– Nie jesteś daleka od prawdy – wyrzucił z siebie szorstko, z prawie dorównującą jej złością. – Na zewnątrz w recepcji czeka pięciu mężczyzn, którzy zainwestowali w ten sklep dziesiątki lat. Nie kilka lat, ale dziesiątki!
– Naprawdę? – odpowiedziała z sarkazmem. – A ilu z nich zainwestowało w niego cztery miliony dolarów z ich własnych pieniędzy? Co więcej, ty nie tylko Wetujesz, ty kłamiesz. Dwaj z tych mężczyzn rozpoczęli tu pracę w tym samym roku, co ja i to, dodam, za wyższą pensję niż moja.
Zacisnął w pięści leżące na biurku dłonie.
– Ta dyskusja jest bezcelowa.
– Zgadza się – przyznała gorzko, wstając. – Podtrzymuję swoją rezygnację.
– A właściwie to myślisz, że dokąd stąd odejdziesz? – powiedział głosem sugerującym, że nigdy nie uda jej się znaleźć równie dobrej pracy.
– Do którejś z wielkich firm handlowych! – skontrowała, zbyt wściekła, żeby wziąć pod uwagę stres, z jakim wiązałby się dla niej taki akt nielojalności. „Bancroft” był jej życiem. – Marshall Field zatrudniłby mnie w ciągu kilku minut, tak samo May Company czy Neiman.
– Teraz to ty blefujesz – warknął.
– Jeszcze zobaczymy! – ostrzegła, ale już na samą myśl o pracy dla konkurentów „Bancrofta” robiło jej się niedobrze. Była wykończona szarpiącymi nią emocjami. – Czy chociaż raz mógłbyś być ze mną zupełnie szczery?
W kompletnej ciszy czekał na jej pytanie.
– Nigdy nie miałeś zamiaru przekazać mi prowadzenia sklepu, prawda? Ani teraz, ani w przyszłości, bez względu na to, jak długo i jak ciężko bym tu pracowała?
– Nie.
W głębi serca wiedziała o tym zawsze, ale mimo to aż zakręciło jej się w głowie, kiedy usłyszała, jak on to mówi.
– To dlatego, że jestem kobietą – stwierdziła.
– To jeden z powodów. Mężczyźni czekający tam nie będą pracowali dla kobiety.
– To bzdura – odpowiedziała bezbarwnie Meredith. – I jest to niezgodne z prawem. Nie jest to też prawda, ale o tym już wiesz. Dziesiątki mężczyzn podlegają mi bezpośrednio lub pośrednio w działach, którymi kieruję. To twoja własna egoistyczna bigoteria powoduje, że wierzysz, że ja nie potrafiłabym kierować firmą.
– Może częściowo tak jest – odparował – a może też dzieje się tak dlatego, że odmawiam wspierania cię i podtrzymywania twojej nie zważającej na nic ślepej determinacji, z jaką budujesz swoje życie wokół tej firmy. Prawdę mówiąc, zrobię co tylko w mojej mocy, żeby cię przed tym uchronić. Bez względu na to, z którym wielkim domem handlowym będziesz chciała wiązać swoją karierę! To są motywy, jakimi się kierowałem, uniemożliwiając ci odziedziczenie tego gabinetu. I bez względu na to, czy akceptujesz te motywy, ja zdaję sobie z nich sprawę. Ty natomiast nawet nie wiesz, dlaczego jesteś tak zdeterminowana, żeby zrobić z siebie kolejnego prezydenta „Bancrofta”.
– Co takiego? – wyrzuciła z siebie gniewnie, zbita z tropu. – Może w takim razie ty mi powiesz, dlaczego to robię?
– Zrobię to. Jedenaście lat temu poślubiłaś drania, który chciał twoich pieniędzy i który wpakował cię w ciążę; straciłaś to dziecko i okazało się, że nie możesz już mieć dzieci. I nagle – dokończył z gorzkim triumfem – zapałałaś nieprzepartą miłością do Bancroft i S – ka i rozwinęłaś w sobie intensywną ambicję matkowania firmie.
