– Przyjaciółmi? – powtórzył dobitnie, z ironią. – Kiedy ostatnio byłem w stosunku do ciebie przyjacielski, zapłaciłem za to moim nazwiskiem, utratą stanu kawalerskiego i poważniejszymi jeszcze stratami.
Kosztowało cię to więcej, niż się domyślasz, pomyślała z żalem. Kosztowało cię to fabrykę, którą chciałeś budować, w Southville, ale spróbuję temu zaradzić. Zmuszę ojca, żeby, naprawił szkody, jakie wyrządził, i żeby obiecał, że nigdy już, nie będzie ingerował w twoje sprawy.
– Posłuchaj, Matt – powiedziała, czując nagle potrzebę naprawienia wszystkiego między nimi. – Chcę zapomnieć o przeszłości i…
– Jak to uprzejmie z twojej strony – zadrwił.
Meredith spięła się i już chciała mu wytknąć, że to ona jest poszkodowaną stroną, porzuconą żoną, ale opanowała impuls i ciągnęła z uporem:
– Powiedziałam, że jestem skłonna zapomnieć o przeszłości i to prawda. Jeśli zgodzisz się na cichy rozwód za obopólnym porozumieniem stron, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić szkody wyrządzone ci tutaj w Chicago.
– Tak z ciekawości, księżniczko, w jaki sposób masz zamiar tego dokonać?
– Nie nazywaj mnie księżniczką. Nie staram się być łaskawa dla ciebie, próbuję tylko zachować się przyzwoicie.
Matt odchylił się do tyłu i patrzył na nią spod przymkniętych powiek.
– Przepraszam, Meredith, że byłem niegrzeczny. Co takiego zamierzasz zrobić dla mnie?
Z ulgą przyjęła zmianę jego nastawienia. Powiedziała szybko:
– Na początek mogę sprawić, żeby zaakceptowano cię w towarzystwie. Wiem, że mój ojciec zablokował twoje członkostwo w naszym klubie. Spróbuję, żeby to odwołał.
– Zapomnijmy na chwilę o mnie – zasugerował gładko, zdegustowany jej pochlebstwami i hipokryzją. Bardziej mu się podobała, kiedy przeciwstawiała mu się w operze i obrzucała pogardliwie obelgami. Teraz jednak to ona potrzebowała czegoś od niego i był zadowolony, że było to dla niej tak ważne, ponieważ nie chciał jej tego dać. – Chcesz ślicznego, spokojnego rozwodu, bo chcesz wyjść za swojego bankiera i ponieważ chcesz zostać prezydentem „Bancrofta”, tak? – Kiedy potaknęła, ciągnął dalej: – I prezydentura w „Bancrofcie” jest bardzo, bardzo ważna dla ciebie?
– Zależy mi na tym bardziej, niż zależało mi na czymkolwiek, kiedykolwiek w moim życiu – zapewniła żarliwie. – Ty… ty zgodzisz się na to? – zapytała, szukając odpowiedzi w jego zamkniętej twarzy. Samochód zatrzymał się przed „Bancroftem”.
– Nie – powiedział to w sposób tak uprzejmy i ostateczny, że umysł Meredith przez chwilę nie zaabsorbował tego, co usłyszała.
– Nie – powtórzyła niedowierzając. – Ale rozwód jest…
– Zapomnij o tym! – warknął.
– Zapomnij? Wszystko, czego chcę, zależy od tego!
– To cholerny pech.
– W takim razie załatwię to bez twojej zgody! – odparowała.
– Spróbuj tylko, a nadam temu taki rozgłos i smaczek, że trudno ci będzie z tym żyć. Na dobry początek pozwę do sądu twojego pozbawionego charakteru bankiera i zarzucę mu rozbicie naszego związku.
– Rozbicie… – Była zbyt zaskoczona, żeby zachować ostrożność i wybuchnęła gorzkim śmiechem. – Postradałeś rozum? Jeśli to zrobisz, będziesz wyglądał jak niezguła, jak zdradzony mąż o złamanym sercu.
– A ty będziesz wyglądać jak wiarołomna żona – skontrował.
Zatrzęsła się z wściekłości.
– Cholerny egoisto! – wybuchnęła, pąsowiejąc. – Jeśli ośmielisz się publicznie ośmieszyć Parkera, zamorduję cię własnymi rękami. Nie jesteś go wart. Do pięt mu nie dorosłeś! – eksplodowała. – On jest dziesięć razy bardziej mężczyzną niż ty! Nie musi iść do łóżka z każdą kobietą, którą pozna. Ma zasady, jest dżentelmenem, ale ty tego nie zrozumiesz, bo pod tym szytym na miarę garniturem ciągle jesteś niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem z brudnej mieściny, z brudnym ojcem pijakiem.
