Выбрать главу

– Meredith – powiedziała Phyllis pełnym napięcia głosem. – Dzwoniła właśnie sekretarka pana Bancrofta. Powiedziała, że on wzywa cię do siebie, natychmiast.

Nagłe wezwania Meredith przez ojca były czymś wyjątkowo rzadkim; preferował on nadzorowanie pracy swoich dyrektorów poprzez regularnie zaplanowane, cotygodniowe spotkania.

Wszystkie dodatkowe sprawy zwykł załatwiać telefonicznie. W chwili ciszy, jaka zapadła, Meredith i jej sekretarka spojrzały na siebie. Podejrzewały, że powód tego spotkania może być związany z wyznaczeniem tymczasowego prezydenta.

Ten wniosek zdawał – się znajdować potwierdzenie, kiedy Meredith dotarła do rejonu recepcyjnego przed biurem ojca i zobaczyła, że inni wiceprezydenci zostali także wezwani, włącznie nawet z Allenem Stanleyem, który w ubiegłym tygodniu był na urlopie.

– Panno Bancroft – powiedziała sekretarka jej ojca z zapraszającym gestem skierowanym do niej – pan Bancroft prosi panią od razu do siebie. – Serce Meredith zabiło mocniej, kiedy podchodziła do drzwi gabinetu. Skoro ona pierwsza miała dowiedzieć się o wyborze rady, to logiczne było, że to ją wybrali. Meredith Bancroft miało zostać przyznane należne jej z racji urodzenia prawo, tak jak jej ojcu, ojcu jej ojca i wszystkim innym Bancroftom przed nimi. A raczej miano dać jej szanse wykazania się przez następnych sześć miesięcy i udowodnienia własnej wartości.

Meredith zapukała i weszła do biura ojca, niemądrze bliska sentymentalnych łez. Zawsze tylko Bancroft zajmował to biuro i siedział za tym biurkiem; jak mogła przypuszczać, że ojciec zignoruje tak wspaniałą tradycję.

Stał przy oknie z rękoma splecionymi z tyłu.

– Dzień dobry! – krzyknęła radośnie do jego pleców.

– Dzień dobry, Meredith – odpowiedział, odwracając się. Jego głos i wyraz twarzy były niezwykle przyjazne. Usiadł za biurkiem, patrząc, jak podchodzi bliżej Mimo. że w odległym, kącie gabinetu stała kanapa i mały stolik, ojciec nigdy tam nie siadał ani nie proponował tego nikomu innemu. Jego zwyczajem było zasiadanie w stojącym za jego biurkiem obrotowym fotelu z wysokim oparciem i rozmawianie z ludźmi ceremonialnie, poprzez znaczącą barierę potężnego, antycznego mebla. Meredith nie była pewna, czy robił to bezwiednie czy celowo, z zamiarem onieśmielenia ludzi. W każdym razie było to trochę denerwujące dla każdego, włączając Meredith, kiedy należało przemierzyć szeroką przestrzeń, żeby dotrzeć do tego biurka, podczas gdy on siedział i obserwował.

Odnotowała, że czekał tym razem bardzo cierpliwie, chociaż nie wstał. Dobre wychowanie i zwyczaj nakazywały, żeby wstawał, kiedy kobieta podchodzi do niego. Działoby się tak w każdym innym przypadku, jeśli jednak ta kobieta pracowała w kadrze kierowniczej „Bancrofta” lub w jego dyrekcji, zawsze pozostawał na swoim miejscu, nawet jeśli wszyscy inni mężczyźni podnosili się. Meredith wiedziała, że była to metoda nie wypowiedzianej krytyki obecności kobiet w kierownictwie. Kiedy natomiast była z nim poza sklepem, był dżentelmenem w każdym calu. Przez lata pracy w firmie nauczyła się akceptować te dwie różne osobowości ojca. Ciągle jeszcze zdarzały się momenty, kiedy denerwowało ją to, że całowała go na dobranoc, a następnego ranka w pracy mijał ją z ledwie zauważalnym skinieniem głowy.

– Podoba mi się twoja sukienka – powiedział, przyglądając się jej szarej, kaszmirowej sukni.

– Dziękuję – odpowiedziała, szczerze zaskoczona.

– Nie cierpię, kiedy nosisz te kostiumy w stylu „kobieta pracująca”. Prawdziwe kobiety powinny chodzić w sukienkach. – Nie dając jej szansy na odpowiedź, wskazał jej ruchem głowy jedno z krzeseł stojących przed jego biurkiem. Meredith usiadła, próbując nie okazywać zdenerwowania. – Wezwałem całą dyrekcję, ponieważ mam coś do ogłoszenia. Najpierw chciałem jednak porozmawiać z tobą. Zarząd podjął już decyzję co do obsadzenia stanowiska tymczasowego prezydenta. – Zrobił pauzę i Meredith aż się pochyliła do przodu w pełnym napięcia oczekiwaniu. – Wybrali Allena Stanleya.

