Matt siedział za biurkiem. Rozmyślał nad czymś, tak że jego ciemne brwi zbiegły się w pionowej zmarszczce. Oparł się wygodnie w fotelu i słuchał mówiącego do niego mężczyzny. Pomimo swobodnej pozycji z jego twarzy emanował autorytet i pewność siebie. Nawet w koszuli z krótkimi rękawami nie tracił otaczającej go aury dynamicznej siły. Zaskoczyło to ją i dziwnie zaniepokoiło. Tamtej nocy w operze była zbyt zdenerwowana, żeby spojrzeć na niego, nie mówiąc o dokładnym przypatrzeniu mu się. Teraz jednak, kiedy miała czas i okazję po temu, zauważyła, że rysy jego twarzy nie zmieniły się niemal zupełnie w stosunku do tego, co zapamiętała sprzed jedenastu lat. Mimo wszystko jednak było w nich coś innego. Miał trzydzieści siedem lat i stracił już zuchwałość młodości. Jego twarz zyskała w zamian twardą siłę, która sprawiała, że wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjny i bardziej bezkompromisowy. Miał ciemniejsze włosy, niż pamiętała. Oczy były jaśniejsze, ale jego piękne usta wyrażały tę samą, wyzywającą zmysłowość. Jeden z mężczyzn powiedział coś zabawnego i błysk wspaniałego uśmiechu Matta spowodował skurcz jej serca. Zignorowała tę niewytłumaczalną reakcję i skoncentrowała się na toczącej się w jego gabinecie dyskusji. Wyglądało na to, że Matt zamierzał połączyć dwa działy Intercorpu w jeden i celem prowadzonych rozmów było przedyskutowanie najmniej drastycznego sposobu przeprowadzenia tego manewru. Z narastającym, profesjonalnym zainteresowaniem zauważyła, że metody prowadzenia spotkania ze swoimi dyrektorami, jakie stosował Matt, były zupełnie inne niż metody jej ojca. Ojciec zwoływał zebrania po to, żeby wydawać rozkazy. Był oburzony, jeśli ktoś ośmielał mu się przeciwstawiać. Matt z kolei najwyraźniej preferował żywy dialog, swobodne wyrażanie kontrowersyjnych opinii i wywołujących konflikty sugestii. Słuchał uważnie, oceniając wartość każdego pomysłu i każdego sprzeciwu. Matt nie terroryzował swoich pracowników i nie zmuszał nikogo do upokarzającego wycofywania się, jak to robił jej ojciec. Wykorzystywał ich talenty i korzystał ze szczególnych uzdolnień każdego z nich. Ta metoda wydawała się Meredith o wiele bardziej sensowna i produktywna.
Teraz już otwarcie podsłuchiwała, a drobniutkie ziarenko podziwu zakorzeniało się w niej i zaczynało rosnąć. Uniosła rękę, żeby odłożyć pismo, i ten ruch zwrócił uwagę Matta. Nagle odwrócił głowę i spojrzał wprost na nią.
Zamarła, trzymając pismo w dalszym ciągu w dłoni. Jego przenikliwe, szare oczy wpatrywały się w nią. Nagle oderwał od niej wzrok i spojrzał na mężczyzn siedzących wokół biurka.
– Jest później, niż myślałem – powiedział. – Będziemy kontynuować dyskusję po lunchu.
Mężczyźni zaczęli natychmiast wychodzić, a Meredith poczuła suchość w gardle na widok Matta idącego do niej zdecydowanym krokiem. Spokojnie, taktownie, rzeczowo, przypomniała sobie nerwowo. Zmusiła się, żeby podnieść wzrok wyżej, ponad pięknie skrojone szare spodnie, które opinały jego długie, umięśnione nogi i biodra. Spojrzała w jego oczy. Bez oskarżeń… łagodnie wprowadź go w problem, nie wygadaj się.
Matt patrzył, jak wstawała, i kiedy się odezwał, jego głos był tak całkowicie obojętny, jak jego uczucia w stosunku do niej.
– Nie widzieliśmy się tak dawno – powiedział, celowo pomijając ich krótkie, mało przyjemne spotkanie w operze. Przeprosiła go za nie w rozmowie telefonicznej, potwierdziła chęć zawarcia pokoju przez pojawianie się tu, a on był skłonny wyjść jej naprzeciw. Przecież wyleczył się z niej już wiele lat temu; pielęgnowanie urazy do czegoś czy kogoś, kto teraz nie znaczy dla niego już kompletnie nic, było niemądre.
Podbudowana wyraźnym brakiem animozji z jego strony, wyciągnęła obciągniętą czarną rękawiczką dłoń. Starała się nie dopuścić, aby w jej głosie było słychać zdenerwowanie.
