– Dzień dobry, moja droga – zaszczebiotała na widok Meredith. – Jak się masz?
– Dziękuję, dobrze, pani Fiorenza – odpowiedziała Meredith, starając się zatuszować złość, kiedy rozpoznała starszą damę. Mąż Agnes Fiorenzy był nie tylko szanowanym filarem społeczeństwa i ojcem senatora stanowego, ale był też członkiem zarządu „Bancrofta”. Z tego powodu cała sytuacja stawała się delikatna i to niewątpliwie dlatego wezwano Meredith. – A jak pani się miewa? – zapytała machinalnie Meredith.
– Jestem bardzo zbulwersowana, Meredith. Czekam tutaj już pół godziny, a jak tłumaczyłam panu Bradenowi, niestety bardzo się spieszę. Za pół godziny mam wziąć udział w obiedzie wydawanym na cześć senatora Fiorenzy. Będzie niesamowicie rozczarowany, jeśli się tam nie zjawię. Potem mam wykład w Stowarzyszeniu Młodych. Może mogłabyś wpłynąć na Bradena i przyspieszyć tę procedurę?
– Zobaczę, co mogę zrobić – powiedziała Meredith, starając się zachować nieodgadniony wyraz twarzy.
Otworzyła drzwi do gabinetu Marka. Braden przysiadł na krawędzi biurka i popijając kawę, rozmawiał z ochroniarzem, który przyłapał na kradzieży młodszą kobietę.
Braden był atrakcyjnym, dobrze zbudowanym czterdziestopięcioletnim mężczyzną o rudoblond włosach i brązowych oczach. Pracował kiedyś jako specjalista w ochronie powietrznych sił zbrojnych, a pracę w „Bancrofcie” traktował z równą powagą jak tę dla zapewnienia bezpieczeństwa państwa. Meredith nie tylko mu ufała i szanowała go, ale także go lubiła. Wyraźnie było to widać w jej uśmiechu, kiedy powiedziała:
– Widziałam Agnes Fiorenzę w poczekalni. Chciała, żebym ci powiedziała, że przeszkadzasz jej w udziale w ważnym obiedzie.
Braden uniósł wolną rękę w geście wyrażającym bezsilną odrazę.
– Wydałem w tej sprawie instrukcje, żeby tobie zostawić rozprawienie się z tą czarownicą.
– Co zwędziła tym razem?
– Pasek od Liebera, torebkę Gevinchy i to.
Pokazał jej parę wielkich, krzykliwych kolczyków z niebieskiego kryształu. Pochodziły one z działu sztucznej biżuterii i na drobnej starszej kobiecie wyglądałyby dziwacznie.
– Ile ma jeszcze nie wykorzystanego kredytu? – zapytała Meredith, myśląc o rachunku, jaki założył nękany jej wyczynami małżonek, żeby z góry zapłacić za jej ewentualne kradzieże.
– Czterysta dolarów. To za mało, żeby pokryć tę kradzież.
– Porozmawiam z nią, ale mogłabym dostać najpierw filiżankę kawy?
W głębi duszy miała dosyć cackania się z tą kobietą, podczas gdy inni, tacy jak na przykład ta młoda dziewczyna, byli oskarżani w pełnym majestacie prawa.
– Mam zamiar po tym wszystkim wydać odźwiernemu zakaz wpuszczania pani Fiorenzy do sklepu – zdecydowała, wiedząc dobrze, że może ją to narazić na niezadowolenie pana Fiorenzy. – Co wzięła ta młodsza kobieta?
– Kombinezon dla niemowlaka, rękawiczki i kilka sweterków. Zaprzecza temu – powiedział, wzruszając ramionami ze zniechęceniem. Podał Meredith kawę. – Mamy ją nagraną na taśmie wideo. Wartość tych rzeczy to około dwustu dolarów.
Meredith skinęła głową. Popijała kawę i miała nadzieję, życzyła sobie nawet tego, żeby ta zaniedbana matka przyznała się do kradzieży. Nie przyznając się, zmuszała sklep do udowodnienia jej winy i oskarżenia jej. Było to konieczne, żeby zapobiec ewentualnemu oskarżeniu sklepu o bezprawne przetrzymywanie.
– Była już karana?
– Mój człowiek w policji powiedział, że nie.
– Byłbyś skłonny wycofać oskarżenie, jeśli podpisze oświadczenie i przyzna się do kradzieży?
– Dlaczego, do diabła, mielibyśmy to zrobić?
– Przede wszystkim wnoszenie oskarżenia jest kosztowne, a ona nie ma poza tym nic na sumieniu. Uważam też, że to wstrętne puścić panią Fiorenzę po lekkim zbesztaniu za kradzież zbytkownych rzeczy, za które może z łatwością zapłacić i jednocześnie zaskarżać kobietę za kradzież ciepłych rzeczy dla jej dziecka.
– Proponuję ci układ: ty zakazujesz wstępu pani Fiorenzie do sklepu, a ja puszczam tę drugą wolno, o ile przyzna się do kradzieży. Umowa stoi?
– Stoi, stoi – powiedziała Meredith.
– Wprowadź starszą panią – polecił Mark agentowi ochrony. Pani Fiorenza wkroczyła do pokoju owiana zapachem perfum „Joy”, cała w uśmiechach, ale wyglądająca na bardzo zniecierpliwioną.
– Dobry Boże, zajęło to panu całe wieki, panie Braden.
– Pani Fiorenza – powiedziała Meredith, przejmując inicjatywę – już kilkakrotnie przysparzała nam pani kłopotów, z uporem biorąc ze stoisk rzeczy bez uprzedniego płacenia za nie.
– Wiem, Meredith, że powoduję czasem kłopoty, ale to jeszcze nie usprawiedliwia oskarżycielskiego tonu, jaki wobec mnie stosujesz.
– Pani Fiorenza! – powiedziała Meredith, poirytowana, że mówiono do niej jak do źle wychowanego dziecka. – Ludzie idą do więzienia na całe lata za kradzież rzeczy wartych o wiele mniej niż to… – Wskazała na pasek, torebkę i kolczyki. – W poczekalni siedzi kobieta, która wzięła ciepłe rzeczy dla swojego dziecka i jej grozi więzienie. Ale pani, pani wzięła zupełnie niepotrzebne głupstwa.
– Dobry Boże, Meredith – przerwała jej pani Fiorenza, robiąc przerażoną minę. – Można by pomyśleć, że wzięłam, te kolczyki dla siebie. Wiesz, że nie jestem kompletną egoistką. Wiele robię bezinteresownie, dla ludzi.
Meredith, zbita z tropu, zawahała się.
– To znaczy, że rzeczy, które pani kradnie, tak jak te kolczyki, przekazuje pani na cele charytatywne?
– Na Boga! – odparła. Jej twarz chińskiej laleczki przybrała wyraz zaskoczenia. – Która porządna organizacja charytatywna przyjęłaby takie kolczyki? Są okropne. Nie, doprawdy. Wzięłam je dla mojej służącej. Ona ma fatalny gust, będą się jej podobać. Sądzę jednak, że powinnaś powiedzieć temu, kto kupuje coś takiego dla sklepu, że to nie przysparza dobrego imienia „Bancroftowi”. Może nadawałyby się do „Goldblatta”, ale nie rozumiem, dlaczego „Bancroft”…