– A ty – powiedział dziko – jesteś ciągle pozbawioną zasad moralnych, zadufaną w sobie suką!
Meredith zrobiła szybki obrót z dłonią gotową do wymierzenia policzka i stłumiła nagle okrzyk bólu. To Matt uchwycił jej nadgarstek zaledwie centymetr od swojej twarzy. Trzymał go w miażdżącym uścisku i aksamitnym głosem zagroził:
– Jeśli komisja ziemska w Southville nie zmieni swojej decyzji, nie będzie żadnych dalszych dyskusji o rozwodzie. Jeśli zdecyduję się dać ci rozwód, to jego warunki będę dyktować ja, a ty i twój ojciec zgodzicie się na nie. – Zwiększył nacisk na jej nadgarstek i przyciągnął ją do przodu. Ich twarze oddalone były od siebie zaledwie o centymetry. – Zrozumiałaś mnie, Meredith? Ty i twój ojciec nie macie nade mną żadnej władzy. Zrób jeszcze chociaż raz coś wbrew moim interesom, a będziesz żałowała, że to nie twoja matka pozbyła się ciebie, zanim cię urodziła!
Wyrwała ramię z jego uścisku.
– Jesteś potworem! – zasyczała. Kilka kropli deszczu spadło jej na policzki. Chwyciła swoje rękawiczki i torebkę. Kierowcę i goryla w jednej osobie obrzuciła druzgoczącym spojrzeniem. Trzymał otwarte dla niej drzwiczki samochodu i obserwował ich słowną bitwę z entuzjastycznym podnieceniem widza meczu tenisowego.
Kiedy wysiadła z samochodu, Ernest, który nie od razu ją rozpoznał, ruszył do przodu gotów bronić jej przed grożącym jej nie zidentyfikowanym niebezpieczeństwem.
– Widziałeś tego mężczyznę w samochodzie? – zapytała ostro odźwiernego. Kiedy potaknął, powiedziała: – To dobrze, bo jeśli on kiedykolwiek pojawi się w pobliżu tego sklepu, masz wezwać policję!
ROZDZIAŁ 28
Joe O'Hara podjechał do krawężnika przed budynkiem Intercorpu. Jeszcze zanim zdążył się zatrzymać, Matt, z nadmierną energią otworzył drzwiczki i wyskoczył z samochodu.
– Wezwij Toma Andersona – polecił pannie Stern, zmierzając po lunchu zamaszystym krokiem do swojego gabinetu. – Potem spróbuj znaleźć mi jakąś aspirynę.
W dwie minuty później pojawiła się przy jego biurku ze szklanką zimnej wody i dwiema aspirynami.
– Pan Anderson już wjeżdża na górę – powiedziała, obserwując jego twarz, kiedy popijał tabletki. – Ma pan bardzo napięty rozkład dnia. Mam nadzieję, że nie łapie pan grypy. Pana Harsha nie ma dzisiaj z tego powodu, tak samo jak dwóch wiceprezydentów i połowy działu przetwarzania danych. Ta grypa zaczyna się bólem głowy.
Jako że panna Stern nigdy nie wykazywała nadmiernego zainteresowania jego stanem zdrowia, było oczywiste dla Matta, że jedyną przyczyną tego zainteresowania teraz była troska o to, żeby udało mu się zrealizować plan dnia.
– To nie jest grypa – powiedział krótko. – Ja nigdy nie choruję. – Bezwiednie rozmasował bolące mięśnie karku. Ból głowy, który rano był tylko niewielkim, dokuczliwym dyskomfortem, teraz zaczynał pulsować.
– Jeśli to jest grypa, może trwać całe tygodnie, a nawet przekształcić się w zapalenie płuc. Coś takiego przydarzyło się pani Morris z reklamy i panu Lathrup z personalnego. Obydwoje są w szpitalu. Może powinien pan wypocząć, zamiast jechać w przyszłym tygodniu do Indiany. Inaczej pana rozkład…
– Nie mam grypy – obwieścił zwięźle. – Po prostu boli mnie głowa.
Ton jego głosu zmroził ją. Obróciła się na pięcie i wymaszerowała z gabinetu, zderzając się po drodze z Tomem Andersonem.
– A jej co się stało? – zapytał Tom, zerkając przez ramię.
– Obawia się, że będzie musiała zmienić terminy moich spotkań – powiedział niecierpliwie Matt. – Porozmawiajmy o komisji ziemskiej.