– Powiedz ojcu, że bardzo jestem mu wdzięczny, że o tym pomyślał, ale wolałbym, żeby nie wprowadzał tego zamiaru w czyn.
Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, słuchawkę drugiego aparatu podniósł Stanton Avery włączając się do rozmowy.
– Matt – powiedział swoim bezceremonialnym, pełnym wigoru głosem. – Nie zapomniałeś o dzisiejszym benefisie w operze?
– Pamiętałem o tym, Stantonie.
– Dobrze, dobrze. Planowałem, że wstąpimy po ciebie o dziewiątej, zatrzymamy się w Yacht Clubie na drinka i dzięki temu nie będziemy musieli wysłuchiwać „Traviaty”, zanim rozpocznie się prawdziwe popijanie i zabawa. A może ty wyjątkowo lubisz „Traviatę”?
– Mdleję na operach – zażartował Matt, a Stanton zgodnie zarechotał. W ostatnich latach Matt chadzał do opery i na koncerty symfoniczne. Obracał się w kręgach towarzyskich, w których sponsorowanie i uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych było zawodową koniecznością. Siłą rzeczy znał teraz większość słynnych oper i muzykę klasyczną. Jednak nie zmienił swojej opinii o nich. Uważał, że większość była nudna jak diabli, a wszystkie były zdecydowanie za długie.
– Będę gotowy na dziewiątą – dodał.
Mimo że nie lubił ani muzyki operowej, ani nagabywania przez prasę, cieszył się na ten wieczór. Zapiął zegarek i wziął maszynkę do golenia. Stantona Avery poznał przed czterema laty w Los Angeles. Od tego czasu zawsze starali się spotkać, ilekroć Matt był w Chicago, a Stanton w Kalifornii. Stanton był inny niż większość poznawanych przez Matta ludzi z towarzystwa. Był twardym, bezpośrednim, trzymającym się realiów człowiekiem interesu i Matt lubi! go niezmiernie. Prawdę mówiąc, gdyby mógł wybrać sobie teścia, to Stanton byłby pierwszy na liście… Alicja była bardzo podobna do ojca: była obytą w świecie osobą, miała świetne maniery, ale kiedy w grę wchodziło osiągnięcie tego, czego chciała, była niesamowicie bezpośrednia. Obydwoje bardzo chcieli, żeby Matt wybrał się z nimi tego wieczoru do opery, i nie pogodziliby się z odmową. Skończyło się na tym, że nie tylko zgodził się pójść z nimi, ale jeszcze wyłożył na ten cel pięć tysięcy dolarów.
Przed dwoma miesiącami, kiedy Alicja była z nim w Kalifornii, sugerowała ostentacyjnie, że powinni się pobrać. Matt przez chwilę brał pod uwagę tę ewentualność, ale ten impuls bardzo szybko minął. Było mu dobrze z Alicją i w łóżku, i poza nim. Lubił też jej sposób bycia, ale miał już na koncie jedno zakończone klęską małżeństwo z rozpuszczoną, bogatą panną z chicagowskiego towarzystwa i nie zamierzał powtarzać tego doświadczenia. Przeciwnie, nigdy nie myślał poważnie o ponownym małżeństwie, ponieważ nigdy nie udało mu się powtórzyć tego, co czuł do Meredith. Tej agresywnej, zaborczej, szaleńczej potrzeby patrzenia na nią, dotykania jej: i śmiania się razem z nią; tej potężnej żądzy, która kierowała nim i była ciągle nienasycona. Żadna inna kobieta nie spowodowała, żeby czuł w tym samym momencie pokorę i jednocześnie ogromną władzę nad nią. Żadna też nie wyzwalała w nim takiej samej desperackiej chęci sprawdzenia się, udowodnienia, że może być kimś lepszym i osiągnąć więcej niż inni. Poślubienie kogoś, kto nie wywoływał w nim tego rodzaju uczuć, byłoby godzeniem się na coś gorszego, a dla niego we wszystkim liczyło się tylko to, co najlepsze. Jednocześnie absolutnie nie życzył sobie doświadczyć jeszcze kiedykolwiek tych zadających katusze, burzliwych, rozbijających wewnętrznie emocji. Były one równie bolesne, jak miłe. Po rozwiązaniu jego nieudanego małżeństwa nawet przelotne wspomnienie tego związku lub jego nielojalnej młodej, kochanej kiedyś żony, powodowało, że jego życie jeszcze długo potem stawało się w takich momentach piekłem.
