Выбрать главу

– Widocznie nie była pewnym kredytobiorcą – odparował księgowy.

– Doprawdy? – wycedził Mitchell. – To dlaczego „Field” i „Macy” właśnie wydali jej nowe karty? Zgodnie z tym, co powiedziała mi siostrzenica, list zawierający odmowę przyznania jej naszej karty mówił, że ma ona nieodpowiednią przeszłość kredytową. Ona jest na pierwszym roku studiów i sądzę, że ta odmowa oznaczała, że nie mogłeś dowiedzieć się o niej niczego, ani dobrego, ani złego.

Księgowy skinął głową, jego blada, poprzecinana zmarszczkami twarz przybrała dziwny wyraz.

– Najwyraźniej tak było, skoro nasz list tak to formułował.

– Jak wytłumaczysz postępowanie „Fielda” i „Macy'ego”? – zapytał ostro Philip, pochylając się do przodu. – Najwyraźniej oni mieli dostęp do większej ilości informacji niż ty i twoi ludzie.

– Nie mieli lepszych informacji. Wszyscy używamy tego samego Kredytowego Biura Informacyjnego. Najprawdopodobniej ich wymagania stawiane przy udzielaniu kredytów są łagodniejsze niż moje.

– To nie są twoje wymagania, to nie jest twój sklep…

Meredith postanowiła interweniować. Wiedziała, że księgowy będzie z żelazną konsekwencją bronił swojego zdania i swojego personelu, ale rzadko zdobywa się na wytknięcie Philipowi jego błędów. Ten problem był wynikiem błędu Philipa. Meredith, kierując się pozbawioną egoizmu chęcią obrony Allena Stanleya i niewątpliwie egoistyczną chęcią uniknięcia kolejnego długiego starcia, którego wszyscy dyrektorzy łącznie z nią musieliby wysłuchać, przerwała tyradę ojca:

– Kiedy ostatnio poruszane było to zagadnienie – powiedziała, starając się zachować respekt i obiektywizm w głosie – uważałeś, że doświadczenie nauczyło nas, że studenci są grupą o dużym stopniu ryzyka kredytowego. Poleciłeś Allenowi odmawiać kart kredytowych wszystkim studentom, poza wyjątkowymi przypadkami.

W sali konferencyjnej zapanowała cisza. Dziwna, pełna oczekiwania cisza, która często pojawiała się, kiedy Meredith sprzeciwiała się ojcu. Dzisiaj jednak była ona cięższa niż zwykle. Wszyscy z napięciem oczekiwali jakiegoś znaku wskazującego na złagodzenie nieprzejednanego stosunku Philipa do córki, co mogłoby sugerować, że to jej powierzy zastępstwo. Prawdę mówiąc, jej ojciec nie był bardziej wymagający niż jego odpowiednicy w „Saksie” czy „Macym” lub każdej innej dużej firmie handlowej. Meredith wiedziała o tym i przeciwstawiała się nie żądaniom, jakie stawiał, ale jego bezceremonialnemu, autokratycznemu stylowi bycia. Dyrektorzy zebrani wokół stołu konferencyjnego związali swe kariery zawodowe z handlem, wiedząc dobrze, że była to pełna nieoczekiwanych emocji, stawiająca wysokie wymagania dziedzina interesów. Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy był tu normą, a nie wyjątkiem, dla każdego, kto chciał się wspiąć na sam szczyt… i utrzymać się tam. Meredith, tak jak pozostali, wiedziała o tym. Wiedziała też, że w jej wypadku będzie musiała pracować ciężej, dłużej i bardziej efektywnie niż inni, jeśli będzie chciała zdobyć prezydenturę firmy, która przecież przypadłaby jej niejako automatycznie, gdyby dane jej było urodzić się chłopcem.

Wkroczyła w dyskutowany temat, wiedząc bardzo dobrze, że być może zyska sobie szacunek ojca, ale jednocześnie ściągnie na siebie nieproporcjonalnie wielką porcję jego oburzenia i urazy. Posłał w jej stronę pogardliwe spojrzenie.

– Co zasugerowałabyś, Meredith? – zapytał, ani nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając, że była to ustalona przez niego reguła.

– To samo, co proponowałam wtedy: żeby studentom, którzy nie mieli dotąd problemów kredytowych, przyznawać karty kredytowe, ale do ograniczonej wysokości, powiedzmy do pięciuset dolarów. Przez pierwszy rok. Jeśli pod koniec tego okresu ludzie Allena upewnią się co do ich wypłacalności, limit mógłby być podwyższony.

