– Już do niego dzwoniłem. Sprawdza to.
ROZDZIAŁ 16
Limuzyna Matta przedzierała się poprzez zwykły dla piątkowego popołudnia tłok, torując sobie drogę ku sześćdziesięciopiętrowemu budynkowi Haskell Electronics. Tam właśnie mieściła się ogólnokrajowa dyrekcja firmy. Siedzący na tylnym siedzeniu Matt uniósł głowę znad sprawozdania właśnie w chwili, kiedy Joe O'Hara manewrował gwałtownie limuzyną wokół taksówki, przejechał na czerwonym świetle i waląc kilkakrotnie w klakson, rozproszył grupę nieustraszonych chicagowskich pieszych. Mniej niż trzy metry przed zjazdem do podziemnego parkingu „Haskella” Joe gwałtownie nacisnął hamulec i limuzyna znalazła się we wjeździe do garażu.
– Przepraszam, Matt – powiedział z krzywym uśmieszkiem, widząc jego grymas we wstecznym lusterku.
– Czy mógłbyś mi wytłumaczyć – zapytał rozdrażniony Matt – dlaczego robisz wszystko, żeby piesi stali się ozdobną miazgą na masce tego samochodu?
Jego głos utonął w ogłuszającym pisku opon, kiedy długi nos samochodu pochylił się ostro do przodu i zaczął zjeżdżać, zataczając ciasne kółka po spiralnym wjeździe prowadzącym na poziom parkingu zarezerwowany dla dyrekcji. Samochód mijał ściany zjazdu ledwie o centymetry. Bez względu na to, jak drogim i eleganckim jechał samochodem, O'Hara prowadził zawsze jak nieustraszony nastolatek siedzący we wbijającym go w dumę starym chevrolecie, z blondynką na kolanach i zapasem piwa tuż obok. Gdyby nie to, że wciąż miał refleks nastolatka, to na pewno już dawno straciłby prawo jazdy i życie też.
Był lojalny i odważny i to te cechy spowodowały, że dziesięć lat temu w Ameryce Południowej zaryzykował życie dla Matta. W ciężarówce, którą prowadził Matt, wysiadły hamulce. Samochód spadł z nasypu i zaczął się palić. Joe O'Hara uratował go, a Matt w zamian obdarował go skrzynką ulubionej whisky i dozgonną wdzięcznością.
Na ramieniu pod marynarką Joego wisiała automatyczna czterdziestka piątka, którą kupił wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy wiózł Matta przez pikietę kierowców ciężarówek z firmy, którą Matt właśnie kupił. W głębi duszy Matt uważał, że broń nie była konieczna. Joe miał niecałe metr osiemdziesiąt wzrostu, ale miał też ponad sto kilogramów solidnych muskułów i wyrażającą wolę walki, wręcz brzydką twarz z miną wyraźnie ostrzegającą przed zagrożeniem. Przypominał bardziej ochroniarza niż kierowcę. Wyglądał jak zapaśnik sumo. Prowadził jak szaleniec.
– Jesteśmy na miejscu – zawołał Joe, dokonując sztuki łagodnego wyhamowania samochodu tuż przy prywatnej windzie w podziemiu budynku. – Nie ma to jak w domu.
– Tylko przez rok albo krócej – powiedział Matt, zamykając aktówkę. Zwykle kiedy kupował firmę, spędzał w niej miesiąc albo dwa, towarzysząc swoim ludziom podczas oceny kierownictwa firmy i opracowywania strategii jej dalszego rozwoju. W przeszłości jednak kupował tylko dobrze zarządzane firmy, których problemem był brak kapitału operacyjnego. Wprowadzał w nich niewielkie zmiany, żeby dostosować ich funkcjonowanie do Intercorpu. Z „Haskellem” sprawa wyglądała inaczej. Stare metody i styl zarządzania powinny zostać zastąpione nowymi; aktywa powinny zostać ponownie oszacowane, system płacowy poddany zmianom, lojalność pracowników zweryfikowana. Należało też wybudować obiekty produkcyjne w podmiejskim Southville, gdzie Matt już kupił tereny. „Haskell” wymagał bardzo poważnych przekształceń. Matt miał zamiar dzielić swój czas pomiędzy firmę okrętową, którą właśnie kupił, a reorganizację „Haskella”. Miał przed sobą bardzo trudne dni, wypełnione pracą, ale taki tryb życia prowadził już od lat. Na początku robił to z desperackiej chęci osiągnięcia sukcesu, udowodnienia, że stać go na to. Nawet teraz, kiedy sukcesy w interesach przewyższały jego najśmielsze marzenia, utrzymywał ciągle intensywny tryb życia, ponieważ weszło mu to w nawyk. Powodem takiej sytuacji było też to, że nic innego nie przynosiło mu już takiej satysfakcji. Pracował ciężko, a kiedy poświęcał czas rozgrywkom, był twardym graczem. Nic z tych rzeczy nie było jednak dla niego szczególnie znaczące czy dające zadowolenie. Modernizowanie „Haskella”, sprawienie, żeby stał się tym, czym powinien być, było wyzwaniem. Może tutaj właśnie tkwi błąd, pomyślał Matt, otwierając swoją prywatną windę prowadzącą na piętro zajmowane przez dyrekcję. Kupował atrakcyjne, dobrze prowadzone firmy, potrzebujące tylko zastrzyku finansowego. Tak stworzył olbrzymi konglomerat. Może powinien był kupić kilka firm, które potrzebowały czegoś więcej. Jego grupa przejmująca działała w „Haskellu” już od dwóch tygodni. Czekali na górze na spotkanie z nim, a on niecierpliwił się, żeby rozpocząć pracę.
