– Widziałem te tereny. Byłem tam niedawno służbowo – wtrącił Matt.
– Rozumie pan więc, jaki to byłby interes, jeśli udałoby się nam kupić ten kawałek ziemi za dwadzieścia milionów, na jakie „Thorp” go zadłużył. Moglibyśmy zagospodarować go sami, lub zatrzymać go i sprzedać później z niezłym zyskiem. Przed pięcioma laty był wart czterdzieści milionów. Jeśli Houston będzie wychodziło z kryzysu, ta ziemia już wkrótce będzie tyle warta.
Matt robił notatki w dokumentach dotyczących „Thorpa” i czekał na przerwę w recytacji Petera, żeby mu wytłumaczyć, że woli, żeby Intercorp inwestował w budynki komercyjne, kiedy tamten dodał:
– Jeśli jest pan zainteresowany, to musimy działać szybko, ponieważ i „Thorp”, i Collin dają do zrozumienia, że w każdej chwili oczekują oferty na ten kawałek. Sądzę, że próbowali mnie zachęcić, zanim zaczęli wymieniać nazwiska. Najwyraźniej firma Bancroft i S – ka stąd, z Chicago, aż się pali, żeby zdobyć te ziemie. I nic dziwnego. W Houston nie ma drugiego takiego miejsca. Do diabła, możemy zagarnąć to za dwadzieścia milionów i za kilka miesięcy sprzedać „Bancroftowi” za dwadzieścia pięć albo trzydzieści milionów, co jest jej rzeczywistą ceną. – Peter urwał w tym momencie, ponieważ Matthew Farrell podniósł gwałtownie głowę i patrzył na niego z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.
– Co powiedziałeś? – zapytał ostro.
– Powiedziałem, że Bancroft i S – ka planuje zakup tej ziemi – powiedział Peter świadomy zimnego, kalkulującego i niebezpiecznego wyrazu oczu Farrella. Sądząc, że Farrell chce, żeby przedstawił mu więcej danych, dodał szybko: – „Bancroft” to firma w rodzaju Bloomingdale czy Neiman – Marcus; założona dawno temu, dystyngowana, z klientelą wywodzącą się głównie z wyższych sfer. Zaczęli ostatnio rozszerzać…
– Wiem co nieco o „Bancrofcie” – powiedział Matt przez zaciśnięte usta.
Przeniósł wzrok na teczkę z dokumentami dotyczącymi „Thorpa” i ze wzmożonym zainteresowaniem przeglądał dane szacunkowe terenów w Houston. Wynikało z nich, że ten zakup byłby świetnym interesem, umożliwiającym osiągnięcie w przyszłości potężnego zysku. Ale to nie o zysku myślał w tej chwili. Znowu z gniewem przypominał sobie zachowanie się Meredith poprzedniego wieczoru.
– Kup to – powiedział łagodnie.
– Nie chce pan usłyszeć o tym, co jeszcze posiadają?
– Nie jestem zainteresowany niczym więcej, poza kawałkiem ziemi, który chce kupić „Bancroft”. – Każ prawnikom przygotować ofertę, biorąc pod uwagę zgodność naszej własnej oceny wartości tej ziemi z oceną „Thorpa”. Jutro rano zabierz ją do Houston i sam osobiście przedstaw „Thorpowi”.
– Ofertę? – Peter niemalże się zająknął. – Na jaką sumę?
– Zaoferuj piętnaście milionów i daj im dwadzieścia cztery godziny na podpisanie kontraktu albo zrezygnujemy. Na pewno natychmiast skontrują to dwudziestoma pięcioma milionami. Zgódź się na dwadzieścia milionów i powiedz, że chcemy mieć świadectwo własności tej ziemi w ciągu trzech tygodni albo zrywamy umowę.
– Naprawdę nie sądzę…
– Mam też inny warunek. Jeśli zaakceptują naszą ofertę, mają utrzymać tę transakcję w absolutnej tajemnicy. Nikt nie musi wiedzieć, że kupujemy tę ziemię, dopóki transakcja nie zostanie sfinalizowana. Przekaż prawnikom, żeby uwzględnili to w kontrakcie łącznie ze wszystkimi innymi zwykłymi klauzulami.
Peter poczuł się nagle nieswojo. Dawniej, kiedy Farrell inwestował albo kupował firmy, które Peter mu polecał, nie polegał tylko i wyłącznie na jego opinii. Był daleki od tego. Sprawdzał wszystko osobiście. Był bardzo ostrożny. Tym razem jednak, gdyby coś poszło źle, winą obarczono by całkowicie jego.
