Prasa określała go jako przystojnego światowca spotykającego się z gwiazdami filmowymi i europejskimi arystokratkami. „Wall Street Journal” nazywał go „korporacyjnym geniuszem o midasowym zacięciu”. Pan Haskell w dniu swojego odejścia powiedział, że Matthew Farrell to „arogancki, nieludzki drań o instynkcie rekina i moralności węszącego zdobycz wilka”. Joanna i Valerie czekały na jego pojawienie się doskonale przygotowane, żeby od razu okazać mu swoją pogardę. I tak też zrobiły.
Delikatny dźwięk dzwonka windy rozległ się w recepcji jak uderzenie młotem w gong. Wysiadł z niej Matthew Farrell i naraz wydawało się, że powietrze eksploduje nadmiarem energii wywołanej jego obecnością. Nadchodził w ich kierunku. Był mocno opalony i miał sylwetkę lekkoatlety. Idąc, czytał sprawozdanie. W ręku trzymał teczkę, a szary, kaszmirowy płaszcz niósł przerzucony przez ramię. Valerie wstała niepewnie.
– Dzień dobry, panie Farrell. – W zamian za grzeczność obdarzył ją tylko zniechęcającym, krótkim spojrzeniem szarych oczu i skinieniem głowy. Przeleciał obok nich niczym wicher, potężny, niespokojny i absolutnie obojętny w stosunku do takich zwykłych śmiertelników jak Valerie i Joanna.
Matt był już tutaj wcześniej, żeby wziąć udział w wieczornym zebraniu i teraz z bezbłędną pewnością podążał do zespołu prywatnych pomieszczeń, zajmowanych wcześniej przez prezydenta Haskella i jego sekretarkę. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi sekretariatu, oderwał się od czytanego sprawozdania i zerknął w stronę sekretarki. Współpracował z nią od blisko dziewięciu lat. Nie przywitali się ani nie wymienili nic nie znaczących zwyczajowych zwrotów; nigdy tego nie robili.
– Jak idzie?
– Całkiem nieźle – odpowiedziała Eleanor Stern.
– Czy program zebrania jest już gotowy? – spytał, kierując się ku dwuskrzydłowym drzwiom z drzewa różanego prowadzącym do jego gabinetu.
– Oczywiście – potwierdziła szybko, dostosowując się idealnie do jego pełnego wigoru stylu bycia. Pasowali do siebie kwietnie, od pierwszego dnia, kiedy to zjawiła się w jego biurze razem z dwudziestoma innymi kobietami, młodymi i atrakcyjnymi, przysłanymi mu przez agencję. Wcześniej tego dnia Matt widział zdjęcie Meredith w piśmie, które ktoś zostawił na kawiarnianym stoliku. Przedstawiało ją leżącą na plaży na Jamajce razem z uniwersyteckim graczem w polo. Artykuł mówił o tym, że spędzała wakacje ze szkolnymi przyjaciółmi. To zdjęcie sprawiło, że rozpoczął przesłuchania kandydatek z jeszcze bardziej gorzką determinacją, żeby osiągnąć sukces. Większość z nich była bezmyślnymi lub otwarcie flirtującymi dziewczynami, a Matt nie był w nastroju, żeby tolerować głupotę lub kobiece wybiegi. Potrzebował kogoś inteligentnego, na kim można polegać i kto dotrzyma mu kroku w jego ponownie wzmożonej chęci wspięcia się na szczyt. Właśnie wrzucił do kosza życiorys ostatniej kandydatki, kiedy zobaczył maszerującą w jego kierunku Eleanor Stern. Była w zwykłej, czarnej garsonce, na nogach miała pantofle na płaskim, szerokim obcasie. Siwe włosy spięła w prosty kok. Podała mu swój życiorys i czekała ze stoickim spokojem, kiedy Matt czytał zawarte w nim fakty, ściśle dotyczące sprawy. Miała pięćdziesiąt lat, była niezamężna, pisała na maszynie z prędkością stu dwudziestu słów na minutę i stenografowała sto sześćdziesiąt słów na minutę. Matt zerknął na nią, chcąc zadać jej pytanie, ale natychmiast usłyszał wypowiedziane lodowatym, defensywnym tonem słowa:
– Zdaję sobie sprawę, że jestem o dwadzieścia lat starsza niż inne siedzące tam kandydatki i dwadzieścia razy mniej atrakcyjna niż one. Nigdy nie byłam piękną kobietą i musiałam rozwinąć inne swoje zalety.