Na sześćdziesiątym piętrze recepcjonistka odebrała telefon i wysłuchała informacji od umundurowanego strażnika, który pełnił również funkcję recepcjonisty w hallu głównym „Haskella” na parterze. Valerie odłożyła słuchawkę i podeszła do siedzącej na prawo od niej sekretarki.
– Pete Duncan powiedział, że do garażu właśnie wjechała srebrna limuzyna – szepnęła. – Myśli, że to Farrell.
– Srebrny to widocznie jego ulubiony kolor – odpowiedziała Joanna. Spojrzała znacząco na prawie dwumetrową, kwadratową, srebrną tablicę z insygniami Intercorpu wiszącą za jej plecami na ścianie wyłożonej różanym drewnem.
Dwa tygodnie po przejęciu firmy przez Intercorp pojawiła się grupa stolarzy, nadzorowana przez człowieka, który przedstawił się jako kierownik działu dekoracji wnętrz Intercorpu. Kiedy po dwóch tygodniach opuszczali budynek, wystrój wnętrz recepcji, sali konferencyjnej i przyszłego gabinetu Matta Farrella uległ gruntownej zmianie. Kiedyś podłogi pokrywały wytarte przez lata, brunatne dywany, na których stały delikatne, ale naruszone zębem czasu meble z ciemnego drewna. Teraz każdy centymetr podłogi pokrywały srebrzyste dywany, a wokół małych stolików zgrupowane były nowoczesne, skórzane kanapy w kolorze burgunda. Była to szeroko komentowana przez prasę mania Matta Farrella: wszystkie przejęte przez firmę przedsiębiorstwa miały natychmiast zmieniany wystrój wnętrz, upodabniający je do innych biur Intercorpu.
Valerie, Joanna i kilka innych sekretarek z tego piętra znały już teraz dobrze nie tylko reputację i kaprysy Matta Farrella, ale i jego bezwzględność. W ciągu kilku dni po przejęciu j „Haskella” przez Intercorp jego prezydent, pan Vern Haskell, został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę. To samo spotkało dwóch starszych wiceprezydentów. Jednym z nich był syn Verna Haskella, a drugim jego zięć. Jeden z wiceprezydentów odmówił złożenia rezygnacji, więc został zwolniony. Ich biura zajmowali teraz trzej współpracownicy Matta. Jego pozostali ludzie rozlokowali się gdzie indziej w budynku i jak wieść niosła, szpiegowali, zadawali wścibskie pytania i sporządzali listy zawierające niewątpliwie nazwiska osób; przewidzianych do zwolnienia w następnej kolejności. Jakby tego nie było dość, pracę stracili nie tylko ci z najwyższego, kierownictwa firmy; sekretarka pana Haskella dostała propozycję: miała pracować dla jakiegoś mało liczącego się kierownika albo opuścić firmę razem ze swoim szefem. Okazało się, że Matt Farrell postanowił przysłać tu z Kalifornii swoją własną sekretarkę. Wywołało to nową falę strachu i oburzenia wśród sekretarek dyrekcji, ale było jeszcze niczym w porównaniu z ich odczuciami wobec sekretarki Farrella, kiedy ta pojawiła się w końcu w „Haskellu”. Eleanor Stern była trzymającą się prosto jak patyk, chudą kobietą o szczeciniastych włosach. To był wszechobecny tyran, który krążył nad nimi jak jastrząb i ciągle używał słów typu „impertynencja” czy też. „przyzwoitość”. Zjawiała się w biurze jako pierwsza, opuszczała je jako ostatnia i kiedy drzwi do jej pokoju nie były zamknięte jak teraz, mogła usłyszeć najcichszy nawet śmiech czy plotkarski szept. W takim momencie wstawała zza biurka i pojawiała się w drzwiach pokoju niczym poirytowany sierżant w wojsku. Stała tak, aż wszelkie objawy rozluźnienia nastroju nieuchronnie zamilkły. Z tego to powodu Valerie opanowała chęć zawiadomienia kilku innych sekretarek o przyjeździe Farrella, tak żeby mogły pod jakimś pretekstem pojawić się tam i chociaż zerknąć na niego.