Выбрать главу

Jego spekulacje urwały się nagle, kiedy Farrell zrobił dwie zmiany w treści kontraktów, zaparafował je, po czym złożył swój podpis na samym końcu dokumentów. Przesunął je potem w stronę Petera.

– Z tymi poprawkami kontrakty są w porządku. Co chciałeś mi powiedzieć o tej sprawie?

– Mam kilka uwag, panie Farrell – odpowiedział Peter, prostując się w krześle. Próbował pozbyć się swojego agresywnego nastawienia. – Po pierwsze, mam wrażenie, że pan finalizuje te transakcje dlatego, że sugerowałem możliwość zarobienia szybkich, dużych pieniędzy przez odsprzedanie tej ziemi firmie Bancroft i S – ka. Wczoraj sądziłem, że to była absolutnie pewna sprawa. Ostatnie półtora dnia spędziłem, zgłębiając operacje „Bancrofta”, przeglądając ich zestawienia finansowe. Wykonałem też kilka telefonów do przyjaciół z Wall Street. Ostatni z moich rozmówców osobiście zna Philipa i Meredith Bancroft…

– I? – zapytał Farrell, nie okazując większego zainteresowania.

– I teraz wcale nie jestem taki przekonany, że oni będą mieli możliwości finansowe, żeby kupić te ziemie. Po tym, czego się dowiedziałem, myślę, że są o krok od wpadnięcia w poważne kłopoty.

– Jakiego rodzaju kłopoty?

– Wytłumaczenie tego zajęłoby raczej dużo czasu, a są to tylko moje przypuszczenia, bazujące na faktach i mojej intuicji.

Farrell, zamiast zbesztać go za nieprzechodzenie bezpośrednio do sedna sprawy, czego Peter właściwie oczekiwał, powiedział:

– Kontynuuj.

To jedno słowo zachęty usunęło nerwową niepewność Petera. Stał się znowu w pełni sprawnym geniuszem inwestycyjnym, o którym rozpisywały się fachowe pisma już wtedy, kiedy był jeszcze w Harvardzie.

– W porządku – powiedział. – Przedstawia się to następująco: jeszcze kilka lat temu „Bancroft” miał kilka sklepów w rejonie Chicago i firma była właściwie w zupełnej stagnacji. Mieli antyczne techniki marketingowe, dyrekcja za bardzo wierzyła w „prestiż” nazwiska właścicieli. W tej sytuacji byli na dobrej drodze do wyginięcia, niczym dinozaury. Philip Bancroft, który ciągle jeszcze jest prezydentem firmy, prowadzi ją w taki sam sposób jak jego ojciec, jak głowa rodzinnego klanu, który nie musi naginać swojej działalności do trendów ekonomicznych. Wtedy to pojawiła się jego córka Meredith. Zamiast iść do jakiejś szkoły dla panienek z dobrych domów i zająć się błyszczeniem w kronikach towarzyskich, zdecydowała, że chce zająć prawnie jej się należące miejsce w firmie. Rozpoczęła studia, zdobyła tytuł magisterski na wydziale handlu. Ukończyła ten wydział z wyróżnieniem, co absolutnie nie wywołało entuzjazmu jej ojca. Próbował ją zniechęcić do pracy w „Bancrofcie”, każąc jej zaczynać od stanowiska urzędniczki w dziale bieliźnianym.

Przerywając na chwilę, Peter wyjaśnił:

– Naświetlam tak dokładnie całą sytuację, żeby wyrobił pan sobie zdanie o tym, kto naprawdę prowadzi tę firmę.

– Mów dalej – powiedział Farrell, ale wyglądał na znudzonego. Zaczął czytać leżące na biurku sprawozdanie.

– W czasie następnych kilku lat – uparcie ciągnął Peter – panna Bancroft przechodziła wszystkie szczeble pracy w firmie, zdobywając po drodze świetne informacje na temat wszystkiego, co ma związek z handlem. Kiedy awansowała do działu towarowego, rozpoczęła batalię, żeby „Bancroft” zaczął sprzedawać towary opatrzone ich własnym znakiem firmowym. Było to doskonałe posunięcie i powinni byli to zrobić dużo wcześniej. Kiedy ten pomysł zaczął przynosić duże zyski, papa przeniósł ją do przynoszącego straty działu meblowego. I tam nie poniosła porażki. Wymyśliła specjalny dział „zabytkowych mebli muzealnych”, który został opisany we wszystkich gazetach i sprowadził do sklepu klientów podziwiających wypożyczone z muzeów antyki. Kiedy ludzie zwiedzali ten dział, trafiali też naturalnie do zwykłego działu meblowego i nagle zaczęli kupować meble nie w sklepach na przedmieściach, ale właśnie w „Bancrofcie”.