Przez chwilę patrzył po prostu na nią, potem odwrócił się, tak jakby nie słyszał tego, co powiedziała, i kontynuował zebranie. Godzinę później zamknął swoją teczkę z jeleniej skóry, w której miał notatki dotyczące zebrania. Spojrzał na zgromadzonych przy stole konferencyjnym dyrektorów.

– Mam dzisiaj niezwykle napięty program spotkań, panowie… i panie… – dodał protekcjonalnym tonem, który powodował, że zawsze miała ochotę w takim momencie zrobić do niego jakąś głupią minę. – Musimy pominąć omówienie najlepszych sprzedaży tygodnia. Dziękuję państwu. Kończymy zebranie. Allen – rzucił mimochodem – zaoferuj studentom karty z limitem do pięciuset dolarów, o ile nie mieli wcześniej problemów kredytowych.

To było typowe. Publicznie nie docenił propozycji Meredith ani w żaden inny sposób nie okazał jej uznania. Zachował się tak, jak to robił zwykle, kiedy jego utalentowana córka wykazywała się świetną oceną sytuacji. Niechętnie przyjmował jej sugestię, nie podkreślając wartości jej koncepcji ani też wartości jej samej dla firmy. Była jednak liczącą się osobą dla sklepu i wszyscy o tym wiedzieli. Philip Bancroft też.

Meredith zebrała swoje notatki i ramię w ramię z Gordonem Mitchellem wyszła z sali konferencyjnej. To właśnie Meredith i Mitchell mieli największe szanse ze wszystkich kandydatów na zdobycie czasowej prezydentury. Obydwoje wiedzieli o tym. On, jako trzydziestosiedmiolatek, miał więcej lat przepracowanych w handlu niż Meredith, co dawało mu lekką przewagę nad nią. Jego minusem było to, że w „Bancrofcie” pracował dopiero od trzech lat. Meredith pracowała w firmie ojca już od lat siedmiu, a co najważniejsze, to jej należało przypisać sukces i spowodowanie ekspansji „Bancrofta” do innych stanów; to ona toczyła spory, argumentowała i perswadowała ojcu, a potem bankierom firmy, żeby finansowali tę ekspansję. Ona sama wybierała nowe sklepy i to ona była najbardziej zaangażowana w nie kończące się problemy budowy, a potem uruchomienia tych sklepów. Meredith jako jedyna miała do zaoferowania zarządowi coś wyjątkowego, czego żaden inny kandydat do prezydentury, łącznie z Gordonem Mitchellem, nie posiadał. Była to wszechstronność. Jej atutami były ta właśnie wszechstronność i szeroki zakres rozumienia działalności sklepu, wynikający z jej wcześniejszych doświadczeń z pracy w innych działach firmy. Meredith zerknęła z ukosa na Gordona Mitchella. W jego wzroku, kiedy spojrzał na nią, zobaczyła wszechobecną u niego kalkulację.

– Philip powiedział mi, że zgodnie z zaleceniami lekarza, wybierze się w rejs w czasie urlopu – zaczął, kiedy szli pokrytym dywanem korytarzem, mijając stanowiska sekretarek umiejscowione przed gabinetami wiceprezydentów. – Kiedy planuje… – urwał, słysząc wypowiedziane lekko podniesionym głosem słowa swojej sekretarki:

– Panie Mitchell, na pana prywatną linię dzwoni pan Bender. Jego sekretarka mówi, że to raczej pilne.

– Mówiłem ci, Debbie, żebyś nie odbierała telefonów na mojej prywatnej linii – rzucił ostro. Przepraszając Meredith, przeleciał jak burza koło stanowiska swojej sekretarki i wpadł do biura, zamykając za sobą drzwi.

Na zewnątrz Debbie Novotny przygryzła wargę, patrząc w ślad za odchodzącą Meredith. Zawsze, kiedy dzwoniła „sekretarka pana Bendera”, Gordon stawał się spięty i podenerwowany i zamykał drzwi, kiedy rozmawiali. Przez prawie rok Mitchell obiecywał, że rozwiedzie się z żoną i poślubi Debbie. Teraz nagle Debbie zaczęła się bać, że powodem jego ociągania się jest „sekretarka pana Bendera”, czyli nowa kochanka ukrywana pod tym hasłem. Nie dotrzymywał też innych obietnic, takich jak awans Debbie na handlowca i podwyżka pensji. Z walącym mocno sercem podniosła słuchawkę swojego aparatu. Głos Gordona był cichy i słychać w nim było zdenerwowanie:

– Mówiłem ci, żebyś przestał dzwonić do biura!