Выбрать главу

– Nazywają się „Charyzma” – podpowiedział Rothman – ma je promować Cheryl Aderly, gwiazda rocka i symbol seksu, która…

– Wiem, kim ona jest! – uciął Philip. – Czy „Bancroft” będzie miał tę promocję; czy nie?

– Jeszcze nie wiemy – odpowiedział niepewnie Rothman. Perfumy były najbardziej dochodowym towarem w domu handlowym, a uzyskanie wyłączności na wprowadzenie w mieście nowego, liczącego się gatunku byłoby mistrzowskim posunięciem. Oznaczało to bezpłatną reklamę dla sklepu ze strony produkującej je firmy i rozgłos, kiedy przyjedzie gwiazda, żeby je promować, i oczywiście wielki napływ klientek, które będą oblegały stoiska, żeby wypróbować nowy zapach.

– Co to znaczy, że nie wiesz jeszcze? – rzucił gniewnie Philip. – Mówiłeś, że to niemal pewne.

– Aderly jest bardzo ostrożna – przyznał Rothman. – Wydaje się, że chciałaby porzucić rocka na rzecz kariery w filmie, ale…

Philip z niesmakiem rzucił pióro na biurko.

– Na litość boską. Nic mnie nie obchodzą jej plany na przyszłość. Chcę tylko wiedzieć, czy „Bancroft” dostanie wprowadzenie jej perfum na rynek, a jeśli nie, to dlaczego!

– Staram się, Philipie, odpowiedzieć ci na to pytanie – odparł ostrożnie Rothman pozbawionym emocji głosem. – Aderly chce wprowadzić swoje perfumy w sklepie z dużą klasą, który użyczyłby swojego blasku jej nowemu image.

– Co może mieć większą klasę niż „Bancroft”? _ skrzywił się z dezaprobatą Philip i nie czekając na odpowiedź na to retoryczne pytanie, zapytał: – Dowiedziałeś się, kogo jeszcze bierze pod uwagę?

– Marshall Field.

– To niedorzeczność! „Field” nawet nie próbuje nam dorównać i oni nie zrobią dla niej tyle, ile my możemy zrobić!

– W tym wypadku właśnie nasza „klasa” wydaje się problemem. – Ted Rothman uniósł dłoń, widząc, jak twarz Philipa czerwienieje ze złości. – Wygląda to tak: kiedy rozpoczynaliśmy negocjacje, Aderly chciała image wysokiej klasy. Teraz jednak jej agent i doradcy niemal przekonali ją, że to błąd pozbywać się aury gwiazdy rocka i seksu, która przysporzyła jej tylu nastoletnich wielbicieli. To z tego powodu rozmawiają z „Fieldem”. Oni mieliby być dla niej rodzajem kompromisu godzącego te dwie sprawy.

– Ted, chcę tej inauguracji – stwierdził Philip sucho. – Mówię poważnie. Jeśli trzeba, zaproponuj im większą część zysku albo powiedz, że pokryjemy część kosztów reklamy w mieście. Nie oferuj więcej, niżbyśmy zyskali, ale załatw to.

– Zrobię, co będę mógł.

– Czy nie robisz właśnie tego cały czas? – rzucił mu wyzwanie Philip.

Nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do wiceprezydenta siedzącego obok Rothmana, a potem poddawał takiemu samemu krzyżowemu ogniowi pytań wszystkich pozostałych siedzących wokół stołu. Wyniki sprzedaży były świetne, a każdy wiceprezydent był więcej niż kompetentny. Philip wiedział o tym, ale w miarę jak pogarszało się jego zdrowie, pogarszało się też jego usposobienie. Jako ostatni ostrzałowi poddany został Gordon Mitchell.

– Suknie Dominicka Avanti są okropne, wyglądają jak resztki z ubiegłego roku i nie sprzedają się.

– Jednym z powodów, dla których się nie sprzedają, jest to – obwieścił Mitchell z gorzkim, oskarżycielskim spojrzeniem skierowanym na szefa Lisy – że twoi ludzie robią, co tylko mogą, żeby rzeczy Avantiego wyglądały śmiesznie! Co to był za pomysł, żeby przystroić manekiny kapeluszami i rękawiczkami całymi w cekinach?

Neil Nordstrom, szef Lisy, przyjął wypowiedź rozzłoszczonego kolegi z niezmąconym spokojem.

– Przynajmniej – skomentował – Lisie Pontini i jej zespołowi udało się sprawić, że wyglądały interesująco, chociaż takie nie były.

