Выбрать главу

Przeraziła się i było to po niej widać. Nie zdążyła ukryć swojego odczucia.

– Za to?

– Za to – odparł i wydawało jej się niemal, że dostrzegła w jego oczach błysk rozbawienia.

– No cóż… – zaczęła usprawiedliwiająco, przypominając sobie o swoim planie: spokojnie, taktownie… – Tak naprawdę niewiele wiem o sztuce współczesnej.

Przestał zajmować się tym tematem, obojętnie wzruszając ramionami.

– Możemy już iść?

Kiedy podszedł do szafy, żeby zabrać płaszcz, Meredith zobaczyła na jego biurku oprawioną w ramki fotografię bardzo pięknej, młodej kobiety, siedzącej na zwalonym pniu drzewa. Kolana miała przyciągnięte do piersi, wiatr rozwiewał jej włosy. Uśmiechała się olśniewająco. Meredith zdecydowała, że albo była zawodową modelką, albo była zakochana w tym, kto robił to zdjęcie.

– Kto robił to zdjęcie? – zapytała, kiedy Matt odwrócił się do niej.

– Ja. Dlaczego pytasz?

– Bez powodu. – Młoda kobieta nie była jedną ze znanych gwiazd czy panien z towarzystwa, z którymi fotografowano Matta. Świeża, niczym nie skalana uroda dziewczyny ze zdjęcia zaintrygowała Meredith. – Nie rozpoznaję jej.

– Nie bywa w twoich kręgach towarzyskich – odparł ironicznie, wkładając marynarkę i płaszcz. – Jest po prostu dziewczyną, która prowadzi w Indianie prace badawcze z zakresu chemii.

– I ona cię kocha – skonkludowała Meredith, zaskoczona zawoalowanym sarkazmem brzmiącym w jego głosie. Matt spojrzał na zdjęcie swojej siostry.

– Ona mnie kocha.

Meredith wyczuła instynktownie, że ta dziewczyna była dla niego ważna. Jeśli tak było, jeśli być może myślał o małżeństwie, to tak samo jak i jej zależałoby mu na szybkim, nieskomplikowanym rozwodzie. Jej zadanie tego popołudnia byłoby dzięki temu o wiele łatwiejsze.

Kiedy przechodzili przez sekretariat, Matt zatrzymał się na chwilę, żeby porozmawiać z siwowłosą kobietą.

– Tom Anderson jest na przesłuchaniu w komisji ziemskiej Southville – powiedział. – Jeśli wróci, kiedy będę na lunchu, daj mu telefon do restauracji, niech zadzwoni tam do mnie.

ROZDZIAŁ 27

Przed budynkiem czekała na nich srebrna limuzyna. Koło niej stał potężnie zbudowany kierowca. Miał złamany nos i wygląd bizona. Otworzył przed nią drzwiczki. Zwykle jazda limuzyną była dla Meredith odpoczynkiem i luksusem, ale kiedy odjechali od krawężnika, zaskoczona i niepewna chwyciła za poręcz siedzenia. Udało jej się ukryć przerażenie, kiedy kierowca szaleńczo brał zakręty. Kiedy jednak przejechał na czerwonym świetle i wyprzedził niebezpiecznie autobus, zerknęła nerwowo na Matta.

Na jej niemy protest zareagował lekkim wzruszeniem ramion.

– Joe nie porzucił jeszcze marzeń o jeżdżeniu w rajdach.

– To nie jest rajd – wytknęła mu Meredith, jeszcze mocniej ściskając poręcz, kiedy pokonywali kolejny zakręt.

– A on nie jest szoferem.

Zdeterminowana, żeby zachować się równie nonszalancko jak on, przestała wciskać palce w wyściełaną poręcz.

– Naprawdę? Kim w takim razie jest?

– Ochroniarzem.

Poczuła ucisk w żołądku, mając dowód na to, że Matt robił rzeczy, z powodu których ludzie mogli go nienawidzić i chcieć mu wyrządzić fizyczną krzywdę. Poczucie zagrożenia nigdy jej nie pociągało; lubiła spokój i stabilizację. Posiadanie ochroniarza wydawało jej się barbarzyńskim pomysłem.

Nie odzywali się do siebie aż do chwili, kiedy samochód zakołysał się gwałtownie, zatrzymując się przed zadaszonym wejściem do Landry's, najbardziej eleganckiej i ekskluzywnej restauracji w mieście.

