Выбрать главу

Meredith, biorąc się w karby, przypomniała sobie, że jej celem miało być ułagodzenie, a nie antagonizowanie go. Opanowała temperament i powiedziała szczerze:

– Prawdę mówiąc, dzwonię dlatego, że chciałabym zakopać topór wojenny.

– W jakiej części mojego ciała?

Było to na tyle niedalekie prawdy, że wyrwało z jej ust bezsilny śmiech. Matt słysząc go przypomniał sobie, jak bardzo był kiedyś oczarowany tym jej zaraźliwym śmiechem i poczuciem humoru. Zacisnął szczęki, a ton jego głosu stał się ostrzejszy.

– Czego chcesz, Meredith?

– Chcę, to znaczy, muszę porozmawiać z tobą… osobiście.

– W ubiegłym tygodniu pokazałaś mi swoje plecy wobec pięciuset osób – przypomniał jej lodowatym tonem. – Skąd ta nagła zmiana?

– Coś się wydarzyło i musimy przedyskutować to w sposób dojrzały i na spokojnie – powiedziała, desperacko próbując uniknąć precyzowania sprawy do chwili, kiedy będzie rozmawiać z nim oko w oko. – To dotyczy, jak by to powiedzieć, nas…

– Nie istnieje coś takiego jak „my” – powiedział niewzruszenie – a po tym, co wydarzyło się w operze, wydaje się oczywiste, że spokój i dojrzałość to coś, na co ty nie możesz się zdobyć.

Meredith była o krok od zrewanżowania mu się pełną gniewu tyradą, ale powstrzymała się. Nie chciała staczać z nim bitwy. Chciała pokojowych negocjacji. Była kobietą interesu i nauczyła się już, jak sobie radzić z upartymi mężczyznami. Widziała, że Matt założył sobie, że będzie trudnym rozmówcą; w takim razie musiała wprowadzić go w bardziej rzeczowy nastrój. Spieranie się z nim nie doprowadziłoby jej do celu.

– Kiedy zachowałam się tak w stosunku do ciebie, nie miałam pojęcia, że Sally Mansfield była w pobliżu – wyjaśniła taktownie. – Przeproszę za to, co powiedziałam, i zadbam o to, żeby ona przede wszystkim to usłyszała.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział zgryźliwie. – Najwyraźniej sztuka dyplomacji nie jest ci obca.

Meredith wykrzywiła się do słuchawki, ale głos miała w dalszym ciągu łagodny.

– Matt, wyciągam rękę do zgody. Nie mógłbyś współpracować ze mną? Chociaż trochę?

Dźwięk jej głosu wymawiającego jego imię poruszył go. Wahał się pięć sekund, a potem powiedział agresywnie.

– Za godzinę wylatuję do Nowego Jorku. Wracam dopiero w poniedziałek, późnym wieczorem.

Uśmiechnęła się triumfalnie.

– Czwartek to Święto Dziękczynienia. Moglibyśmy spotkać się wcześniej, powiedzmy we wtorek? Czy może jesteś wyjątkowo zajęty tego dnia?

Matt zerknął na kalendarz leżący na jego biurku. Cały świąteczny tydzień zapełniały spotkania i zebrania. Był wyjątkowo zajęty.

– We wtorek znajdę czas. Może przyszłabyś do mojego biura o jedenastej czterdzieści pięć?

– Świetnie – zgodziła się natychmiast, czując raczej ulgę niż rozczarowanie pięciodniowym odroczeniem.

– A tak przy okazji, czy twój ojciec wie, że mamy się spotkać?

Lodowaty ton jego głosu potwierdzał, że nie lubił jej ojca tak samo jak kiedyś.

– Wie o tym.

– W takim razie, jestem zaskoczony, że nie trzyma cię pod kluczem i w kajdankach, żeby temu zapobiec. Wyraźnie złagodniał.

– Nie złagodniał, ale przybyło mu lat i był bardzo chory. – Próbując zmniejszyć nieuniknioną animozję, jaką Mart odczuje w stosunku do jej ojca, kiedy się dowie, że to on wynajął „lewego” prawnika i że z tego powodu są ciągle małżeństwem, dodała: – Może umrzeć w każdej chwili.

– Jeśli to się stanie – skontrował sarkastycznie Matt – wierzę, że Bóg sprawi, że ktoś będzie miał tyle zdrowego rozsądku, żeby przebić jego serce drewnianym kołkiem.

Meredith, słysząc to, zdusiła w sobie wybuch pełnego zgrozy chichotu i grzecznie pożegnała się. Kiedy odłożyła słuchawkę, uśmiech zniknął z jej twarzy. Usiadła wygodniej. Matt robił z jej ojca wampira, a w jej życiu były momenty, kiedy czuła się tak, jakby ojciec istotnie wysysał z niej soki życiowe. Pewne było, że pozbawił ją wielu radości, jakie niesie ze sobą młodość.

ROZDZIAŁ 26

We wtorek, kiedy stała przed lustrem w łazience przylegającej do jej gabinetu, udało jej się wyrobić w sobie przeświadczenie, że absolutnie podoła zadaniu przeprowadzenia z Mattem uprzejmego, pozbawionego osobistych emocji spotkania i równie łatwo przekona go, żeby zgodził się na prosty, szybki rozwód.

Poprawiła pomadkę na ustach, przeczesała długie do ramion włosy, nadając im wygląd artystycznego nieładu. Potem zrobiła krok do tyłu, żeby ocenić efekt końcowy. Miała na sobie miękko układającą się, czarną dżersejową sukienkę z długimi rękawami, zabudowaną wysoko pod szyję, luźną od pasa w dół. Jej szyję ciasno obejmował szeroki, błyszczący złoty naszyjnik, ładnie kontrastujący z czernią sukni. Na przegubie miała pasującą do niego bransoletkę. Duma i zdrowy rozsądek wymagały, aby wyglądała jak najlepiej; Matt spotykał się z gwiazdami filmowymi i seksownymi, zachwycającymi modelkami. Wiedziała, że lepiej sobie z nim poradzi, jeśli będzie czuła się pewnie. Usatysfakcjonowana, wrzuciła kosmetyki do torebki, wzięła płaszcz i rękawiczki. Zdecydowała, że pojedzie do jego biura taksówką, żeby nie musiała przedzierać się przez korki i szukać w deszczu miejsca do parkowania.

Już z taksówki obserwowała przechodniów na Michigan Avenue. W rękach trzymali parasole albo chronili głowy rozłożonymi gazetami. Deszcz, niczym drobne młoteczki, uderzał o dach taksówki. Zagłębiła się w miękkie fałdy futra, które dostała od ojca na dwudzieste piąte urodziny. Przez pięć dni i nocy planowała swoją strategię, powtarzała, co powie i w jaki sposób to zrobi. Spokojnie, taktownie, rzeczowo, oto jak się zachowa. Nie zniży się do krytykowania go za dawne zachowanie. Po pierwsze: dla niego nie istniało poczucie dobra i zła, poza tym, zdecydowanie nie chciała dać mu satysfakcji uzmysłowienia sobie, jak bardzo zabolała ją jego zdrada. Żadnych oskarżeń, przypomniała sobie. Spokój, rzeczowość i takt. Miała nadzieję, że zachowując się w ten sposób, narzuci ton spotkaniu i skłoni go do pójścia w jej ślady. I nie wyrzuci z siebie ot tak po prostu informacji o ich problemie. Dojdzie do tego stopniowo, łagodnie.

Jej dłonie zaczynały drżeć. Włożyła je głębiej do kieszeni futra, zacisnęła w nerwowym napięciu. Rzeka deszczu spływała po przedniej szybie taksówki, rozmywając światła sygnałów na przejściach dla pieszych w kolorowe błyski zieleni, żółci i czerwieni. Te błyski przypominały jej fajerwerki eksplodujące tamtego wieczoru, czwartego lipca. Wieczoru, który zmienił całe jej życie.

Ze wspomnień wyrwał ją głos taksówkarza.

– Jesteśmy na miejscu, panienko.

Meredith wyciągnęła pieniądze z torebki, zapłaciła i przebiegła przez ulewę do wysokiego budynku ze szkła i stali, który mieścił najnowszą handlową zdobycz Matta.

Kiedy wysiadła z windy na sześćdziesiątym piętrze, znalazła się w obszernej, wyłożonej srebrnymi dywanami recepcji. Podeszła do recepcjonistki, atrakcyjnej brunetki, która spoza okrągłego biurka obserwowała ze źle ukrywaną fascynacją zbliżającą się ku niej Meredith.

– Pan Farrell oczekuje pani, panno Bancroft – powiedziała, najwyraźniej rozpoznając Meredith ze zdjęć. – Ma w tej chwili spotkanie, ale ono skończy się za kilka minut. Proszę usiąść.

Była poirytowana, że Matt zamierzał kazać jej czekać, jak poddanej, próbującej uzyskać audiencję u króla. Spojrzała znacząco na zegar wiszący na ścianie. Była o dziesięć minut za wcześnie.

Złość opuściła ją tak szybko, jak się pojawiła. Usiadła na krześle z chromu i skóry. Wzięła do ręki magazyn i otworzyła go. W tej chwili z narożnego gabinetu wyszedł mężczyzna. Nie zamknął za sobą drzwi. Zerkając sponad pisma, odkryła, że uchylone drzwi odsłoniły jej niczym nie zmącony widok człowieka, który był jej mężem. Obserwowała go niechętnie, ale i z fascynacją.