Meredith stłumiła śmiech.
– Po pierwsze, Parker nie jest mięczakiem. Był wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, że jego obecność tylko by skomplikowała i tak trudną sytuację. Po drugie, jeśli kiedykolwiek spotkałbyś kogoś tak silnego jak ty, znienawidziłbyś go.
Philip właśnie zamierzał wziąć z krzesła swój płaszcz, ale zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
– Dlaczego mówisz coś takiego?
– Dlatego – powiedziała Meredith – że jedynym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znałam, a który dorównuje ci bezwzględną, nieustraszoną siłą woli, jest Matt Farrell. To prawda, wiesz o tym – powiedziała łagodnie. – W pewnych sprawach on jest bardzo podobny do ciebie: jest przebiegły, twardy, gotowy niemal na wszystko, żeby osiągnąć to, czego chce. Najpierw nienawidziłeś go, bo był nikim i ośmielił się przespać się ze mną. Ale nawet bardziej nienawidziłeś go dlatego, że nie udawało ci się go zastraszyć, ani tej pierwszej nocy w klubie, kiedy kazałeś go stamtąd wyrzucić, ani później, kiedy byliśmy już małżeństwem i kiedy przyprowadziłam go do domu. – Uśmiechnęła się ze smutkiem pozbawionym złości i dodała spokojnie: – Gardzisz nim, ponieważ on jest jedynym znanym ci mężczyzną, który jest tak samo nieposkromiony jak ty.
Zupełnie jakby to, co powiedziała, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, powiedział chłodno:
– Nie lubisz mnie, Meredith, prawda?
Rozważała te słowa z mieszaniną przywiązania i ostrożności. Dał jej życie, a potem próbował kierować każdym jej oddechem, jaki w tym życiu brała. Nikt nie mógł mu nigdy zarzucić, że nie zależało mu na niej lub że ją zaniedbywał. Wręcz przeciwnie, od jej najmłodszych lat krążył nad nią niczym sęp, pilnując jej. Wiele w życiu straciła przez niego, ale on kierował się miłością. Zaborczą, zniewalającą miłością.
– Kocham cię – powiedziała z czułym uśmiechem, chcąc zatuszować ostrość swoich następnych słów – ale nie podoba mi się wiele rzeczy, które robisz. Ranisz ludzi, nie przykładając do tego żadnej wagi, zupełnie tak, jak to robi Matt.
– Ja robię to, co według mnie musi być zrobione – odpowiedział, wkładając płaszcz.
– Skoro jesteśmy przy tym, co musi być zrobione – przypomniała Meredith, wstając, by odprowadzić go do drzwi – musisz natychmiast naprawić szkody, jakie wyrządziłeś Mattowi w Glenmoor i w komisji ziemskiej w Southville. Kiedy tylko to zrobisz, skontaktuję się z nim i załagodzę wszystko.
– I myślisz, że on się tym zadowoli i zgodzi się na twoje warunki rozwodu? – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak myślę. Widzisz, mam tu pewną przewagę. Matthew Farrell nie chce pozostawać w tym związku bardziej niż ja. Teraz chce się zemścić, ale nie jest na tyle szalony, żeby komplikować sobie resztę życia tylko po to, żeby odegrać się na tobie i na mnie. Mam taką nadzieję. A teraz – zakończyła – dasz mi słowo, że zadzwonisz jutro i doprowadzisz do tego, żeby komisja ziemska załatwiła przychylnie jego prośbę?
Spojrzał na nią i było jasne, że jego chęci stały w sprzeczności z jej potrzebami.
– Zobaczę, co się da zrobić.
– To nie wystarczy…
– To tyle, ile jestem skłonny zrobić.
Blefował, zdecydowała z ulgą po przypatrzeniu się jego twarzy. Pocałowała go w policzek. Kiedy wyszedł, podeszła do kanapy i usiadła na niej. Przez kwadrans wpatrywała się niewidzącymi oczyma w dogasający ogień, zanim przypomniała sobie, że Parker powiedział jej o jutrzejszym posiedzeniu zarządu „Bancrofta”. Mieli podjąć próbę ustalenia obsady tymczasowej prezydentury. Sam Parker z powodu swoich więzów z Meredith miał nie głosować w tej konkretnej sprawie. Była zbyt zmęczona, żeby czuć jakiekolwiek napięcie czy podniecenie posiedzeniem, które mogło nie przynieść ostatecznych rozstrzygnięć.