Niedaleko wejścia, w swoim zwykłym miejscu stał ubrany w smoking maître d'hôtel, był on także współzałożycielem lokalu. Meredith znała Johna od czasów szkolnych, kiedy to ojciec przyprowadzał ją tu na lunch. John przesyłał do ich stolika zwykle napoje ze specjalnymi życzeniami dla niej, przygotowane w taki sam sposób jak egzotyczne drinki dla dorosłych.

– Dzień dobry, panie Farrell – zaintonował formalnie, ale kiedy zwrócił się do niej, dodał z uśmiechem i z przymrużeniem oka: – Zawsze miło jest gościć panią u nas, panno Bancroft.

Meredith rzuciła mimochodem spojrzenie na zamkniętą twarz Matta. Zastanawiała się, jak musi się czuć, odkrywszy, że ona jest lepiej znana w restauracji, którą wybrał, niż on. Nie myślała już o tym, kiedy poprowadzono ją do stolika i zorientowała się, że w sali siedziało kilka osób, które znała. Sądząc z ich zszokowanych spojrzeń, rozpoznali Matta i niewątpliwie zastanawiali się, dlaczego jadła lunch z człowiekiem, z którym wcześniej nie chciała mieć nic do czynienia. Sherry Withers, jedna z największych plotkarek wśród znajomych Meredith, uniosła rękę, machając do niej, przeniosła spojrzenie na Matta i uniosła brwi z rozbawieniem, spekulując na temat tego, co zobaczyła.

Kelner poprowadził ich do stolika wzdłuż klombów kwiatów rozmieszczonych dookoła wymyślnych białych kratek. Stolik stał wystarczająco blisko hebanowego pianina, żeby mogli z przyjemnością słuchać muzyki, a jednocześnie dość daleko, żeby nie zagłuszała ona rozmowy. Jeśli nie było się stałym klientem Landry's, zarezerwowanie stolika szybciej niż na dwa tygodnie naprzód było niemal niemożliwe. Zarezerwowanie dobrego stolika, jakim ten niewątpliwie był, było absolutnie niemożliwe. Zastanawiała się, jak Matt tego dokonał.

– Napijesz się czegoś? – zapytał, kiedy już siedzieli.

Jej umysł przeskoczył gwałtownie z bezcelowych domysłów, jak zdobył tę rezerwację, do okropnej konfrontacji, która była tuż przed nią.

– Nie, dziękuję, poproszę tylko o wodę z lodem… – zaczęła, ale pomyślała, że drink pomógłby jej opanować nerwy. – Tak, poprawiła się – poproszę o drinka.

– Na co miałabyś ochotę?

– Chciałabym znaleźć się w Brazylii – wymamrotała z drżącym westchnieniem.

– Co takiego?

– Coś mocnego – powiedziała, próbując zdecydować, co ma wypić – Manhattan. – Pokręciła jednak przecząco głową, wykluczając ten wybór; czym innym było uspokojenie się, a czym innym wprowadzenie się w stan odurzenia alkoholowego, który spowodowałby, że powiedziałaby albo zrobiła coś, czego nie chciała. Była strzępkiem nerwów i chciała czegoś, co złagodziłoby jej napięcie. Coś, co mogłaby sączyć powoli, aż nastąpiłby pożądany efekt. Coś, czego nie lubiła. – Martini.

– To wszystko jednocześnie? – zapytał, zachowując powagę. – Szklanka wody, Manhattan i martini?

– Nie… tylko martini – powiedziała z niepewnym uśmiechem, a jej oczy przepełnione były pełnym frustracji smutkiem i nieświadomą prośbą o cierpliwość.

Matt był zaintrygowany kombinacją zaskakujących kontrastów, jakie prezentowała w tej chwili. W tej wspaniałej sukni, okrywającej ją od szyi po nadgarstki, wyglądała i elegancko, i olśniewająco. Samo to nie rozbroiłoby go, ale połączenie tego z delikatnym rumieńcem barwiącym jej gładkie policzki, z bezradną prośbą w jej wielkich, oszałamiających oczach i dziewczęcym zmieszaniem sprawiało, że nie mógł się jej oprzeć. Jego nastawienie do niej łagodził też fakt że to ona poprosiła o to spotkanie. Chciała naprawić wszystko. Zdecydował więc nagle, że przyjmie tę samą taktykę, którą próbował zastosować w operze: pozwoli, żeby przeszłość stała się tylko przeszłością.

– Czy ponownie spowoduję twoje wielkie zmieszanie, jeśli zapytam, na jakie martini masz ochotę?

– Dżin – powiedziała. – Wódka – poprawiła się. – Nie, dżin, martini z dżinu.

Jej rumieńce pogłębiły się, a była zbyt zdenerwowana, żeby zauważyć iskierki rozbawienia w jego oczach, kiedy zapytał poważnie: