Выбрать главу

Balkon ten znajdował się ponad pierwszym piętrem sklepu i biegł przez całą jego długość. Dopiero kiedy podeszła do błyszczącej, mosiężnej balustrady i spojrzała w dół, zdała sobie sprawę, że zupełnie odruchowo przyszła tutaj, w swoje ulubione miejsce. Uchwyciła dłońmi tę chłodną, gładką balustradę. Stała, patrząc w dół na gwarny zamęt panujący między stoiskami. Czuła się wyizolowana i całkowicie samotna w tłocznym domu handlowym przepełnionym ludźmi robiącymi świąteczne zakupy. Z systemu nagłaśniającego płynęły dźwięki kolędy. Na prawo od niej kobiety przebierały w halkach i koszulkach leżących na ladach działu bieliźnianego.

Pani Hollings, kierowniczka tego działu i była szefowa Meredith, sprawowała pieczę nad główną ladą z tym samym surowym niezmąconym spokojem, z jakim robiła to przez całe ćwierćwiecze lat swojej pracy w „Bancrofcie”. Zobaczyła Meredith i uśmiechnęła się lekko do niej, ale Meredith odwróciła wzrok, udając, że nie dostrzegła tego cichego powitania. Odwróciła się, bo nie miała siły, żeby chociaż udać uśmiech.

Klienci przeszukiwali wieszaki pełne jedwabnych peniuarów. Na balkonie, naprzeciwko miejsca, w którym stała, z powodzeniem handlowano szlafrokami. Słyszała głosy, muzykę i ciągły odgłos pracy kas wydających paragony. Nie poruszało jej to wcale. Ponad jej głową rozległy się dźwięki sklepowego systemu przywoławczego: dwa krótkie dzwonki, pauza i jeszcze jeden, to był jej kod wywoławczy. Nie zareagowała. Udało jej się wyrwać z odrętwienia dopiero wtedy, kiedy ktoś przemówił bezpośrednio do niej.

– Czy pani tu pracuje? – zapytała zniecierpliwiona klientka. Czy ona tu pracuje? Meredith z wysiłkiem skoncentrowała się.

– Myślałam – kontynuowała kobieta, wciskając Meredith peniuar – że skoro pani jest bez płaszcza, to pracuje pani tutaj.

– Pracuję – odpowiedziała Meredith. Dzisiaj jeszcze tu pracowała.

– W takim razie proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę peniuary po obniżonej cenie, te które reklamowaliście w prasie? Ten kosztuje czterysta dwadzieścia pięć dolarów, a w niedzielnej „Tribune” reklamowaliście je za niecałe dziewięćdziesiąt.

– Znajdzie je pani na piątym piętrze – wyjaśniła Meredith. Jej kod wywoławczy zabrzmiał znowu, a ona ciągle stała niepewna, czy żegnała się właśnie ze sklepem, ze swoimi marzeniami, czy tylko zadawała sobie ból.

Kiedy jej sygnał zabrzmiał po raz trzeci, podeszła niechętnie do kontuaru w pobliżu stoiska ze szlafroczkami i połączyła się z głównym operatorem sklepu.

– Mówi Meredith Bancroft – powiedziała. – Wywoływaliście mnie?

– Tak, panno Bancroft. Pani sekretarka prosi, żeby pilnie skontaktowała się pani z biurem.

Meredith odłożyła słuchawkę i spojrzała na zegarek. Na to popołudnie miała zaplanowane jeszcze dwa spotkania, zakładając, że uda jej się przez nie przebrnąć, tak jakby nic się nie zmieniło. A nawet jeśli mogłaby to zrobić, jaki byłby sens zmuszania się do tego? Z ociąganiem wykręciła wewnętrzny numer Phyllis.

– To ja – powiedziała. – Kazałaś mnie wywołać?

– Tak, przepraszam, że cię niepokoję – zaczęła i Meredith zorientowała się, słysząc jej smutny, niepewny głos, że spotkanie, które zwołał ojciec, zakończyło się i wszyscy znali już nowinę. – Chodzi o pana Reynoldsa – ciągnęła Phyllis. – Dzwonił dwa razy w ciągu ostatniej półgodziny. Chce rozmawiać z tobą. Zdaje się, że jest bardzo zmartwiony.

Meredith uświadomiła sobie, że Parker też musiał usłyszeć już tę wiadomość.

– Jeśli zadzwoni znowu, powiedz mu, proszę, że skontaktuję się z nim później.

Gdyby usłyszała teraz jego pocieszenia, rozkleiłaby się zupełnie. A jeśli próbowałby ją przekonywać, że może to właściwie i lepiej, że tak się stało, tego też by nie zniosła.

