła, i jak jej własne mieszkanie.