Выбрать главу

Zatrzymała się przez chwilę na chodniku, obserwując tłumy gromadzące się przed witrynami sklepu. Na jej ustach pojawił się uśmiech, a serce zabiło radośnie. Było to uczucie, którego doświadczała niemalże zawsze, ilekroć patrzyła na elegancką fasadę „Bancrofta”. Czuła dumę, entuzjazm i gorącą chęć czuwania nad tym wszystkim. Dzisiaj jednak była bezgranicznie szczęśliwa. Ubiegłego wieczoru Parker objął ją i z czułością i powagą powiedział:

– Kocham cię, Meredith. Czy wyjdziesz za mnie, kochanie? Potem wsunął na jej palec zaręczynowy pierścionek.

– Okna wystawowe prezentują się w tym roku lepiej niż kiedykolwiek – powiedziała do Ernesta, kiedy tłum przesunął się na chwilę i zobaczyła zaskakujący efekt pracy Lisy, jej talentu i umiejętności. Lisa Pontini cieszyła się już świetną opinią w środowisku profesjonalistów za swoją pracę na rzecz „Bancrofta”. Należała do kandydatów do objęcia stanowiska dyrektora reklamy „Bancrofta”, kiedy jej szef za rok przejdzie na emeryturę.

Meredith chciała jak najszybciej odnaleźć Lisę i opowiedzieć jej o wczorajszym wyznaniu Parkera. Otworzyła drzwiczki od strony pasażera w swoim samochodzie i wzięła dwie walizeczki i kilka teczek z dokumentami. Ruszyła w kierunku głównego wejścia. Jak tylko znalazła się wewnątrz, dostrzegł ją agent ochrony i podszedł do niej.

– Czy mogę pomóc, panno Bancroft?

Miała zamiar odmówić, ale ramiona już ją bolały, a poza tym czuła nieprzepartą chęć pospacerowania po sklepie przed pójściem do Lisy. Zapowiadał się kolejny dzień rekordowej sprzedaży. Tłumy kupujących już wypełniały przejścia i tłoczyły się przy ladach.

– Dziękuję, Dan, będę wdzięczna za pomoc – powiedziała, przekazując mu ciężkie teczki i obydwie walizeczki.

Dan ruszył ku windom, a Meredith odruchowo wygładziła niebieską, jedwabną apaszkę, którą miała zawiązaną pod klapami białego płaszcza, włożyła dłonie do kieszeni i przeszła wzdłuż działu kosmetycznego. Klienci potrącali się nawzajem, spiesząc ku schodom znajdującym się w centralnej części sklepu. Ten tłok jednak sprawiał jej ogromną przyjemność.

Przechyliła lekko głowę i spojrzała na wysokie na dziesięć metrów białe choinki, które górowały ponad stoiskami. Ich gałęzie były ustrojone migającymi, czerwonymi światełkami i olbrzymimi czerwonymi bombkami z aksamitu. Nie brakowało też dużych ozdób z czerwonego szkła. Świąteczne wieńce ozdobione saneczkami i dzwonkami wisiały na wykładanych lustrami kwadratowych filarach rozsianych po całym sklepie. Świąteczne melodie płynęły wesoło z głośników. Kobieta oglądająca damskie torebki zobaczyła Meredith i trąciła swoją towarzyszkę.

– Czy to nie Meredith Bancroft? – wykrzyknęła.

– To jest na pewno Meredith Bancroft! – powiedziała jedna z kobiet. – Ten pisarz, który porównał ją do Grace Kelly w młodości, miał rację!

Meredith usłyszała tę wymianę zdań, ale ledwie odnotowała, co kobiety powiedziały. W ciągu ostatnich lat przyzwyczaiła się do tego, że ludzie przypatrują się jej i mówią o niej. Poczytne pismo „Codzienna Moda Kobieca” nazwało ją „uosobieniem chłodnej elegancji”. „Cosmopolitan”: „elegancką w każdym calu”. „Wall Street Journal” pisał o niej jako o „księżniczce panującej w «Bancrofcie»„. Natomiast poza salą posiedzeń zarządu „Bancrofta”, jego dyrektorzy nazywali ją „dopustem Bożym”.

Tylko ta ostatnia opinia znaczyła coś dla Meredith. Nie dbała o to, co piszą o niej gazety i magazyny; ich artykuły nie szkodziły, a wręcz mogły przysporzyć sklepowi prestiżu. Zdanie zarządu miało dla niej ogromną wartość. To oni byli w stanie albo pokrzyżować jej plany, albo zablokować jej marzenia o rozszerzeniu sieci sklepów „Bancrofta” na inne miasta. Prezydent „Bancrofta” nie okazywał jej więcej sympatii czy entuzjazmu niż jego dyrektorzy. A był to jej własny ojciec.

