Выбрать главу

– I była ona błędna.

– Kiedy to ty będziesz kierowała tą firmą, będziesz mogła podejmować decyzje…

Serce zabiło jej żywiej.

– A czy tak się stanie?

– Na razie to ja je podejmuję – powiedział, robiąc unik. – Na dzisiaj mam już dosyć, jadę do domu. Nie czuję się dobrze. Prawdę mówiąc, przełożyłbym to dzisiejsze posiedzenie, gdybyś się tak nie upierała, że musisz już finalizować ten zakup.

Meredith westchnęła, niepewna, czy naprawdę źle się czuł, czy używał tego argumentu jako wybiegu, by uniknąć dyskusji.

– Uważaj na siebie. Spotkamy się na kolacji w czwartek wieczorem.

Po odłożeniu słuchawki pozwoliła sobie na chwilę żalu, że całe centrum nie będzie budowane od razu. Potem zrobiła to, co nauczyła się robić dawno temu, po klęsce swojego małżeństwa. Stawiła czoło rzeczywistości i znalazła w niej coś optymistycznego, dla czego warto pracować. Uśmiechnęła się do Sama Greena i nadała swojemu głosowi ton zadowolenia i triumfu:

– Mamy zgodę na wdrożenie projektu houstońskiego.

– Całego centrum czy tylko sklepu?

– Tylko sklepu.

– Uważam, że to błąd.

Było jasne, że tyle usłyszał z tego, co mówiła do ojca. Nie skomentowała jego uwagi. Przyjęła zasadę, że swoje komentarze i myśli na temat postępowania ojca zachowuje, jeśli to tylko możliwe, dla siebie.

– Jak szybko możesz przygotować kontrakt i dostarczyć go do „Thorpa”? – zapytała.

– Mogę je mieć gotowe do jutrzejszego wieczoru. Jeśli jednak chcesz, żebym negocjował tę transakcję osobiście, to nie byłbym w stanie pojechać do Houston wcześniej niż za dwa tygodnie. Ciągle przygotowujemy ten proces przeciwko Wilson Toys.

– Wolałabym, żebyś to ty się tym zajął – powiedziała, zdając sobie sprawę z tego, że on wynegocjowałby lepsze warunki niż ktokolwiek inny. Jednocześnie pomyślała, że korzystniej by było, gdyby pojechał tam wcześniej. – Myślę, że dwa tygodnie to może poczekać. Może będziemy już mieli do tego czasu pisemne zobowiązanie od Reynolds Mercantile i nie będziemy potrzebowali kontraktowego uwarunkowania finansowania.

– Ta ziemia jest wystawiona na sprzedaż od lat – powiedział, uśmiechając się. – Będzie osiągalna i za dwa tygodnie. Poza tym, im dłużej poczekamy, tym pewniejsze będzie, że przyjmą naszą ofertę. – Widząc, że Meredith w dalszym ciągu wygląda na zaniepokojoną, dodał: – Spróbuję przyśpieszyć prace moich ludzi nad procesem Wilsona. Wyjadę do Houston, kiedy tylko to zakończę.

Było po szóstej, kiedy Meredith spojrzała znad czytanych właśnie kontraktów i zobaczyła Phyllis wchodzącą do jej gabinetu już w płaszczu i z wieczorną gazetą w ręku.

– Przykro mi z powodu Houston – powiedziała Phyllis. – To znaczy, przykro mi, że nie zatwierdzili budowy całego centrum.

Meredith odchyliła się w fotelu i zmęczona uśmiechnęła się.

– Dziękuję.

– Za to, że jest mi przykro?

– Nie – sięgnęła po gazetę – za to, że cię to obchodzi. Ogólnie rzecz biorąc, powiedziałabym, że był to całkiem udany dzień.

Phyllis ruchem głowy wskazała gazetę, którą podała Meredith już otwartą na drugiej stronie.

– Mam nadzieję, że nie zmienisz zdania po tym. Zaintrygowana, otworzyła gazetę. Spoglądało z niej zdjęcie Matta Farrella. U jego boku była jakaś wschodząca gwiazdka filmowa, która najwyraźniej przyleciała do Chicago jego prywatnym samolotem, żeby towarzyszyć mu na wczorajszym przyjęciu u przyjaciół. Fragmenty artykułu o świeżo przybyłym do miasta magnacie i najbardziej rozrywanym w mieście kawalerze zrobiły na niej wrażenie, ale kiedy spojrzała znad gazety na Phyllis, jej twarz nie zdradzała niczego.

– Czy to miało mnie zaniepokoić?

– Przejrzyj dział handlowy, zanim zdecydujesz – poradziła jej Phyllis.