– Co takiego? – wyszeptała, łapiąc powietrze. Czuła zamęt, mieszaninę szoku, złości i niedowierzania.

– Powiedziałem, że wybrali Allena Stanleya. Nie będę kłamał… zrobili to, bo go rekomendowałem.

– Allen Stanley – przerwała mu Meredith, zaskoczona i wściekła wstała gwałtownie – od śmierci żony jest na skraju załamania nerwowego. Co więcej, nie ma kwalifikacji i doświadczenia, żeby kierować działalnością handlową…

– Od dwudziestu lat jest księgowym w „Bancrofcie” – rzucił ostro Philip, ale Meredith nie dała się zastraszyć, nie skończyła jeszcze.

Była oburzona nie tylko tym, że została niesłusznie pozbawiona szansy, która powinna być jej dana. Oburzała ją czysta głupota wyboru zastępcy. Oparła dłonie o jego biurko.

– Allen Stanley jest w tym momencie gloryfikowanym, zwykłym księgowym. Nie mogłeś dokonać gorszego wyboru, i dobrze o tym wiesz! Każdy z pozostałych, każdy z nich byłby lepszy… – Wtedy dopiero dotarła do niej prawda. Zbiła ją niemal z nóg. – To właśnie dlatego rekomendowałeś Stanleya, prawda? Dlatego, że on nie mógłby prowadzić „Bancrofta” tak dobrze lub lepiej, niż ty to robiłeś. Celowo narażasz firmę na ryzyko, ponieważ twoje ego…

– Nie będę tolerował tego, żebyś zwracała się do mnie w ten sposób!

– Nie waż się wypróbowywać teraz na mnie twojego autorytetu rodzicielskiego! – ostrzegła go rozwścieczona. – Tysiące razy mówiłeś mi, że na terenie tego sklepu nasze powiązania rodzinne nie istnieją. Nie jestem dzieckiem i nie mówię w tej chwili jako twoja córka. Jestem wiceprezydentem i jednym z większych akcjonariuszy tej firmy.

– Jeśli którykolwiek inny wiceprezydent ośmieliłby się mówić do mnie w ten sposób, zwolniłbym go natychmiast.

– Zwolnij mnie w takim razie! – odparowała. – Nie, nie dam ci aż takiej satysfakcji! Sama złożę rezygnację. Ze skutkiem natychmiastowym. Będziesz ją miał na piśmie na swoim biurku za piętnaście minut.

Zanim zdążyła zrobić krok w kierunku drzwi, opadł na swój fotel.

– Siadaj! Skoro zdecydowałaś, żebyśmy w tym niekorzystnym momencie powiedzieli sobie wszystko, wyłóżmy karty na stół.

– Będzie to miła odmiana – odpowiedziała, siadając.

– Prawda jest taka – powiedział z kąśliwym sarkazmem – że nie jesteś zła, dlatego że wybrałem Allena Stanleya, ale dlatego, że nie wybrałem ciebie.

– Jestem zła z tych obydwu powodów.

– W każdym razie, miałem poważne powody, dla których to nie ty zostałaś wybrana. Po pierwsze, jesteś za młoda i niedostatecznie doświadczona, żeby kierować tą firmą.

– Doprawdy? – zapytała zgryźliwie. – Jak doszedłeś do takiego wniosku? Ty byłeś o niecały rok starszy niż ja, kiedy dziadek przekazał ci wszystko.

– To była inna sytuacja.

– Rzeczywiście, sytuacja była inna – przyznała drżącym ze złości głosem. – Kiedy obejmowałeś tu kierownictwo, twoje dokonania w tym sklepie były o wiele mniej imponujące niż moje! A prawdę mówiąc, jedyną rzeczą, jakiej rzeczywiście dokonywałeś, było niespóźnianie się do pracy! – Zobaczyła, że ojciec przykłada dłoń do piersi, jakby poczuł tam ból. To tylko zwiększyło jej wściekłość. – Nie waż się udawać, że masz atak serca, bo to nie powstrzyma mnie od powiedzenia tego, co powinnam powiedzieć już lata temu. – Opuścił rękę i pobladły patrzył, jak mówiła: – Jesteś antyfeministą i prawdziwym powodem, dla którego nie dasz mi szansy, jest fakt, że jestem kobietą.