Dzisiaj jednak jej świetnego nastroju nie mogła zepsuć nawet trwająca wokół jej planów ekspansji batalia z ojcem i zarządem. Czuła się tak doskonale szczęśliwa, że musiała powstrzymać chęć nucenia kolędy w takt tonów płynących z głośników. Zamiast tego dała wyraz swojej euforii przez zrobienie czegoś, co zwykła robić jako mała dziewczynka: podeszła do jednego z wyłożonych lustrami filarów. Stanęła blisko niego. Wpatrywała się w lustro, udając, że poprawia sobie włosy, po czym uśmiechnęła się i „puściła oczko” do ochroniarza, który, jak wiedziała, siedział w środku filara, wypatrując sklepowych złodziejaszków.

Odwróciła się i ruszyła w stronę ruchomych schodów. Lisa wpadła na pomysł, żeby dekoracje na każdym piętrze były w innym kolorze. Chciała dostosować ich tonację do specyfiki produktów sprzedawanych na poszczególnych piętrach. Meredith uważała, że przyniosło to świetny efekt. Dawało się to odczuć szczególnie, kiedy znalazła się na drugim piętrze. Był tam salon futrzarski i salon sprzedaży kreacji projektantów mody. Tutaj wszystkie białe choinki przybrane były w delikatny fiolet z połyskującymi, złotymi bombkami. Na wprost ruchomych schodów siedział przed swoim domkiem Święty Mikołaj w biało – złotym stroju. Na jego kolanach „przysiadł” manekin: piękna kobieta w peniuarze z francuskiej koronki. Ślicznym gestem wskazywała na warte dwadzieścia pięć tysięcy dolarów futro z norek z liliową podszewką.

Ten widok rozjaśnił twarz Meredith. Ekstrawagancki luksus, jaki kreowała ta dekoracja, był subtelnym i bardzo przemawiającym do wyobraźni zaproszeniem dla klientów, którzy zawędrowali na to piętro, zaproszeniem, żeby sami też dali się ponieść podobnej ekstrawagancji. Sądząc z wielkiej liczby mężczyzn oglądających futra i wielu kobiet mierzących suknie, zaproszenie to zostało przyjęte. Na tym piętrze każdy projektant miał swój własny salon, gdzie prezentował swoje kreacje. Meredith szła głównym pasażem. Od czasu do czasu wymieniała powitalne gesty z pracownikami, których znała. W salonie Goffreya Beene'a dwie postawne kobiety w norkowych futrach podziwiały niebieską, usztywnianą fiszbinami suknię z metką opiewającą na siedem tysięcy dolarów.

– Margaret, będziesz w tym wyglądać jak worek kartofli – jedna z nich przestrzegała drugą.

Ignorując ją, kobieta zwróciła się do sprzedawczyni:

– Na pewno nie – zaprzeczyła. – Czy macie to w rozmiarze dwudziestym?

W sąsiednim salonie kobieta namawiała córkę, dziewczynę może osiemnastoletnią, do przymierzenia aksamitnej sukni Valentino. Sprzedawczyni czekała dyskretnie z boku, żeby pomóc w przymiarce.

– Jeśli ci się tak podoba – mówiła córka, rzucając się na jedwabną sofę – to kup ją dla siebie. Nie będę na twoim głupim przyjęciu. Powiedziałam ci, że chcę spędzić święta w Szwajcarii.

– Wiem, kochanie – odpowiedziała matka nadąsanej nastolatce głosem pełnym winy i usprawiedliwienia – ale sądziliśmy, że byłoby miło spędzić te święta chociaż jeszcze ten jeden raz razem.

Meredith zerknęła na zegarek i zorientowała się, że to już pierwsza po południu. Poszła w stronę wind, żeby znaleźć Lisę i podzielić się z nią nowinami. Poranek spędziła w biurze architekta, dyskutując plany sklepu w Houston, a przed sobą miała pełne zajęć popołudnie.

Pracownia reklamy była w rzeczywistości wielkim składowiskiem ulokowanym w suterenie, pod poziomem ulicy. Była zastawiona stołami kreślarskimi, rozmaitymi manekinami, potężnymi belami materiałów i wszelkiego rodzaju elementami, które w ostatniej dekadzie były używane w oknach wystawowych. Meredith ze znawstwem torowała sobie drogę przez ten chaos. Kiedyś była jego współtwórczynią. Jednym z elementów pierwszego etapu jej przeszkolenia była praca w każdym dziale sklepu.