Przez chwilę miała ochotę, żeby zwrócić uwagę Phyllis, że posuwa się za daleko, ale szybko zarzuciła tę myśl. Phyllis była jej pierwszą sekretarką, a ona sama była jej pierwszą szefową. W czasie sześciu ostatnich lat przepracowały razem setki nocy i wiele weekendów. Przy biurku Meredith przegryzały kanapki, pracując bez wytchnienia, żeby skończyć projekty w wyznaczonych terminach. Były zgranym duetem, lubiły się i szanowały nawzajem.

Na pierwszej stronie działu handlowego było kolejne zdjęcie Matta i błyskotliwy artykuł o jego przewodnictwie w Intercorpie, powodach przeprowadzki do Chicago, imponującej fabryce, jaką miał zamiar wybudować w Southville. Była też wzmianka o wspaniałym apartamencie, który kupił w Berkeley Towers. Obok jego zdjęcia trochę poniżej było zdjęcie Meredith, któremu towarzyszył artykuł przytaczający jej wypowiedzi na temat przynoszącej sukcesy ekspansji „Bancrofta” na ogólnokrajowy rynek handlowy.

– Reklamują go niesamowicie – zauważyła Phyllis, przysiadając na brzegu biurka Meredith, patrząc, jak czyta artykuł. – Jest tu mniej niż dwa tygodnie, a gazety są pełne opowieści o nim.

– Gazety są też pełne opowieści o rabusiach i gwałcicielach – wytknęła Meredith, zdegustowana gloryfikacją jego zdolności kierowniczych i wściekła na siebie za to, że z jakiegoś powodu widok jego zdjęcia sprawiał, że drżały jej dłonie. Taka reakcja była na pewno efektem świadomości, że on był teraz w Chicago zamiast tysiące mil stąd.

– W rzeczywistości jest tak samo przystojny jak na zdjęciach?

– Przystojny? – powiedziała chłodnym, wystudiowanym głosem. Podeszła do szafy, żeby wziąć płaszcz. – Nie dla mnie.

– To drań, tak? – zapytała Phyllis, nie mogąc ukryć uśmiechu.

W odpowiedzi Meredith uśmiechnęła się i podeszła, żeby zamknąć swoje biurko.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Czytałam rubrykę Sally Mansfield – odpowiedziała Phyllis. – Kiedy przeczytałam, że wobec wszystkich „zmieszałaś go z błotem”, zrozumiałam, że on musi być draniem pierwszej wody. Widziałam przecież, jak sobie radzisz z mężczyznami, których nie znosisz, i zawsze udawało ci się uśmiechać i być dla nich uprzejma.

– Prawdę mówiąc, Sally Mansfield źle zrozumiała całą tę sytuację. Ledwo znam tego człowieka. – Z ulgą zmieniając temat, powiedziała: – Jeśli twój samochód w dalszym ciągu jest w warsztacie, mogę cię podwieźć.

– Dziękuję, jadę do siostry na kolację, a ona mieszka w przeciwnym kierunku.

– Podwiozłabym cię do niej, ale jest późno, a to środa…

– A twój narzeczony zawsze we środy jada u ciebie kolacje. Zgadza się?

– Zgadza się.

– Masz szczęście, że lubisz rutynę. Ja oszalałabym chyba, gdybym wiedziała, że mężczyzna mojego życia zawsze robi coś konkretnego w konkretne dni, dzień za dniem, rok za rokiem… dekada za…

Meredith wybuchnęła śmiechem.

– Przestań. Wpędzasz mnie w depresję. Lubię rutynę, porządek i to, że mogę na kimś polegać.

– Ja lubię spontaniczność.

– To dlatego faceci, z którymi się umawiasz, rzadko pojawiają się ustalonego dnia, że o godzinie nie wspomnę – droczyła się Meredith.

– Racja.

ROZDZIAŁ 22

Meredith wolałaby zupełnie zapomnieć o Matthew Farrellu, ale Parker pojawił się w jej mieszkaniu z gazetą w dłoni, Pocałował ją i zapytał:

– Widziałaś artykuł o Farrellu?

– Widziałam. Napiłbyś się czegoś?

– Tak, poproszę.

– Na co masz ochotę? – zapytała podchodząc do dziewiętnastowiecznego sekretarzyka, który zamieniła w barek. Otworzyła jego drzwiczki.

– To, co zwykle.

Jej ręka zastygła w drodze po szklankę. Przypomniała sobie uwagę Lisy, spotęgowaną jeszcze dzisiejszym komentarzem Phyllis. „Potrzebujesz kogoś, kto sprawiłby, że zrobiłabyś coś naprawdę szalonego, jak na przykład głosowanie na Demokratów… Oszalałabym, gdybym wiedziała, że mężczyzna mojego życia zawsze będzie robił konkretne rzeczy konkretnego dnia…”