Выбрать главу

– W porządku. Co mam robić?

– Na razie poproś o wstrzymanie wydawania jakichkolwiek oficjalnych decyzji.

– A co potem?

W odpowiedzi Matt podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił do Vanderwilda.

– Za ile sprzedaje się „Bancroft”? – zapytał Petera. Gdy usłyszał odpowiedź, polecił: – Zacznij kupować ich akcje. Użyj tej samej metody, jaką stosowaliśmy, kiedy zdecydowaliśmy się na wykupienie „Haskella”. Utrzymuj to w tajemnicy. – Odłożył słuchawkę i spojrzał na Toma. – Chcę, żebyś sprawdził wszystkich członków zarządu „Bancrofta”. Któregoś może będzie można przekupić. Dowiedz się, kogo ewentualnie i jaka jest jego cena.

Ani razu przez lata, kiedy prowadzili i wygrywali wspólnie batalie o korporacje, Matt nie uciekał się do czegoś tak bezpardonowego jak przekupstwo.

– Mówisz o czystej wody przekupstwie…

– Mówię o pobiciu Bancrofta w jego własnej grze. On używa wpływów, żeby zdobyć głosy w komisji ziemskiej, my użyjemy pieniędzy, żeby zdobyć głosy w jego zarządzie. Jedyną różnicą pomiędzy tym, co robi on i co robię ja, jest końcowy efekt tego starcia. Kiedy skończę z tym mściwym draniem, będzie słuchał moich poleceń w swojej własnej sali posiedzeń zarządu!

– W porządku – powiedział Tom po pełnej zastanowienia pauzie. – Ale to musi być przeprowadzone bardzo dyskretnie.

– To nie wszystko – poinstruował go Matt, przechodząc do sali konferencyjnej, przylegającej do gabinetu. Nacisnął przycisk i lustrzana tafla zasłaniająca barek odsunęła się bezszelestnie. Chwycił z półki butelkę whisky, nalał jej trochę do szklaneczki i wziął solidny łyk trunku. – Chcę wiedzieć wszystko o operacjach „Bancrofta”. Pracuj nad tym razem z Vanderwildem. Za dwa dni chcę wiedzieć wszystko o ich finansach, o kadrze kierowniczej. A przede wszystkim chcę znać ich najsłabszy punkt.

– Rozumiem, że chcesz ich przejąć? Matt przełknął kolejny długi łyk drinka.

– Zdecyduję o tym później. To, czego chcę teraz, to wystarczająca ilość akcji, żeby ich kontrolować.

– Co z Southville? Zainwestowaliśmy fortunę w te ziemie. Ponury uśmiech wykrzywił usta Matta.

– Dzwoniłem z samochodu do „Pearsona i Levinsona” – wymienił nazwę firmy prawniczej z Chicago, z której usług korzystał. – Powiedziałem im, co chcę zrobić. Będziemy mieć zgodę komisji ziemskiej i niezły zysk z „Bancrofta”.

– W jaki sposób?

– Istnieje taki drobiazg jak ziemia w Houston, której oni chcą tak bardzo.

– I?

– I teraz ona jest naszą własnością.

Anderson skinął głową, zrobił dwa kroki w stronę drzwi, zatrzymał się i odwrócił. Z wahaniem zapytał:

– Skoro mam być z tobą w pierwszej linii tej batalii o „Bancrofta”, chciałbym przynajmniej wiedzieć, jak się to wszystko zaczęło?

Gdyby zapytał o to którykolwiek inny z jego dyrektorów, Matt nie zostawiłby na nim suchej nitki. Zaufanie było luksusem, na który mężczyzna o jego statusie finansowym nie mógł sobie pozwolić. Nauczył się już, tak samo jak nauczyli się tego inni, którzy wspięli się na szczyt, że zwierzanie się ze zbyt wielu spraw komukolwiek było ryzykowne, a nawet niebezpieczne. Najczęściej takie informacje były używane do zaskarbienia sobie łask gdzie indziej; czasami ludzie wykorzystywali je po to po prostu, żeby udowodnić, że byli powiernikami tych, którzy osiągnęli sukces. Ze wszystkich ludzi, jakich znał, było tylko czworo takich, którym ufał w pełni: jego ojciec, siostra, Tom Anderson i Joe O'Hara. Tom był z nim od czasu tych dawnych dni, kiedy Matt bazował na swojej przebojowości, budując imperium, mając za podwaliny pod nie zuchwałość, przeczucia i niewielką ilość prawdziwego kapitału. Wierzył Andersonowi i O'Harze dlatego, że oni dowiedli już swojej lojalności. Do pewnego stopnia wierzył im także dlatego, że tak jak i on nie pochodzili z uprzywilejowanych środowisk i wyszukanych szkół prywatnych.

