Matt sprowadził go tu, żeby obserwował i żeby sam też był poddany obserwacji. Zdawał sobie sprawę z tego, że Peter ciągle jeszcze musi się uczyć, pomimo dotychczasowych sukcesów. W zależności od sytuacji Peter był zbyt pewny siebie, nadwrażliwy, impulsywny lub nieśmiały. Matt miał zamiar te jego emocje okiełznać. Niesamowite zdolności Petera wymagały ukierunkowania.
– Peter? – zwrócił się do niego Matt. – Czy u ciebie wydarzyło się coś nowego, o czym powinniśmy usłyszeć?
– Mam na oku kilka firm, które byłyby dla nas świetnym nabytkiem – obwieścił Peter. – Nie są tak duże jak „Haskell”, ale mogą przynosić zysk. Jedna z nich to ładna mała firma komputerowa z Krzemowej Doliny…
– Żadnych firm komputerowych, Peter – powiedział stanowczo Matt.
– Ale JLH to…
– Żadnych firm komputerowych – przerwał mu Matt. – W tej chwili są zbyt ryzykowne. Dostrzegł rumieniec zażenowania pnący się coraz wyżej po karku Vanderwilda i przypomniał sobie, że jego celem było ukierunkowywanie olbrzymiego talentu młodego człowieka, a nie zdeptanie jego entuzjazmu. Powstrzymując zniecierpliwienie, dodał: – To nie twoja wina, Peter. Nigdy nie mówiłem ci, jaki mam stosunek do firm komputerowych. Co jeszcze polecasz?
– Wspominałeś, że chciałbyś powiększyć nasz stan posiadania firm komercyjnych – powiedział z wahaniem Peter. – Jest tego rodzaju firma w Atlancie, inna jeszcze tutaj w Chicago i trzecia w Houston. Wszystkie są do kupienia. Dwie pierwsze mają głównie biurowce, ta trzecia w Houston to przede wszystkim inwestycje w ziemię pod zabudowę. To rodzinna firma. Prowadzą ją od śmierci ojca dwaj bracia Thorp. Zgodnie z doniesieniami nie cierpią się nawzajem. – Peter pospiesznie przedstawił minusy rekomendowanej firmy, ciągle urażony gwałtownym odrzuceniem przez Matta jego poprzedniej propozycji. – Houston było długo w recesji i myślę, że nie ma powodu przypuszczać, że dające się ostatnio zauważyć symptomy poprawy będą się utrzymywać. Istotne jest to, że skoro bracia Thorp nie zgadzają się ze sobą w niczym, to ta transakcja przysporzyłaby nam prawdopodobnie więcej kłopotów, niż to warte…
– Usiłujesz mnie przekonać, że to dobry czy zły pomysł? – zapytał Matt z uśmiechem, który miał zatrzeć jego wcześniejszą stanowczość. – Ty dokonujesz wyborów, bazując na swojej najpełniejszej ocenie sytuacji, a ja ci je ewentualnie zbijam. To moje zadanie, a jeśli ty zaczniesz wykonywać moją pracę plus swoją, nie będę miał nic do roboty i poczuję się niepotrzebny.
Śmiechy skwitowały tę żartobliwą uwagę. Peter, wstając, podał Mattowi teczkę opatrzoną napisem: „Zalecane do zakupu obiekty komercyjne”. Były w niej dane dotyczące trzech firm, o których wspomniał, i kilka innych mniej zachęcających propozycji. Peter, już teraz bardziej zrelaksowany, usiadł na swoim miejscu.
Matt zerknął do teczki. Dane były obszerne i bardzo kompleksowe. Nie chcąc zatrzymywać niepotrzebnie pozostałych mężczyzn, powiedział:
– Panowie, Peter jak zwykle nie pominął niczego i zapoznanie się z zawartością tej teczki zajmie mi sporo czasu. Myślę, że omówiliśmy wszystko, co wymagało przedyskutowania. Spotkam się z każdym z was w przyszłym tygodniu. Zawiadomcie pannę Stern, kiedy będziecie gotowi omówić szczegółowo wasze działy. – Zwrócił się do Petera: – Przejrzyjmy to w moim gabinecie.
