Выбрать главу

Meredith zatrzymała się w połowie schodów, żeby porozmawiać ze starszą parą, i Lisa wstrzymała oddech. Parker pojawił się za jej plecami i bezradnie wodził wzrokiem od Farrella da Sally Mansfield i do Meredith.

Matt słuchał tego, co mówił do niego Stanton, i rozglądał się za Alicją, która poszła poprawić makijaż. W tej chwili ktoś zawołał jego imię lub zakrzyknął coś, co brzmiało jak ono. Odwrócił głowę, szukając źródła tego głosu. Spojrzał wyżej, ku schodom… i zamarł, kieliszek szampana zastygł w połowie drogi do jego ust. Spoglądał na stojącą na schodach kobietę, która była jego dziewczyną i żoną, kiedy widział ją po raz ostatni. W tym momencie zrozumiał, dlaczego media uwielbiały porównywać ją do młodej Grace Kelly. Z jasnymi włosami, upiętymi elegancko tuż nad karkiem, otoczonymi białymi różyczkami, Meredith Bancroft stanowiła zapierające dech w piersiach, przepiękne wyobrażenie kobiecej klasy i anielskości. Jej figura, od czasu, kiedy ją widział po raz ostatni, nabrała krągłości. Delikatna twarz jaśniała fascynująco. Szok, jaki przeżył, minął tak szybko, jak się pojawił, i udało mu się napić szampana i skinąć potakująco Stantonowi, potwierdzając machinalnie to, co tamten mówił. Sam w dalszym ciągu studiował nietuzinkową piękność stojącą na schodach. Teraz jednak robił to już tylko ze spokojnym zainteresowaniem znawcy szacującego dzieło sztuki, o którym wiedział już, że ma wady i jest falsyfikatem.

Pomijając to, nawet on nie pozostawał zupełnie nieczuły na jej wdzięk, kiedy tak stała na schodach, słuchając z uwagą starszej pary. Przypomniał sobie, że ona zawsze bez trudu znajdowała wspólny język z ludźmi o wiele starszymi od siebie, tak jak w klubie tamtego wieczoru, kiedy wzięła go pod swoje skrzydła. Na to wspomnienie jego serce zmiękło jeszcze bardziej w stosunku do niej. Szukał w niej oznak charakterystycznych dla typowej kobiety interesu, ale jedyne, co znajdował, to ujmujący uśmiech, błyszczące, turkusowe oczy i zupełnie niespodziewana aura… szukał w myślach właściwego określenia i przychodziło mu na myśl tylko słowo nieskazitelność. To była aura nieskazitelności. Może odpowiedzialna była za to dziewicza biel jej sukienki lub fakt, że podczas gdy większość kobiet nosiła ponętne kreacje z dekoltami niemalże do pasa i rozcięciami aż do wysokości uda, ona odkryła jedynie ramiona i mimo wszystko wyglądała bardziej prowokująco niż one. Prowokująco, królewsko i nieprzystępnie.

Czuł, jak znikają w nim ostatnie pozostałości goryczy, jaką odczuwał w stosunku do niej. Była piękna, ale bardziej uderzająca była bijąca od niej łagodność, o której zapomniał. Tę łagodność mógł stłumić w niej jedynie niesamowity terror, który mógł ją popchnąć do poddania się aborcji. Była taka młoda, kiedy sytuacja zmusiła ją do poślubienia go, pomyślał. Nie znała go wtedy zupełnie. Na pewno bała się tego, że będzie musiała mieszkać w jakimś brudnym miasteczku, takim jak Edmunton, jako żona pijaka takiego jakim był jego ojciec, borykająca się z wychowaniem ich dziecka. Jej ojciec, Matt był lego cholernie pewien, dołożył wszelkich starań, żeby przekonać ją, że tak się na pewno stanie; on zrobiłby wszystko, żeby położyć kres jej kontaktom z takim „nikim” jak Matt, łącznie z przekonaniem jej, żeby usunęła ciążę i rozwiodła się. Matt uzmysłowił sobie to niedługo po ich rozwodzie. W przeciwieństwie do swojego ojca, Meredith nigdy nie była snobką, taką prawdziwą. Miała świetne maniery, była starannie wychowana, o tak, ale nigdy nie była tak niesamowitą snobką, żeby zrobić coś takiego Mattowi i ich dziecku. Strach, jej młodość i naciski ze strony dominującego ojca przyczyniły się do tego. Teraz to zrozumiał. Po jedenastu latach dopiero zobaczenie jej znowu uświadomiło mu, jaką osobą była i kim ciągle jest.

– Piękna, prawda? – powiedział Stanton, trącając Matta.

– Bardzo.