– To się zaczęło jedenaście łat temu – odpowiedział niechętnie po pauzie Matt. – Zrobiłem wtedy coś, co nie podobało się Bancroftowi.

– Jezu, musiałeś dać mu w kość, skoro pała chęcią zemsty aż do teraz. Co zrobiłeś?

– Ośmieliłem się sięgnąć na wyżyny i wedrzeć się do jego prywatnego, małego elitarnego świata.

– W jaki sposób?

Matt pociągnął kolejny łyk drinka, żeby zmyć gorycz słów i wspomnień.

– Ożeniłem się z jego córką.

– Ożeniłeś się z jego… z Meredith Bancroft? Z tą córką?

– Dokładnie tą samą – potwierdził smętnie. Kiedy Anderson gapił się na niego zaskoczony, Matt dodał:

– Jest coś jeszcze, o czym równie dobrze możesz się dowiedzieć. Powiedziała mi dzisiaj, że rozwód, który jak sądziła, dostała jedenaście lat temu, jest nieważny. Prawnik prowadzący go był oszustem. Nigdy nie złożył w sądzie tego pozwu rozwodowego. Kazałem Levinsonowi to sprawdzić, ale mam przeczucie, że to prawda.

Po kolejnej chwili pełnego zdumienia milczenia umysł Andersona zaczął sprawnie funkcjonować.

– A teraz ona chce fortuny i podziału majątku, tak?

– Ona chce rozwodu – poprawił go Matt. – Ona i jej ojciec najchętniej by mnie zrujnowali, ale poza tym, ona twierdzi, że nie chce niczego.

Tom zareagował, tak jak należało się tego spodziewać, lojalnie. Był zły, zaśmiał się głośno, z sarkazmem.

– Kiedy rozprawimy się z nimi, będą pluć sobie w brodę, że rozpoczęli tę wojnę – obiecał, idąc do drzwi.

Matt podszedł do okna. Stał i patrzył na ponury dzień podobny do stanu jego duszy w tej chwili. Anderson miał prawdopodobnie rację co do efektu tego wszystkiego, ale poczucie triumfu Matta już się rozpływało. Czuł się… pusty. Kiedy patrzył na padający deszcz, ostatnie słowa Meredith krążyły w jego myślach i powracały, znowu i znowu: „Nie jesteś go wart. Do pięt mu nie dorosłeś. On jest dziesięć razy bardziej mężczyzną niż ty. Pod tym szytym na miarę garniturem ciągle jesteś niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem z brudnej mieściny, z brudnym ojcem pijakiem”. Próbował wymazać z myśli te zdania, ale one ciągle brzmiały, wyszydzały jego własną głupotę, przypominały mu z wielką mocą, jakim był głupcem, jeśli o nią chodziło. Przez całe lata po tym, kiedy jak sądził, byli rozwiedzeni, nie był w stanie kompletnie wymazać jej z serca. Zapracował się niemal na śmierć, żeby stworzyć imperium, gnany jakimś niemądrym, na poły sformułowanym planem, żeby wrócić kiedyś i zrobić na niej wrażenie tym, co osiągnął i kim się stał.

Skrzywił usta z gorzką ironią. Dzisiaj miał taką szansę. Osiągnął sukces finansowy; jego garnitur kosztował więcej niż ciężarówka, którą miał, kiedy się poznali. Zabrał ją limuzyną prowadzoną przez szofera do pięknej, drogiej restauracji. I po tym wszystkim był dla niej w dalszym ciągu „niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem”. Zwykle był dumny ze swojego pochodzenia, ale słowa Meredith sprawiły, że poczuł się jak jakiś oślizgły potwór wyciągnięty z dna zastygłego bagna, który zmienił swoje łuski na skórę.

Matt opuścił budynek dopiero po siódmej wieczorem. Joe otworzył drzwiczki samochodu i Matt wsiadł do środka. Czuł nietypowe dla siebie zmęczenie. Oparł bolący kark o oparcie siedzenia. Próbował zignorować unoszący się w samochodzie delikatny zapach perfum Meredith. Pomyślał o ich lunchu i przypomniał sobie sposób, w jaki śmiały się do niego jej oczy, kiedy opowiadała mu o sklepie. Z typową dla Bancroftów arogancją uśmiechała się do niego i prosiła o przysługę: cichy, przyjacielski rozwód. Robiąc to, jednocześnie upokarzała go publicznie i kolaborowała ze swoim ojcem, żeby go zrujnować. Był absolutnie skłonny dać jej ten rozwód, ale niezupełnie od razu.