– Mam przez to rozumieć, że wypuszczacie złodziei sklepowych, o ile przyznają się oni do kradzieży? – zapytała niepewnie i lekceważąco.
– Pani Jordan, czy pani jest złodziejką sklepową? – skontrowała Meredith. – Zwykłą, nałogową złodziejką? – Zanim kobieta zdążyła jej ostro odpowiedzieć, Meredith powiedziała łagodnie: – Kobiety złodziejki w pani wieku kradną zwykle ubrania dla siebie, perfumy albo biżuterię. Pani wzięła zimowe ubranka da dziecka. Nie jest pani notowana przez policję. Wolę więc wersję, że jest pani zdesperowaną matką, która musi zapewnić ciepło swojemu dziecku.
Młoda kobieta, najwyraźniej bardziej przyzwyczajona do zmagania się z przeciwnościami losu niż do współczucia, załamała się, słysząc słowa Meredith. W jej oczach zabłysły łzy. Zaczęły spływać po policzkach.
– Wiem z telewizji, że nigdy nie powinno się przyznawać do czegoś, jeśli nie ma przy tym adwokata.
– Czy pani ma adwokata?
– Nie mam.
– Jeśli nie przyzna się pani do kradzieży tych rzeczy, adwokat będzie pani naprawdę niezbędny.
Przełknęła głośno.
– Czy zanim się przyznam, może mi pani dać na piśmie, urzędowo, że jeśli to zrobię, to nie naśle pani na mnie policji?
To było dla Meredith coś nowego. Bez konsultacji z prawnikami nie mogła być pewna, że takie oświadczenie nie byłoby później uznane za rodzaj łapówki lub mogło spowodować innego rodzaju konsekwencje. Potrząsnęła przecząco głową.
– Niepotrzebnie pani wszystko komplikuje, pani Jordan. Młoda dziewczyna drżała ze strachu. Westchnęła niepewnie.
– Jeśli się przyznam, da mi pani słowo, że nie naśle pani na mnie policji?
– A zaufa pani memu słowu? – zapytała spokojnie Meredith.
Kobieta przez długą chwilę wpatrywała się w twarz Meredith.
– Powinnam? – zapytała w końcu drżącym z przestrachu głosem.
Meredith skinęła głową, patrząc na nią łagodnie. – Tak.
Dziewczyna ponowne zawahała się, długo, ciężko westchnęła, a potem skinęła głową, biorąc za dobrą monetę słowo Meredith.
– No dobrze… ja… ukradłam te rzeczy.
Zerkając przez ramię na Marka Bradena, który cicho otworzył drzwi i obserwował całą scenę, powiedziała:
– Pani Jordan przyznała, że wzięła te ubranka.
– Dobrze – powiedział bezbarwnie. W ręku trzymał formularz potwierdzający ten fakt. Podał go jej, razem z długopisem, do podpisania.
– Nie powiedziała pani – zwróciła się do Meredith – że będę musiała podpisać to zeznanie.
– Po zrobieniu tego będzie pani mogła odejść wolno – zapewniła ją spokojnie Meredith i stała się obiektem kolejnego, długiego i badawczego spojrzenia młodej kobiety. Ręka jej drżała, ale podpisała formularz i oddała go Markowi.
– Jest pani wolna – powiedział.
Uchwyciła się oparcia krzesła, wyglądając tak, jakby za chwilę miała zemdleć, tym razem z uczucia ulgi. Spojrzała na Meredith.
– Dziękuję, panno Bancroft.
– Nie ma o czym mówić.
Meredith już szła korytarzem do działu zabawek, kiedy dogoniła ją Sandra Jordan.
– Panno Bancroft? – Meredith zatrzymała się i odwróciła do niej. – Chciałam powiedzieć, że… że widziałam panią kilka razy w telewizji… w różnych pięknych miejscach ubraną w futra i suknie i chcę powiedzieć, że w rzeczywistości jest pani nawet ładniejsza niż w telewizji.
– Dziękuję – powiedziała Meredith, uśmiechając się niepewnie.
– I… i chcę, żeby pani wiedziała, że nigdy przedtem nie próbowałam niczego ukraść – powiedziała, wpatrując się błagalnie w Meredith. – Proszę popatrzeć – wyciągnęła z torebki portfel i wyjęła z niego zdjęcie. Przedstawiało ono drobniutką twarzyczkę dziecka o wielkich, niebieskich oczach i rozbrajającym bezzębnym uśmiechu. – To moja Jenny – powiedziała Sandra. Jej głos brzmiał teraz poważnie i czule. – W ubiegłym tygodniu zachorowała. Lekarz powiedział, że powinna mieć cieplej, ale nie stać mnie teraz na zapłacenie rachunku za prąd. Pomyślałam sobie, że może jeśliby miała cieplejsze ubranka… – Do oczu napłynęły jej łzy i zamrugała gwałtownie powiekami. – Ojciec Jenny ulotnił się, kiedy zaszłam w ciążę, ale to nic, bo ja i Jenny mamy siebie i to nam wystarcza. Ale nie zniosłabym, jeśli… jeśli… straciłabym moją Jenny.
