Odwzajemniła to spojrzenie i nie spuściła wzroku. Przechyliła głowę do tyłu, a na jej cynobrowych ustach pojawił się znaczący uśmiech.
– Jesteś jedynym mężczyzną – powiedziała miękko – który potrafi sprawić, że zwrot: „to niezwykła suknia” brzmi jak zaproszenie do jego łóżka na co najmniej tydzień.
Zaśmiał się. Skierowali się w stronę błyszczących świateł i głośnego gwaru przyjęcia. Z daleka widział dwóch fotografów robiących zdjęcia i ekipę telewizyjną wędrującą wśród tłumów. Przygotowywał się psychicznie na nieuniknione zetknięcie z nimi.
– Czy to było to? – zapytała Alicja, kiedy jej ojciec zatrzymał się, żeby porozmawiać ze znajomymi.
– Co takiego? – zapytał Matt, zatrzymując się, żeby wziąć z tacy przechodzącego kelnera dwa kieliszki szampana.
– Zaproszenie na tydzień cudownego pieprzenia, jak to, które mieliśmy przed pięcioma miesiącami?
– Alicjo – upomniał ją łagodnie, kłaniając się dwóm znajomym – zachowuj się, Alicjo, przyzwoicie. – Ruszyłby do przodu, ale Alicja uparcie pozostawała na swoim miejscu. Przyglądała mu się z natężeniem.
– Dlaczego nigdy się nie ożeniłeś?
– Pomówimy o tym innym razem.
– Próbowałam to zrobić w czasie naszych ostatnich dwóch spotkań, ale robiłeś uniki.
Czuł się poirytowany jej naleganiem, tematem, przy którym obstawała, i chwilą, jaką sobie wybrała, żeby to zrobić. Ujął jej obciągnięte czarną rękawiczką ramię i poprowadził ją na stronę.
– Rozumiem – powiedział – że masz zamiar dyskutować na ten temat tu i teraz.
– Zgadza się – odparła, patrząc mu prosto w oczy i dumnie unosząc podbródek.
– Co masz na myśli?
– Małżeństwo.
Zastygł, a Alicja zobaczyła w jego oczach nagły chłód. To, co powiedział, było nawet bardziej zbijające z tropu niż wyraz jego twarzy.
– Z kim?
Pobita jego zamierzoną zniewagą i wściekła na siebie za taktyczną niezgrabność zerknęła w jego nieprzeniknioną twarz. W tym momencie opadło z niej całe napięcie.
– Myślę, że zasłużyłam sobie na to – odparła.
– Nie – uciął krótko Matt zły na siebie za nadmierny brak taktu – to nieprawda.
Spoglądała na niego niepewna, co o tym myśleć, i wreszcie uśmiechnęła się odrobinę.
– Wiemy w końcu, na czym stoimy, przynajmniej na dzień dzisiejszy.
W odpowiedzi uśmiechnął się krótko, chłodno i wyraźnie niezachęcająco. Alicja z westchnieniem wsunęła dłoń pod jego ramię.
– Jesteś – powiedziała otwarcie, pozwalając mu się prowadzić – najtwardszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam! – Próbując poprawić nastrój, posłała mu uwodzicielskie spojrzenie i dodała szczerze: – Fizycznie i oczywiście emocjonalnie też.
Lisa pokazała lokajowi stojącemu przed salą balową swoje wygrawerowane zaproszenie, zatrzymała się tylko na chwilę, żeby zdjąć okrycie i oddać je do szatni, i już rozglądała się wśród kłębiącego się tłumu w poszukiwaniu Meredith lub Parkera. Niedaleko orkiestry wypatrzyła jasną głowę Parkera i ruszyła ku niemu. Po drodze otarła się o Alicję Avery, która wolno przechadzała się u boku bardzo wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny o szerokich barach. Jego profil wydał się Lisie znajomy.
Podczas gdy Lisa torowała sobie drogę w tłumie, mężczyźni odwracali się za nią z pełnymi aprobaty spojrzeniami. Była zwiewną rudowłosą postacią, ubraną w wygodne, luźne czerwone satynowe spodnie i czarną aksamitną kurteczkę. Pikowana czarna opaska okalała jej głowę. Był to całkowicie nie pasujący tutaj, wydawałoby się nieodpowiedni strój, który jakimś cudem na Lisie prezentował się świetnie. Tak myśleli inni mężczyźni, ale nie Parker.
– Cześć – powiedziała, podchodząc do niego akurat w chwili, kiedy napełniał kieliszek szampana z jednej z fontann.
Odwrócił się do niej i zmarszczył brwi z dezaprobatą, patrząc na jej ubranie. Lisa aż cofnęła się, widząc tę nie wypowiedzianą krytykę.
– O nie! – próbowała zgadywać, akcentując dramatycznie słowa z udanym zaniepokojeniem na widok jego przystojnej rozzłoszczonej twarzy. – Czy ceny wyjściowe znowu podskoczyły?
Poirytowany, odwrócił wzrok od jej dekoltu uwydatnionego przez kurteczkę i spojrzał w jej wyzywającą twarz.