– Witaj, Matt – udało jej się powiedzieć z opanowaniem. Uścisk jego ręki był zdecydowany, profesjonalny.
– Wejdź na chwilę do mojego gabinetu, muszę zadzwonić, zanim wyjdziemy.
– Wyjdziemy? – zapytała, wchodząc razem z nim do obszernego, wyłożonego srebrnym dywanem biura z panoramicznym widokiem Chicago. – Co przez to rozumiesz?
Matt podniósł słuchawkę telefonu.
– Nadeszło kilka płócien do tego biura i za kilka minut będą je tu wieszać. Myślałem poza tym, że rozmowa przy lunchu będzie przyjemniejsza.
– Przy lunchu? – powtórzyła, myśląc w popłochu o sposobie uniknięcia tego.
– Nie mów, że już jadłaś, bo nie uwierzę – powiedział, wystukując numer na klawiaturze telefonu. – Zwykle uważałaś jedzenie lunchu przed drugą po południu za niecywilizowany zwyczaj.
Pamiętała, że mówiła coś takiego w czasie dni spędzonych na farmie. Pomyślała, że jako osiemnastolatka była małą, zadufaną w sobie idiotką. Teraz jadała lunch przy biurku, kiedy i o ile w ogóle miała czas, żeby cokolwiek zjeść. Uświadomiła sobie, że tak naprawdę lunch w restauracji nie był złym pomysłem. Jeśli usłyszy jej nowiny w miejscu publicznym, nie będzie mógł rzucać obelg, krzyczeć i urządzić sceny. W czasie, kiedy on czekał na podejście do telefonu osoby, do której dzwonił, Meredith zaczęła oglądać jego kolekcję sztuki nowoczesnej. W najdalszym krańcu pokoju zauważyła i zidentyfikowała jedną rzecz, która jej się podobała: duże dzieło Caldera. Tuż obok niego wisiał obraz przedstawiający żółte, niebieskie i ciemnoczerwone plamy. Odsunęła się, próbując zobaczyć, co komukolwiek miałoby się podobać w czymś takim. Jej zdaniem, ten obraz przedstawiał rybie oczy pływające w galaretce z grapefruita. Zajęła się kolejnym obrazem. Wydawało się, że przedstawia nowojorską aleję. Przechyliła głowę na bok, intensywnie wpatrując się w dzieło. Nie, to nie aleja. To monastyr albo być może stojące do góry nogami góry z wioską i strumykiem płynącym ukośnie przez całe płótno i kosze na śmieci…
Matt czekał na swoje poleczenie, stojąc za biurkiem. Obserwował ją. Patrzył na tę kobietę z wypranym z emocji zainteresowaniem konesera. Otulało ją futro z norek, złoty naszyjnik pobłyskiwał wokół jej szyi. Wyglądała elegancko, bogato, była wychuchana. To wrażenie kontrastowało uderzająco z jej nieskazitelnym profilem madonny. Oglądała obrazy. Jej włosy, w punktowym świetle padającym z góry, wyglądały niczym żywe złoto. Miała prawie trzydzieści lat, a w dalszym ciągu emanowała tą przekonującą aurą niewystudiowanej światowości i nieświadomego sex appealu. Bez wątpienia, pomyślał z sarkazmem, właśnie to było główną przyczyną pociągu, jaki czuł do niej. Winna była jej zapierająca dech w piersiach uroda w połączeniu z powierzchowną, ale przekonywającą aurą królewskiej wyniosłości i w rzeczywistości nie istniejącą słodyczą i dobrocią.
Nawet teraz, kiedy jest o całą dekadę starszy i mądrzejszy, w dalszym ciągu dałby się nabrać, gdyby nie wiedział już, jaką osobą naprawdę jest: pozbawiona uczuć egoistka.
Po odłożeniu słuchawki podszedł do miejsca, gdzie oglądała obrazy, i czekał w ciszy na jej komentarz.
– Myślę… myślę, że są piękne – skłamała.
– Naprawdę? Co ci się w nich podoba?
– O, wszystko. Kolory… są interesujące… dają pole wyobraźni.
– Wyobraźni – powtórzył ze sceptycyzmem. – Co konkretnie widzisz, kiedy patrzysz na nie?
– No cóż, to mogą być góry… lub gotycka budowla do góry nogami… lub… urwała, czując się niesamowicie niezręcznie.
– A co ty widzisz, patrząc na nie? – zapytała z wymuszonym entuzjazmem.
– Widzę ćwierćmilionową inwestycję ~ odpowiedział sucho – która teraz jest już warta pół miliona.