– Panie Farrell, nie sądzę naprawdę, żeby…
– Peter – przerwał mu Matt z jedwabistą stanowczością. – Kup tę cholerną działkę.
Peter wstał i skinął potakująco głową, ale jego skrępowanie narastało.
– Zadzwoń do Arta Simpsona z naszego działu prawnego w Kalifornii, podaj mu nasze warunki i powiedz, że chcę mieć tutaj kontrakty. Przynieś mi je, kiedy nadejdą, i wtedy przedyskutujemy nasze następne posunięcie.
Po wyjściu Vanderwilda Matt odwrócił się i spojrzał przez okno. Najwyraźniej Meredith w dalszym ciągu zaliczała go do niższych form życia i pogardzała nim. Miała do tego prawo. Miała też prawo obwieścić to, co czuła, wszystkim czytelnikom chicagowskich gazet, co też zrobiła. Jednak korzystanie z tych praw będzie ją kosztowało około dziesięciu milionów dolarów. Tyle, ile będzie wynosiła dodatkowa kwota, jaką będzie musiała zapłacić Intercorpowi za ziemię, którą chciała kupić w Houston.
ROZDZIAŁ 20
Pan Farrell powiedział, że mam przynieść mu te kontrakty natychmiast, kiedy nadejdą, poinformował Peter pannę Stern późnym popołudniem następnego dnia, używając wyraźnie agresywnego tonu głosu.
– W takim razie – powiedziała, unosząc do góry cienkie, siwe brwi, sugerowałabym, żeby pan zrobił dokładnie to, o co pan Farrell prosił.
Peter obrócił się na pięcie, poirytowany, że przegrał kolejną potyczkę słowną z sekretarką, i zapukał w różane drzwi gabinetu Matta Farrella. Był pochłonięty desperacką chęcią wyperswadowania Mattowi pochopnego działania przy zakupie ziemi w Houston i nie zauważył Toma Andersona stojącego w przeciwległym krańcu dużego gabinetu. Tom wpatrywał się w zawieszony przed chwilą na ścianie obraz.
– Panie Farrell – zaczął Peter – muszę powiedzieć, że mam bardzo mieszane uczucia co do tej transakcji z „Thorpem”.
– Masz kontrakty?
– Mam je – niechętnie podał mu dokumenty. – Czy chociaż wysłucha pan tego, co mam do powiedzenia?
Farrell skinął w kierunku jednego z wiśniowych, pikowanych krzeseł, które stały półkolem przed jego biurkiem.
– Usiądź, ja przejrzę to i wtedy będziesz mógł powiedzieć, co ci leży na sercu.
Peter obserwował zdenerwowany, jak Matt, zachowując kamienną twarz, czyta wyczerpująco traktujące problem dokumenty, zobowiązujące Intercorp do wyłożenia gotówką milionów dolarów. Zastanawiał się, czy ten człowiek podlegał kiedykolwiek takim ludzkim słabościom jak zwątpienie, strach, żal, czy też jakimś innym silnym emocjom.
Peter w ciągu roku, odkąd zaczął pracować w Intercorpie, widział, jak Matt Farrell decydował, że chce coś zrealizować. Jeśli tak było, potrafił natychmiast rozwiązywać problemy, które nie pozwalały jego prawnikom ruszać spraw do przodu. Przezwyciężał też wszelkie przeciwności i doprowadzał w ciągu tygodnia lub dwóch do zamknięcia sprawy. Kiedy miał motywację, żeby osiągnąć jakiś cel, przedzierał się przez piętrzące się na jego drodze trudności jak siejące spustoszenie tornado: z nieubłaganą siłą i kompletnym brakiem emocji.
Pozostali mężczyźni, którzy współpracowali blisko z Farrellem w jego „ekipie reorganizacyjnej”, lepiej niż Peter potrafili ukrywać zdziwienie i niepewność w odniesieniu do swojego pracodawcy. Peter jednak wyczuwał, że podzielali jego odczucia. Przed dwoma dniami wszyscy pracowali razem do dziesiątej wieczorem; zaprosili go potem na późną kolację. Tom Anderson nie brał w niej udziału, w ostatniej chwili zdecydował, że jeszcze trochę popracuje. W czasie tej kolacji Peter zorientował się, że żaden z tych mężczyzn nie zna Farrella lepiej niż on sam. Wyglądało na to, że Farrell darzył zaufaniem i przyjaźnią jedynie Toma Andersona, chociaż nikt nie wiedział, w jaki sposób tamten sobie te uczucia zaskarbił.