Matt, ujęty tą tyradą, zapytał:
– Co to za zalety?
– Mój umysł i umiejętności – odpowiedziała. – Oprócz maszynopisania i stenografii ukończyłam kursy w zakresie prawa i mam pełne uprawnienia księgowego. Co więcej, potrafię coś, czego już raczej żadna dwudziestolatka teraz nie potrafi…
– Co to takiego?
– Znam świetnie gramatykę i ortografię! – Ta uwaga podobała mu się. Wypowiedziana była z pewną siebie wyższością i zawierała jednocześnie pogardę dla wszystkiego, co nie było perfekcyjne. Emanowała wyraźną, pełną rezerwy dumą i to Matt cenił. Wyczuwał w niej taką samą jak jego, bezwzględną determinację, żeby wykonać zaplanowaną pracę. Instynkt podpowiadał mu, że ona jest odpowiednią osobą. Powiedział więc otwarcie:
– Godziny pracy są długie, a pensja nie jest na razie wysoka. Dopiero zaczynam. Jeśli powiedzie mi się, pociągnę panią za sobą. Pani pensja będzie rosła razem z pani wkładem pracy.
– Akceptuję.
– Będę dużo podróżował. W przyszłości może się zdarzyć, że będzie pani musiała mi towarzyszyć.
Zaskoczona, zmarszczyła brwi.
– Może powinien pan, panie Farrell, dokładniej sprecyzować moje obowiązki. Kobiety niewątpliwie uważają pana za bardzo przystojnego mężczyznę, jednak…
To, co usłyszał, wprawiło go w osłupienie. Najwyraźniej sądziła, że robił jej niedwuznaczną propozycję. Rozgniewał go jej mentorski ton i nieproszone opinie o jego atrakcyjności dla innych kobiet. Odpowiedział tonem nawet chłodniejszym niż jej.
– Pani obowiązki będą obowiązkami czysto sekretarskimi. Niczym więcej. Nie jestem zainteresowany przygodami i flirtami; nie chcę tortów na urodziny, cackania się ze mną ani też nie chcę pani opinii na temat moich prywatnych spraw, które należą tylko do mnie. Wszystko, czego chcę, to pani czas i patii fachowość.
Tym razem zareagował bardziej ostro niż zwykle, a przyczyną tego było raczej zdjęcie Meredith niż zachowanie Eleanor Stern. Ona jednak nie poczuła się tym ani trochę dotknięta. Prawdę mówiąc, preferowała rodzaj współpracy, jaki jej przedstawił.
– To mi absolutnie odpowiada.
– Kiedy może pani zacząć?
– Już teraz.
Nigdy nie żałował tej decyzji. Już po tygodniu zorientował się, że Eleanor Stern może, tak jak on, pracować bez wytchnienia, w morderczym tempie, nie okazując zmęczenia lub znużenia. Im większą ilością pracy ją obarczał, tym efektywniej pracowała. Bariera, jaka powstała między nimi w chwili, kiedy Eleanor Stern okazała zaniepokojenie jego intencjami, nigdy nie zniknęła. Na początku byli zbyt zainteresowani pracą, żeby to zauważać. Potem to już nie było istotne; wpadli w utarty tok współdziałania i to idealnie odpowiadało im obojgu. Matt wspiął się na szczyt, a ona, nie skarżąc się, pracowała dzień i noc u jego boku. Prawdę mówiąc, Eleanor Stern stalli się niemal niezastąpioną częścią jego służbowego życia. Tak jak obiecał, wynagradzał sowicie jej lojalność i wysiłki. Panna Stern zarabiała sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów rocznie; nie zarabiał tyle niejeden z niższych rangą dyrektorów Intercorpu.
Teraz weszła za nim do gabinetu i czekała, aż odłoży teczkę na niedawno dostarczone biurko z różanego drewna. Zwykle wręczał jej co najmniej jedną mikrokasetę wypełnioną poleceniami i tekstami do przepisania na maszynie.
– Nie przygotowałem kasety – wyjaśnił Matt, odpinając teczkę i przekazując jej plik skoroszytów. – I nie przejrzałem w samolocie kontraktu Simpsona. Mój lear miał awarię silnika i musiałem lecieć rejsowym samolotem. Dziecko w rzędzie przede mną miało problemy z uszami i płakało przez cały lot.