Wpatrywała się w niego. Wszystkie niedoskonałości jego rozumowania eksplodowały gniewnie w jej myślach. Pełna emocji czuła w gardle bolesny, nie dający się przełknąć kłąb. Ze wszystkich sił starała się, żeby głos jej nie zadrżał i powiedziała:
– Kochałam to miejsce, odkąd byłam małą dziewczynką; kochałam je, zanim spotkałam Matta Farrella i kochałam je po tym, jak zniknął z mojego życia. Prawdę mówiąc, mogę ci dokładnie powiedzieć, kiedy zdecydowałam, że będę tutaj pracować i że zostanę kiedyś prezydentem. Miałam wtedy sześć lat. Przyprowadziłeś mnie do tego pokoju, żebym poczekała, aż skończysz spotkanie z zarządem. Powiedziałeś mi – ciągnęła rozzłoszczona – że mogę, czekając na ciebie, siedzieć w twoim fotelu. Tak zrobiłam. Siedziałam, dotykałam twoich wiecznych piór i przywołałam intercomem twoją sekretarkę, a ona pozwoliła mi podyktować list. To był list do ciebie – powiedziała, a sądząc po tym, jak zbladł, zorientowała się, że nagle przypomniał sobie ten list. – Napisałam w nim – zrobiła pauzę i odetchnęła z drżeniem, uparcie powstrzymując łzy – ”Drogi ojcze, będę uczyć się i pracować z całych sił, żebyś kiedyś był ze mnie dumny i pozwolił mi pracować tutaj, tak jak ty i dziadek. Jeśli tak się stanie, pozwolisz mi znowu usiąść w twoim fotelu?”
Podniosła głowę i dodała:
– Myślałam, że mnie kochałeś. Wiem, że marzyłeś o tym, żebym była chłopcem, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nic cię nie obchodziłam, tylko dlatego, że byłam dziewczynką. Przez całe moje życie kazałeś mi gardzić moją matką za to, że nas opuściła. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy ona odeszła, czy to ty ją odepchnąłeś od siebie, dokładnie tak jak właśnie teraz odpychasz mnie. Moja rezygnacja znajdzie się jutro na twoim biurku. – Zauważyła, że ta zwłoka wywołała na jego twarzy pełen satysfakcji, domyślny uśmiech. Jeszcze wyżej uniosła głowę. – Mam zaplanowane spotkania i nie będę mogła zabrać się do tego wcześniej.
– Jeśli nie będzie cię tutaj, kiedy ogłoszę wszystkim wybór – ostrzegł, widząc, że kieruje się ku bocznym drzwiom, prowadzącym poprzez salę konferencyjną na korytarz, pomyślą, że wybiegłaś stąd cała we łzach, dlatego że to nie ty zostałaś wybrana.
Meredith zatrzymała się i spojrzała na niego lekceważąco.
– Nie oszukuj się, ojcze. Mimo że traktujesz mnie jak zawalidrogę, żaden z nich nie wierzy tak naprawdę, że nie masz dla mnie żadnych uczuć i jestem ci aż tak obojętna. Pomyślą, że własnej córce już dawno powiedziałeś, kto zostanie wybrany.
– Zmienią zdanie, jeśli złożysz rezygnację – ostrzegł i przez ułamek sekundy słychać było w jego głosie nutkę niepokoju.
– Będą zbyt zajęci pomaganiem Allenowi Stanleyowi w kierowaniu tą firmą, żeby myśleć o tym.
– To ja będę kierował Allenem Stanleyem. Zatrzymała się z dłonią już na klamce i spojrzała na niego przez ramię. Czuła się wewnętrznie odrętwiała, ale jakimś cudem zdobyła się na śmiech.
– Wiem o tym. Czy sądzisz, że byłam aż tak arogancka, żeby myśleć, że mogłabym sama sobie poradzić z „Bancroftem” w czasie twojego urlopu, bez wskazówek od ciebie? Czy też może bałeś się, że spróbuję tego?
Nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi wiodące do sali konferencyjnej i wyszła, zostawiając go stojącego bez ruchu.
Była rozczarowana, że nie dana jej była szansa sprawdzenia się jako tymczasowy prezydent „Bancrofta”, ale zdała sobie sprawę z tego, jak niewiele znaczyła dla ojca, i to przyćmiewało rozczarowanie. Przez całe lata wmawiała sobie, że on ją kocha, ale nie umie tego okazać. Teraz, czekając na windę, czuła, jakby ktoś wywrócił jej świat do góry nogami. Drzwi windy otworzyły się i weszła do środka. Patrzyła na podwójny rząd podświetlonych cyfr, nie wiedząc, który przycisk nacisnąć. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Nie wiedziała, kim tak naprawdę była. Przez całe swoje życie istniała jako córka Philipa Bancrofta. To była jej przeszłość. Jej przyszłość zawsze wiązała się z tym miejscem, ze sklepem. Teraz jej przeszłość okazała się kłamstwem, a przyszłość była… pustką. Z głębi korytarza słychać było zbliżające się męskie głosy. Wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk niższego balkonu, modląc się, żeby drzwi zamknęły się, zanim ktokolwiek ją zobaczy.