– Dlaczego nie ubierasz się tak jak inne kobiety? – zapytał ostro.
– Nie wiem – Lisa zawiesiła głos, jakby zastanawiała się nad tym, po czym z rozbrajającym uśmiechem obwieściła: – To pewnie ten sam rodzaj perwersji, który sprawia, że ty czerpiesz radość z żerowania na wdowach i sierotach. Gdzie Meredith?
– Poszła się odświeżyć.
Wyładowawszy się w ten sposób, w dosyć nietypowej niegrzecznej formie, co pogłębiało się i dzieliło ich od lat, starali się obydwoje ze stoickim spokojem unikać patrzenia na siebie, koncentrując uwagę na otaczającym ich tłumie. Na prawo od nich wytworzyło się pełne przepychania zamieszanie i obydwoje spojrzeli w tamtą stronę. Obserwowali, jak nagle ekipa telewizyjna i dziennikarz, którzy do tej pory krążyli wokół gości lub stali z boku, zostali zelektryzowani do akcji i ruszyli w kierunku swojej zdobyczy. Zaczęły błyskać flesze. Lisa wychyliła się jeszcze bardziej w prawo i zobaczyła przez chwilę dziennikarzy oblegających ciemnowłosego mężczyznę, którego widziała z Alicją Avery. Kamery telewizyjne wycelowane były w jego twarz, kiedy eskortował towarzyszkę poprzez eksplozję fleszów i tłumy reporterów wymachujących w jego kierunku mikrofonami.
– Kto to jest? – zapytała, zerkając niepewnie na Parkera. – Nie widzę dobrze… – zaczął Parker, obserwując zamieszanie z niewielkim zainteresowaniem, ale kiedy tłum się rozstąpił, spiął się cały. – To Farrell.
To nazwisko w połączeniu z dobrze teraz widoczną twarzą Farrella wystarczyło, żeby Lisa uświadomiła sobie, że mężczyzna, z którym była Alicja, to nikt inny jak tylko niewierny, pozbawiony uczuć, były mąż Meredith. Patrzyła, jak zatrzymuje się, żeby odpowiedzieć na wykrzykiwane do niego przez dziennikarzy pytania, i ogarniało ją uczucie nienawiści. Alicja Avery w dalszym ciągu wisiała na jego ramieniu, uśmiechając się na użytek fotografów. Lisa stała i przypominała sobie, jak wielu Meredith wycierpiała przez tego człowieka. Miała ochotę pomaszerować do niego i w obliczu mizdrzących się reporterów wykrzyczeć mu w twarz, że jest sukinsynem. Byłaby to bardzo satysfakcjonująca akcja. Wiedziała jednak, że nie zyskałaby ona uznania Meredith. Ona nie lubiła ostentacji, a poza tym, nikt oprócz Parkera i Lisy nie wiedział, że Meredith kiedykolwiek coś łączyło z Farrellem. Meredith! Pomyślała o niej w tym samym momencie, kiedy myśl ta uderzyła i Parkera. Za jej przyczyną rozmył się spokojny, cywilizowany wyraz jego twarzy, jaki zachowywał, patrząc na Farrella.
– Czy Meredith wie, że on tu jest? – wyrzuciła z siebie dokładnie w tej samej chwili, kiedy Parker chwycił ją za ramię i rozkazał:
– Znajdź Meredith i ostrzeż ją, że Farrell jest tutaj. Kiedy Lisa przemykała się, torując sobie drogę w tłumie, nazwisko Matthew Farrella krążyło już tam niczym nieprzerwanie płynący, szeptany psalm. Farrell tymczasem uwolnił się już od przedstawicieli prasy z wyjątkiem Sally Mansfield, która stała za nim, podczas gdy rozmawiał ze Stantonem Avery tuż u podnóża głównych schodów. Lisa starała się nie stracić z oczu Farrella, aby móc ostrzec Meredith, gdzie on jest. Jednocześnie obserwowała balkon. Ruszyła naprzód i nagle zatrzymała się bezradnie, widząc, jak niespodziewanie, u szczytu schodów pojawiła się Meredith i zaczęła schodzić w dół.
Jako że nie była w stanie dotrzeć do Meredith przed jej zejściem ze schodów i przejściem tuż obok Farrella, stała bez ruchu, czerpiąc mało chwalebną satysfakcję z faktu, że Meredith nigdy nie wyglądała lepiej niż właśnie w tej chwili, kiedy to jej niewydarzony eksmąż miał ją zobaczyć po raz pierwszy od jedenastu lat! Meredith, zupełnie ignorując obowiązujące kanony mody, miała na sobie uszytą z połyskującej, białej satyny rozkloszowaną suknię bez ramion. Ściśle przylegający do ciała staniczek ozdabiały perełki, między którymi rozrzucone, były nieregularnie białe cekiny i srebrne kryształki. Na jej szyi połyskiwał wspaniały naszyjnik z rubinów i diamentów, który mógł być prezentem od Parkera, w co Lisa była skłonna wątpić, lub mógł też być wypożyczony z działu jubilerskiego „Bancrofta”, co jak sądziła, było bardziej prawdopodobne.