– Dosyć tego, panowie – rzucił Philip ze znużeniem. – Sam – powiedział, odwracając się w kierunku Sama Greena, szefa prawników, który siedział tuż przy nim, po lewej stronie – co z procesem, który wytoczyła nam kobieta, ta która twierdzi, że potknęła się w dziale meblowym i potłukła plecy?

– To oszustka – odparł Sam Green. – Ludzie z naszego ubezpieczenia odkryli, że z tego samego powodu wytoczyła cztery podobne procesy innym sklepom. Tamci nie będą się starał dojść z nią do porozumienia. Najpierw sprawa musiałaby trafić na wokandę, a gdyby tak się stało, przegrałaby.

Philip skinął głową i spojrzał chłodno na Meredith. – Co z kontraktami na zakup terenów w Houston, która chcesz zdobyć z taką determinacją?

– Rozpracowujemy z Samem końcowe szczegóły. Sprzedający zgodził się podzielić posiadłość, a my jesteśmy gotowi do pracy nad kontraktem.

Kolejnym, krótkim skinieniem przyjął do wiadomości jej wypowiedź i odwrócił się na krześle do siedzącego po prawej stronie księgowego.

– Allen, a co ty masz do przekazania?

Księgowy zerknął na leżący przed nim żółty notatnik. Allen Stanley był odpowiedzialny, jako główny specjalista do spraw finansowych korporacji „Bancrofta”, za wszystko, co dotyczyło finansów, łącznie z departamentem kredytowym sklepu. Zdaniem Meredith, przez stresujące boje z Philipem Bancroftem stracił większość włosów i nie wyglądał na swoje pięćdziesiąt pięć lat, ale raczej na sześćdziesiąt pięć. Księgowi i podlegli im pracownicy nie przynosili dochodów sklepowi. Dział prawny i dział personalny też nie. Philip traktował te trzy działy jako zło konieczne, a odnosił się do nich zaledwie trochę lepiej niż do bezproduktywnych obiboków. Gardził nimi także dlatego, że ich szefowie zwykle przedstawiali mu powody, dla których nie mógł przeprowadzić swoich planów, zamiast mówić mu, co zrobić, żeby je zrealizować. Allen Stanley miał jeszcze pięć lat do wcześniejszej emerytury i Meredith czasami zastanawiała się, jak on to wytrzyma. Głos Allena, kiedy się odezwał, brzmiał rzeczowo, ale wyczuwało się w nim wahanie.

– W ubiegłym miesiącu mieliśmy rekordową ilość podań o karty kredytowe, prawie osiem tysięcy.

– Ile z nich załatwiłeś pozytywnie?

– Z grubsza sześćdziesiąt pięć procent.

– Jak, do diabła – Philip krzyknął z furią, stukając końcem pióra o blat stołu dla podkreślenia każdego słowa – jak usprawiedliwisz odrzucenie trzech tysięcy z ośmiu tysięcy podań? Staramy się przyciągnąć klientów z kartami kredytowymi, a ty, ot tak sobie, odrzucasz ich! Nie muszę ci chyba tłumaczyć, jakie zyski w naszej działalności mamy z tych kart. Nawet nie liczę strat, jakie poniesiemy z powodu braku zakupów, jakich te trzy tysiące osób nie zrobią w „Bancrofcie”, dlatego że nie mogą tu kupować na kredyt!

Meredith zauważyła, że ojciec nagle jakby przypomniał sobie o swoim słabym sercu i starał się uspokoić.

– Podania, które odrzuciliśmy, pochodziły od niepewnych kredytobiorców – stwierdził Allen zdecydowanym, rzeczowym tonem. – Tacy ludzie, jak wiesz, nie płacą za to, co kupują. Nie płacą odsetek od swoich rachunków. Możesz pomyśleć, że odrzucając te podania, ponieśliśmy straty, ale ja uważam, że moi pracownicy zaoszczędzili „Bancroftowi” fortunę, unikając niemożliwych do ściągnięcia wierzytelności. Ustaliłem podstawowe warunki, jakim musi sprostać każdy, komu zostanie przyznana karta kredytowa „Bancrofta”. Faktem jest, że trzy tysiące osób nie sprostało tym wymaganiom.

– Stało się tak dlatego, że te wymogi są cholernie wysokie wtrącił gładko Gordon Mitchell.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał żarliwie Philip, zawsze chętny do znalezienia uchybienia w działaniu księgowego.

– Dlatego – odpowiedział Mitchell z pełnym satysfakcji, złośliwym uśmiechem – że moja siostrzenica powiedziała mi, że „Bancroft” właśnie odrzucił jej podanie o kartę kredytową.