– Chodźmy, przedstawię cię jej i jej narzeczonemu. I tak muszę zamienić z nim kilka słów. A tak przy okazji, musisz poznać Parkera, on kontroluje jeden z największych banków w Chicago.

Matt zawahał się, ale skinął potakująco głową. Meredith i on byli skazani na spotykanie się ze sobą w czasie różnego rodzaju towarzyskich wydarzeń; wydawało się, że najlepiej będzie, jeśli przebrną przez pierwszą konfrontację już teraz. Przynajmniej tym razem, kiedy zostanie jej przedstawiony, nie będzie się czuł jak wyrzutek społeczny.

Meredith zeszła ze schodów, rozglądając się za Parkerem i zatrzymała się, słysząc tuż obok siebie bezceremonialny, jowialny głos Stantona Avery.

– Meredith – powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu – chciałbym ci kogoś przedstawić.

Już się uśmiechała i już zaczynała wyciągać dłoń, przenosząc wzrok z pogodnej twarzy Stantona, najpierw na opaloną szyję bardzo wysokiego mężczyzny, a potem na jego twarz. Twarz Matthew Farrella. W głowie jej zawirowało, żołądek podskoczył do gardła. Głos Avery'ego dobiegał do niej jak z tunelu, mówił:

– To mój przyjaciel, Matthew Farrell…

Meredith zobaczyła przed sobą mężczyznę, który pozwolił, żeby po stracie ich dziecka leżała osamotniona w szpitalnym łóżku, a potem przysłał telegram proponujący rozwód. Teraz uśmiechał się do niej tym samym niezapomnianym, intymnym, czarującym i jednocześnie zdradzieckim uśmiechem. Wyrwała rękę z zasięgu dłoni Matta, obrzuciła go lodowatym, pogardliwym spojrzeniem i zwróciła się do Stanleya Avery.

– Powinien pan być naprawdę bardziej wybredny w doborze przyjaciół, panie Avery – powiedziała z chłodną dumą. – Proszę wybaczyć – odwróciła się i odeszła, pozostawiając za sobą zafascynowaną Sally Mansfield, zaskoczonego Stantona Avery i wściekłego Matthew Farrella.

Dopiero o trzeciej nad ranem ostatni goście Meredith i Parkera opuścili jej mieszkanie. Zostali tylko oni obydwoje i jej ojciec.

– Powinieneś już spać o tej porze – powiedziała do niego Meredith, siadając ciężko na stylowym krześle. Nawet teraz, w wiele godzin po konfrontacji z Matthew Farrellem, w dalszym ciągu czuła się poruszona wspomnieniem tamtej chwili. Teraz była to jednak tylko złość na samą siebie.

Prześladowało ją to uczucie i to, co zobaczyła w oczach Matta, kiedy zostawiła go stojącego z wyciągniętą do niej ręką. Wyglądał jak głupiec, a w oczach miał dziką wściekłość.

– Wiesz doskonale, dlaczego jeszcze tu jestem – powiedział Philip, nalewając sobie kieliszek sherry. O spotkaniu Meredith z Farrellem dowiedział się dopiero godzinę temu od Parkera. Najwyraźniej chciał usłyszeć szczegóły.

– Nie pij tego. Lekarze ci zabronili.

– Do diabła z lekarzami. Chcę wiedzieć, co powiedział Farrell. Parker mówi, że zareagowałaś bardzo ostro.

– Nie miał szansy, żeby powiedzieć cokolwiek – odparła Meredith i powiedziała mu, co dokładnie zaszło.

Kiedy skończyła, zestresowana patrzyła w milczeniu, jak dopijał zakazane sherry. Był postarzałym, ale ciągle jeszcze robiącym wrażenie, srebrzystowłosym mężczyzną w szytym na miarę smokingu. Przez większość jej życia dominował nad nią i manipulował nią, aż w końcu znalazła w sobie odwagę i siłę, żeby przeciwstawić się jego żelaznej woli i wybuchowemu temperamentowi. Mimo wszystko kochała go i niepokoiła się o niego. Był jedyną rodziną, jaką miała, a jego twarz była naznaczona chorobą i zmęczeniem. W chwili, kiedy zostanie uzgodnione wszystko dotyczące jego urlopu, miał wypłynąć w długi rejs. Lekarze wymogli na nim obietnicę, że nie będzie sobie zaprzątał głowy problemami „Bancrofta”, sprawami międzynarodowymi czy czymkolwiek innym. Przez sześć tygodni trwania rejsu miał nie oglądać wiadomości telewizyjnych, nie czytać gazet i nie robić niczego, co nie byłoby absolutnie na luzie i nie przynosiłoby odpoczynku. Oderwała wzrok od twarzy ojca i spojrzała na Parkera.