Na stoliku leżał pilot do telewizora i sięgając po niego, pomyślała nagle o wywiadzie Barbary Walters z Mattem. Rozmawiali o jego sukcesach i sławnych kobietach w jego życiu. Meredith zastanawiała się, jak kiedykolwiek mogła wierzyć, że ona i Matt mogli być razem szczęśliwi. Parker i ona rozumieli się dobrze, pochodzili z tych samych kręgów społecznych, z tej samej klasy… z klasy ludzi, którzy fundowali nowe oddziały szpitali i poświęcali swój czas dla przedsięwzięć charytatywnych lub społecznych. Oni nie mówili o swoim majątku przed kamerami telewizyjnymi ani też nie opowiadali tam o przygodach miłosnych kiepskiego kalibru.
Pomyślała gorzko, że bez względu na to, jak wielkich pieniędzy dorobił się Matthew Farrell lub z iloma pięknymi, stawnymi kobietami sypiał, będzie tym, czym zawsze był: człowiekiem bezwzględnym, aroganckim i pozbawionym zasad moralnych. Był zachłanny, pozbawiony skrupułów i… zmarszczyła brwi, wpatrując się pustym wzrokiem w ekran telewizora, zbita z tropu… Był takim człowiekiem, a jednocześnie miała dzisiaj wrażenie, jakby to on miał równie kiepskie mniemanie o niej. Kiedy przypomniała sobie o tym, jak potraktowała jego rodzinę, a jego samego nazwała brudnym hutnikiem, sama o sobie nie miała zbyt dobrego mniemania. To było niskie zagranie, a prawda była taka, że był w niej niewyartykułowany podziw dla ludzi, którzy mieli wystarczająco dużo siły, żeby podołać fizycznej pracy. Wracanie dzień po dniu do pracy, która nie oferowała żadnych wyzwań intelektualnych, a tylko stałą pensję, wymagało jej zdaniem wielkiej odwagi. Zaatakowała jego pochodzenie, dlatego że był to! jego jedyny słaby punkt.
Dźwięk telefonu wyrwał ją z tych rozmyślań. Podniosła słuchawkę. Usłyszała zaniepokojony głos Lisy.
– Mer, jak przebiegło spotkanie z Farrellem? Powiedziałaś, że zadzwonisz do mnie.
– Wywoływałam cię pagerem po powrocie do biura, ale nie odpowiedziałaś.
– Byłam poza budynkiem przez kilka minut. Mów, co się stało?
Meredith opowiedziała całą historię już dwukrotnie i nie czuła się na siłach, żeby opowiadać ją po raz kolejny.
– Nie było to spotkanie uwieńczone sukcesem. Czy szczegóły mogę ci opowiedzieć jutro?
– Dobrze. Może zjemy razem obiad?
– W porządku, ale to moja kolej na pitraszenie.
– O nie – droczyła się Lisa. – Ciągle jeszcze mam kłopoty z trawieniem po tym, jak robiłaś to ostatnio. Może po drodze do ciebie kupię chińszczyznę?
– Dobrze, ale ja płacę.
– Sprawiedliwy podział. Przynieść coś jeszcze?
– Jeśli chcesz usłyszeć o moim spotkaniu z Mattem, lepiej zaopatrz się w chusteczki do ocierania łez.
– Było aż tak źle?
– Aha.
– W takim razie, może powinnam przynieść pistolet – zażartowała – i po kolacji mogłybyśmy wyjść i urządzić na niego polowanie.
– Nie kuś mnie! – odpowiedziała Meredith, ale już uśmiechała się odrobinę.
ROZDZIAŁ 29
O wpół do drugiej następnego popołudnia Meredith wyszła z działu reklamy i skierowała się do swojego biura. Przez cały dzień, gdziekolwiek poszła, ludzie odwracali się i patrzyli na nią. Nie miała wątpliwości, dlaczego tak się działo. Z nadmierną energią wcisnęła przycisk windy, myśląc o zamieszczonej w porannej „Tribune”, doprowadzającej ją do szału notatce Sally Mansfield.
Przyjaciele Meredith Bancroft, którzy byli zaskoczeni, widząc, jak dwa tygodnie temu w operze ostro potraktowała Matthew Farrella, najbardziej pożądanego w Chicago kawalera, przeżyli kolejny szok. Para ta jadła razem lunch przy jednym z najbardziej przytulnych i ustronnych stolików w Landry's, Nasz świeżo pozyskany kawaler jest z pewnością bardzo zajętym człowiekiem: tego samego wieczoru towarzyszył wspaniałej Alicji Avery na premierze „Okiełznania Amazonki” w Małym Teatrze. Już w biurze Meredith wyszarpnęła ze złością szufladę swojego biurka, zastanawiając się po raz kolejny nad wypływającą z niskich pobudek mściwością dziennikarki, która była bliską przyjaciółką byłej żony Parkera. Wzmianka o jej lunchu z Mattem była niczym innym jak tylko zawoalowaną sugestią, sprawiającą, że Parker wyszedł na głupca, któremu grozi porzucenie przez narzeczoną.