Kiedy usiadł już przy swoim biurku, zabrzmiał sygnał intercomu i panna Stern zapowiedziała oczekiwane przez niego połączenie z Brukselą. Matt, trzymając słuchawkę między ramieniem a policzkiem, zaczął przeglądać zestawienia finansowe firmy z Atlanty.
– Matt – rozległ się przebijający się przez zakłócenia na linii, ucieszony głos Josefa Hendriksa – mamy kiepskie połączenie, ale moja wiadomość nie może czekać na lepsze. Moi Indzie w pełni akceptują ubiegłomiesięczną propozycję ograniczonego partnerstwa dla ciebie. Nie wnoszą sprzeciwu co do żadnego z warunków, które przedstawiłeś.
– Miło to słyszeć, Josef – odpowiedział Matt, ale jego entuzjazm był nieco przytłumiony długim lotem, który miał za sobą, i świadomością, że było już o wiele później, niż myślał. Za zajmującymi niemal całą zewnętrzną ścianę jego biura oknami niebo było pogrążone w ciemnościach, a w stojących wokół wieżowcach pobłyskiwały światła. Słyszał, jak daleko w dole na Michigan Avenue trąbiły klaksony uwięzionych w wieczornych korkach aut, starających się utorować sobie drogę do domu. Sięgnął do lampy stojącej na biurku i zapalił ją. Zerknął na Petera, który wstał, i włączył też górne oświetlenie. – Peter, jest później, niż myślałem, a muszę jeszcze zadzwonić do kilku osób. Wezmę tę teczkę do domu i przejrzę ją w czasie weekendu. Omówimy to wszystko w poniedziałek rano, o dziesiątej.
ROZDZIAŁ 17
Matt czuł się odświeżony po saunie i prysznicu. Zawiązał ręcznik wokół bioder i sięgnął po zegarek leżący na marmurowym blacie, ciągnącym się wzdłuż ścian okrągłej łazienki. Zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę.
– Czy jesteś nagi? – zapytała namiętnym głosem Alicja Avery, zanim jeszcze zdążył się odezwać.
– Pod jaki numer pani dzwoni? – zapytał z udawanym zmieszaniem.
– Pod twój numer, kochany. Czy jesteś nagi?
– Prawie nagi – odpowiedział Matt – i już spóźniony.
– Tak się cieszę, że w końcu jesteś w Chicago, kiedy przyjechałeś?
– Wczoraj.
– Nareszcie mam cię w swoich rękach! – zaśmiała się prowokacyjnym, zaraźliwym śmiechem. – Nie uwierzysz, jak marzę o dzisiejszym wieczorze, tej jego części, kiedy już wrócimy z balu w operze. Stęskniłam się za tobą, Matt – dodała, jak zawsze szczera i bezpośrednia.
– Zobaczymy się za godzinę – obiecał. – O ile oczywiście pozwolisz mi teraz odłożyć słuchawkę.
– W porządku. Prawdę mówiąc, to tata kazał mi zadzwonić do ciebie. Bał się, że zapomnisz o dzisiejszym benefisie. On też nie może się doczekać, żeby cię zobaczyć, oczywiście z zupełnie innych powodów niż ja.
– Oczywiście – zażartował Matt.
– Aha, równie dobrze mogę cię ostrzec, że on zamierza przedstawić cię do przyjęcia w poczet członków klubu Glenmoor. Bal to świetna okazja, by przedstawić cię kilku członkom klubu i uzyskać ich poparcie. Nie zdziw się, jeśli będzie próbował ciągnąć cię na prawo i lewo, jeśli mu na to pozwolisz. Nie sądzę, żeby musiał o to zabiegać. Będziesz hitem wieczoru. Aha, i prasa będzie w pełnym składzie. Przygotuj się na oblężenie. To bardzo poniżające, panie Farrell – droczyła się z nim – wiedzieć, że mój partner wzbudzi dzisiaj większą sensację niż ja… Wzmianka o klubie Glenmoor, gdzie dawno temu, czwartego lipca, Matt poznał Meredith, spowodowała, że zacisnął szczęki w poczuciu niewesołej ironii. Reszta tego, co mówiła Alicja, ledwo do niego docierała. Był już członkiem dwóch klubów równie ekskluzywnych jak Glenmoor. Rzadko w nich bywał, a jeśli przystąpiłby do któregoś z klubów w Chicago, czego nie miał zamiaru robić, na pewno jako żywo nie byłby to Glenmoor.