Wtedy z kolei papa uczynił ją dyrektorem działu public relations. Była to nic nie znacząca funkcja. Wymagała ona jedynie od czasu do czasu jej aprobaty dla jakiejś dotacji na cele charytatywne, czy też nadzorowania dorocznego pokazu bożonarodzeniowego. Panna Bancroft szybko pomyślała o innych corocznych imprezach, które sprowadziły klientelę do sklepu. Nie ograniczyła się jednak tylko do zwykle organizowanych pokazów mody. Zaprzęgła też do działania rodzinne kontakty towarzyskie w orkiestrze symfonicznej, operze, muzeum sztuki itp. Na przykład, spowodowała, że Chicagowskie Muzeum Sztuki przeniosło do sklepu jedną ze swoich ekspozycji, nakłoniła też zespół baletowy, żeby w czasie świąt Bożego Narodzenia wystawił w audytorium sklepu „Dziadka do orzechów”. Naturalnie, wszystko to spowodowało wielkie zainteresowanie mediów, co z kolei umocniło pozycję firmy w świadomości mieszkańców miasta i pogłębiło jeszcze elitarny charakter „Bancrofta”. Sklep odnotował rekordowe ilości klientów, a ojciec przeniósł ją do działu kolekcji mody, gdzie znowu przeszła samą siebie. Swój sukces w tym dziale zawdzięczała zarówno swojemu wyglądowi, jak i szczególnym talentom w dziedzinie mody. Widziałem jej zdjęcia w gazetach. Ona ma nie tylko wielką klasę, ona jest zachwycająca. Niektórzy europejscy kreatorzy mody byli najwyraźniej tego samego zdania, kiedy próbowała namówić ich do powierzenia „Bancroftowi” prezentowania ich kolekcji. Jeden z nich, którego kolekcje mógł do tej pory prezentować tylko „Bergdorf Goodman”, przystał na jej propozycje. Zgodził się, żeby to „Bancroft” miał wyłączność na reprezentowanie jego firmy, pod warunkiem że panna Bancroft sama będzie się pokazywać w jego kreacjach. Następnie zaprojektował dla niej całą kolekcję. Oczywiście była fotografowana w tych sukniach przy okazji wielu wydarzeń towarzyskich. Zrobiła furorę wśród przedstawicieli mediów i publiczności, kiedy zobaczyli ją w tych kreacjach. Kobiety nieprzerwaną falą zaczęły napływać do działu kolekcji „Bancrofta”. Zyski tego europejskiego kreatora podskoczyły, podskoczyły też zyski „Bancrofta”, a kilku innych projektantów, chcąc podłączyć się pod ich sukces, przeniosło swoje kolekcje z innych sklepów do „Bancrofta”.

Farrell posłał mu znad czytanego sprawozdania niecierpliwe spojrzenie.

– Dlaczego to wszystko opowiadasz?

– Już właśnie dochodzę do sedna sprawy. Panna Bancroft jest, tak jak jej przodkowie, kupcem, ale jest specjalnie utalentowana w dziedzinie ekspansji planowania perspektywicznego. To jest to, do czego dąży teraz. Jakimś cudem zdołała przekonać ojca i cały niezbyt postępowy zarząd „Bancrofta” do rozpoczęcia programu ekspansji firmy do innych miast i otwarcia tam sklepów. Żeby sfinalizować ten plan, musieli zgromadzić setki milionów dolarów. Zabrali się do tego w klasyczny sposób. Pożyczyli ze swojego banku, ile tylko mogli, po czym wprowadzili firmę na giełdę. Sprzedawali udziały na Nowojorskiej Giełdzie.

– To niczego nie zmienia!

– Nie zmieniałoby to niczego, gdybyśmy nie brali pod uwagę dwóch spraw: rozwijają się tak szybko, że są w długach po same uszy, a większość swoich zysków zużywają, żeby otwierać kolejne sklepy. W rezultacie nie mają wystarczającej ilości wolnej gotówki, żeby wytrzymać jakieś znaczne przedsięwzięcia ekonomiczne. Szczerze mówiąc, nie wiem, w jaki sposób mają zamiar zapłacić za ziemię w Houston i czy będą mogli to w ogóle zrobić. Po drugie, nastąpiła ostatnio seria agresywnych wchłonięć jednych domów towarowych przez inne. Jeśli ktoś chciałby przejąć „Bancrofta”, nie zdołaliby podjąć walki i wygrać jej. Są najlepszym obiektem dla kogoś, kto chciałby ich przejąć. Myślę też – stwierdził Peter, zniżając głos dla podkreślenia wagi tego, co miał zamiar powiedzieć – że ktoś inny to już zauważył.