– Dobrze – powiedziała Phyllis. – Za pół godziny masz spotkanie z szefem reklamy. Chcesz, żebym je odwołała?

Zawahała się. Obrzuciła wzrokiem pełnym miłości szaleńczy ruch wszędzie wokół niej. Nie umiałaby ot tak po prostu zostawić tego wszystkiego i odejść. Nie w chwili kiedy sprawa Houston ciągle nie jest załatwiona, a kilka innych projektów wymaga jej zaangażowania. Jeśli zmobilizuje się, upora się z większością pracy w ciągu najbliższych dwóch tygodni i będzie mogła przygotować wszystko dla swojego następcy. Zostawienie nie załatwionych spraw, niedopatrzenie niektórych projektów nie byłoby najlepsze dla jej sklepu. Jej sklepu. Działać na szkodę „Bancrofta” to byłoby tak, jak działać na własną szkodę. Bez względu na to, dokąd pójdzie lub co będzie robić, to miejsce zawsze będzie jej częścią, a ona będzie zawsze jego częścią.

– Nie, nie odwołuj niczego. Niedługo będę w biurze.

– Meredith? – powiedziała z wahaniem Phyllis. – Jeśli to może być dla ciebie jakimś pocieszeniem, zdaniem nas wszystkich, to ty powinnaś była dostać tę pracę.

Meredith zaśmiała się krótko.

– Dzięki – odparła i odłożyła słuchawkę. Te słowa pocieszenia były miłe, ale w tej chwili nie podnosiły jej na duchu.

ROZDZIAŁ 30

Park er zerknął na telefon dzwoniący w salonie Meredith, a potem na nią samą. Stała przy oknie. Była blada i obojętna na wszystko.

– To prawdopodobnie znowu twój ojciec.

– Sekretarka jest włączona – odpowiedziała, wzruszając ramionami. Wyszła z biura o piątej i od tamtej pory odmówiła odebrania już dwóch telefonów od ojca i kilku innych od reporterów pałających chęcią usłyszenia, co czuła, będąc pominięta przy wyborze na tymczasowego prezydenta firmy.

Pełen wściekłości głos jej ojca zabrzmiał zaraz po nagranej przez nią prośbie o zostawienie informacji.

– Meredith, do diabła, wiem, że tam jesteś. Podnieś słuchawkę! Chcę z tobą porozmawiać.

Parker stanął za jej plecami, objął ją i przyciągnął do siebie.

– Wiem, że nie chcesz z nim rozmawiać – powiedział ze zrozumieniem – ale dzwonił już cztery razy w ciągu ostatniej godziny. Może lepiej, żebyś z nim porozmawiała i miała to już za sobą?

Parker nalegał, żeby przyjść do niej i wesprzeć ją na duchu, ale nie chciała teraz niczyjego towarzystwa. Chciała zostać sama.

– Nie chcę teraz rozmawiać z nikim, a szczególnie z nim. Proszę, spróbuj to zrozumieć. Tak naprawdę to chciałabym zostać… zostać sama.

– Wiem – powiedział z westchnieniem, ale nie ruszał się, oferując jej nieme wsparcie. Meredith patrzyła w ciemność za oknami, wyprana z wszelkiej energii. – Usiądź na kanapie – szepnął, muskając ustami jej skroń. – Zrobię ci drinka.

Pokręciła przecząco głową, ale podeszła do kanapy i usiadła w zakolu jego ramienia.

– Jesteś pewna, że dasz sobie radę, kiedy wyjdę? – zapytał godzinę później. – Jeśli mam jutro wyjechać, muszę załatwić kilka spraw, a nie chcę cię zostawiać w takim nastroju. Jutro jest Święto Dziękczynienia. Nie będziesz go chciała spędzić z ojcem, tak jak planowałaś. Wiesz – powiedział nagle decydując się – odwołam mój lot do Genewy. Ktoś inny może wygłosić ten odczyt. Do diabła, nawet nie zauważą…

– Nie! – wybuchnęła, zmuszając się do wykazania energii, jakiej nie czuła. Wstała. W ferworze wydarzeń zapomniała zupełnie, że Parker miał jutro wyjechać na trzy tygodnie, pełne spotkań ze swoimi europejskimi kolegami. Miał też wygłosić inauguracyjny odczyt na Światowej Konferencji Bankowej. – Nie mam zamiaru rzucić się z okna – obiecała z krzywym uśmieszkiem. Oplotła rękoma jego szyję i pocałowała go na do widzenia. – Uroczystą kolację zjem z rodziną Lisy. Do czasu, kiedy wrócisz, będę już miała nowe plany na przyszłość i znowu uporządkowane życie. Zakończę też przygotowania do naszego ślubu.