Prawda wyglądała tak, że jeśli Alicja byłaby w stanie zaleźć mu za skórę tak, jak to zrobiła Meredith, zerwałby z nią natychmiast, gdyby zauważył, że tak się dzieje. Nie chciałby i nie pozwoliłby sobie stać się znowu tak podatnym na czyjś wpływ. Nigdy więcej. Teraz, kiedy był w Chicago, Alicja na pewno nie zaniecha poruszenia tematu małżeństwa. Jeśli tak się stanie, będzie musiał wyraźnie dać jej do zrozumienia, że nie wchodzi to w grę, teraz ani nigdy. Innym wyjściem może być tylko położenie kresu ich przynoszącemu tyle przyjemności związkowi.
Matt, wkładając marynarkę czarnego smokingu, przeszedł z łazienki do pokoju. Miał jeszcze kwadrans do przyjazdu Stantona i Alicji, przeniósł się więc w daleki kraniec mieszkania, gdzie na wyższym poziomie urządzono barek i gdzie stało kilka wygodnie usytuowanych kanap. Wybrał ten właśnie budynek i to mieszkanie ze względu na to, że jego zewnętrzne ściany były niemal całe ze szkła. Widok, jaki się stąd roztaczał, zapierał dech w piersiach. Przez chwilę stał i podziwiał go, po czym podszedł do barku, żeby napić się brandy. Robiąc to, zahaczył połą marynarki o leżące na stole gazety, ułożone tam w elegancki stosik przez jego gospodynię. Wszystkie spadły na podłogę i rozsypały się.
Wtedy to zobaczył Meredith.
Jej zdjęcie spoglądało na niego z ostatniej strony pierwszej części gazety. Uśmiech miała wspaniały, jej włosy były wspaniałe, wyraz twarzy też. Cała Meredith, pomyślał z lodowatą niechęcią. Podniósł gazetę. Patrzył na to zdjęcie. Była upozowana dla wywołania tego efektu. Kiedyś była piękną nastolatką, ale ten, kto robił jej zdjęcia dla prasy, przeszedł samego siebie, żeby wyglądała jak młoda Grace Kelly.
Przeniósł wzrok z jej zdjęcia na zamieszczony pod nim artykuł i przez chwilę zastygł w bezruchu, zaskoczony. Zgodnie z tym, co pisała dziennikarka, Sally Mansfield, Meredith zaręczyła się właśnie z „ukochanym z dziecięcych lat” Parkerem Reynoldsem III. Firma Bancroft i S – ka miała zamiar uczcić zaplanowany na luty ślub ogólnokrajową, okolicznościową wyprzedażą we wszystkich swoich sklepach.
Usta Matta wykrzywił wymuszony, ironiczny uśmiech. Odłożył gazetę i podszedł do okna. Był mężem małej, zdradzieckiej suki i nawet nie wiedział, że miała „ukochanego z dziecięcych lat”. Ale właściwie, to wtedy tak naprawdę nie znał jej wcale, zreflektował się. Gardził zaś tym, co o niej wiedział.
Nagle, w środku tej myśli, Matt uświadomił sobie, że tok jego rozumowania nie odpowiadał jego uczuciom. Najwyraźniej reagował zgodnie ze starym nawykiem, ponieważ tak naprawdę już nią nie gardził. Teraz po prostu bardzo jej nie lubił. To, co było między nimi, wydarzyło się tak dawno temu. Czas zatarł wszelkie silne uczucia, jakie żywił dla niej, nawet nienawiść. W ich miejscu była teraz pustka… nic więcej tylko pustka i litość. Meredith była zbyt miękka, żeby zdradzać z premedytacją: była miękka i całkowicie zdominowana przez ojca. Poddała się aborcji, kiedy była prawie w szóstym miesiącu ciąży. Usunęła ich dziecko i przysłała mu potem telegram donoszący o tym i oznajmiający, że rozwodzi się z nim. Pomimo tego, co zrobiła jego dziecku, był tak zwariowany na jej punkcie, że przyleciał do kraju z szalonym zamiarem wyperswadowania jej tego pospiesznego rozwodu. Kiedy dotarł do szpitala, został poinformowany w hallu głównym skrzydła, noszącego imię Bancrofta, że Meredith nie życzy sobie go widzieć. Strażnik eskortował go do drzwi. Matt podejrzewał, że te instrukcje mogły być wydane przez Philipa Bancrofta, a nie przez samą Meredith. Wrócił więc tam następnego dnia. Przy drzwiach frontowych zastał policjanta, który wcisnął mu w dłoń nakaz, wystawiony na prośbę Meredith. Ten kawałek papieru oznaczał, że samo zbliżenie się Matta do niej stawało się przestępstwem.
Przez całe lata Matt odpychał te wspomnienia i żal po stracie dziecka w najdalsze zakamarki swojego umysłu. Nie mógł znieść myśli o tym. Niemyślenie o Meredith stało się sztuką, którą doskonalił i doprowadził do perfekcji. Najpierw robił to dla samoochrony. Potem już tylko z przyzwyczajenia.