Otworzyła usta, jakby miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale odwróciła się na pięcie i uciekła. Meredith patrzyła, jak biegnie między stoiskami wypełnionymi setkami zabawek. Przed oczami miała jednak dziecko z fotografii, różową kokardkę w jej włosach, uśmiech cherubinka.
Kilka minut później, kiedy Sandra Jordan chciała już wyjść ze sklepu, została zatrzymana przy głównym wejściu przez agenta ochrony.
– Proszę zaczekać, pan Braden schodzi do pani, pani Jordan – poinformował ją.
Zaczęła dygotać. Była przerażona, sądziła, że została podstępnie wmanipulowana w podpisanie oświadczenia i że teraz oddadzą ją w ręce policji. Nie miała co do tego wątpliwości, kiedy zobaczyła zbliżającego się do niej Marka Bradena. Niósł dużą torbę z emblematem Bancrofta. Od razu zorientowała się, że zawierała ona wszystkie dowody jej kradzieży: różowy kombinezon i całą resztę łącznie z dużym niedźwiadkiem, którego nawet nie tknęła.
– Oszukaliście mnie – wykrzyknęła zduszonym głosem, kiedy Braden wyciągnął do niej torbę.
– Pani Jordan, to są rzeczy dla pani do zabrania do domu – przerwał jej z bezosobowym uśmiechem. Mówił to głosem człowieka, który wygłaszał zleconą mu do wygłoszenia mowę. Sandra, oszołomiona, pełna wdzięczności i niedowierzania, wzięła torbę. Przycisnęła ją do piersi. – Wesołych świąt od firmy Bancroft i S – ka – powiedział sztywno, ale Sandra wiedziała, że to nie były prezenty od niego ani też nie był to humanitarny gest ze strony sklepu. Podniosła wzrok w górę na poziom balkonowy, szukając przez łzy pięknej młodej kobiety, która patrzyła na zdjęcie Jenny z takim poruszeniem i łagodnością w uśmiechu. W pewnym momencie wydawało jej się, że ją widzi, Meredith Bancroft w białym płaszczu, uśmiechającą się do niej z góry. Myślała, że to ona, ale nie była pewna, bo łzy zalewały jej oczy.
– Niech pan jej powie – szepnęła zduszonym głosem – że Jenny i ja dziękujemy.
ROZDZIAŁ 15
Biura kierownictwa zajmowały czternaste piętro. Były usytuowane po obydwu stronach długiego, szerokiego, pokrytego dywanem korytarza, prowadzącego do owalnej recepcji. Na ścianach wisiały oprawione w pozłacane ozdobne ramy portrety wszystkich prezydentów firmy z rodziny Bancroftów. Pod nimi stały przeznaczone dla gości kanapa i fotele w stylu królowej Anny. Na lewo od recepcji mieściło się biuro i prywatna sala konferencyjna, które zgodnie z tradycją zawsze należały do prezydenta Bancrofta. Na prawo rozmieszczone były biura dyrektorów. Stanowiska ich sekretarek znajdowały się przed ich gabinetami, oddzielone od siebie funkcjonalnymi, estetycznymi ściankami z rzeźbionego mahoniu.
Meredith wysiadła z windy i spojrzała na już dwukrotnie przenoszony portret swojego pradziadka Jamesa Bancrofta, założyciela Bancroft i S – ka.
– Dzień dobry, pradziadku – powiedziała cicho.
Witała go tak codziennie prawie od zawsze. Wiedziała, że to głupie, ale w tym człowieku w sztywnym kołnierzyku, z gęstymi jasnymi włosami i okazałą brodą było coś, co ją poruszało. Fascynowały ją jego oczy. Pomimo kwintesencji godności, jaka biła od niego, w jego jasnoniebieskich oczach była odwaga i coś łobuzerskiego.
Pradziadek był odważny. Odważny i nowatorski. W 1891 r. James Bancroft zdecydował się zerwać z tradycją i zaoferować wszystkim klientom takie same ceny. Do tego momentu lokalni klienci kupowali taniej niż obcy ludzie. Było tak i w sklepach z żywnością, i w takich jak Bancroft i S – ka. Aktem odwagi ze strony Jamesa Bancrofta było dyskretne umieszczenie w oknie sklepu tabliczki: „Jedna cena dla wszystkich”. W jakiś czas później inny właściciel sklepu w Wyoming, James Cash Penney, przyjął tę zasadę jako własną i to jemu w kolejnych dziesięcioleciach przypisywano tę zasługę. Meredith znała jednak prawdę, ponieważ znalazła w starym dzienniku zapisek mówiący o tym, że decyzja Jamesa Bancrofta o ustaleniu jednej ceny dla wszystkich była wcześniejsza niż ta J.C. Penneya.