– Co zamierzasz zrobić w sprawie Farrella? Przymykając oczy, myślała o tym, jak ktokolwiek mógłby poradzić sobie z tyloma komplikacjami, przeszkodami i rozczarowaniami. W obliczu dzisiejszych rewelacji po prostu zapomniała, że ciągle jeszcze była żoną tego odrażającego, niemożliwego…
– Ojciec będzie musiał przestać blokować sprawę Matta w komisji ziemskiej. Tyle przynajmniej jest mi winien – dodała gorzko. – Kiedy to zrobi, każę mojemu prawnikowi skontaktować się z Mattem i zaoferuję to jako gałązkę oliwną.
– Myślisz, że podołasz przygotowaniom do ślubu w takim nastroju? – zapytał łagodnie.
– Podołam i uda mi się to – obiecała, zmuszając się, żeby zabrzmiało to entuzjastycznie. – Pobierzemy się w lutym… tak.
– Jeszcze jedno… – dodał, gładząc jej policzek. – Obiecaj mi, że do mojego powrotu nie przyjmiesz żadnej nowej pracy.
– Dlaczego?
Robiąc głęboki wdech, ostrożnie powiedział:
– Zawsze rozumiałem, dlaczego upierasz się, żeby pracować w „Bancrofcie”, ale skoro nie możesz już tego robić, chciałbym, żebyś może skoncentrowała się na byciu moją żoną. Miałabyś wiele zajęć. Poza prowadzeniem naszego domu, podejmowaniem gości są jeszcze funkcje społeczne, praca na cele charytatywne…
Poczuła w tym momencie rezygnację, jakiej nie zaznała przez całe lata. Zaczęła protestować, ale zniechęcona zamilkła.
– Szczęśliwej podróży – szepnęła, całując go w policzek. Byli w drodze do drzwi, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka domofonu naciskanego w znajomym rytmie.
– To Lisa – powiedziała Meredith. Czuła się winna, bo zapomniała o umówionej z nią kolacji, i sfrustrowana, bo nie zanosiło się na to, aby było jej dane być samą, czego tak potrzebowała.
Nacisnęła przycisk, wpuszczając przyjaciółkę. W chwilę później Lisa wkroczyła do mieszkania zdecydowana zachować radosny uśmiech. Niosła pojemnik z chińszczyzną.
– Słyszałam, co się dzisiaj stało – oznajmiła, przytulając Meredith w krótkim, mocnym uścisku. – Domyślałam się, że zapomnisz o naszej kolacji i że nie będziesz głodna – dodała, stawiając pojemnik na wypolerowanej powierzchni stołu w jadalni. Zdjęła płaszcz. – Nie mogłam znieść myśli o tym, że spędzisz ten wieczór sama, i jestem, chcesz tego czy nie – przerwała, zerkając przez ramię na Parkera: – Przepraszam, Parker, nie wiedziałam, że tu będziesz. Jedzenia starczy dla wszystkich.
– Parker właśnie wychodził – powiedziała Meredith z nadzieją, że tych dwoje zapomni o swoich zwykłych słownych przepychankach. – Wyjeżdża jutro na Światową Konferencję Bankową.
– Ale gratka – powiedziała Lisa teatralnym tonem, rzucając Parkerowi olśniewający uśmiech – będziesz mógł porównać z bankierami z całego świata swoje techniki doprowadzania wdów do bankructwa.
Meredith zobaczyła, jak jego twarz tężeje, a brwi marszczą się z wściekłością. Znowu zdziwiła się przelotnie, że docinki Lisy są niepotrzebnie tak głębokie, ale jej własne problemy usuwały w cień wszystko inne.
– Proszę was! – powiedziała ostrzegawczo, patrząc na dwoje skaczących sobie do oczu ludzi, których kochała. – Nie droczcie się. Nie dzisiaj. Liso, nie przełknę ani kęsa…
– Musisz jeść, żeby mieć siłę.
– Wolałabym zostać sama… naprawdę.
– Nie masz na to najmniejszej szansy. Jak wchodziłam, podjeżdżał właśnie twój ojciec. – Dźwięk domofonu rozległ się na potwierdzenie jej słów.
– Jeśli o mnie chodzi, to on może tam stać przez całą noc – powiedziała Meredith, otwierając drzwi, żeby wypuścić Parkera.
Ten odwrócił się gwałtownie.
– Na miłość boską, nie mogę teraz wyjść, jeśli on jest tam na dole. Będzie chciał, żeby go wpuścić.
– Nie rób tego – Meredith starała się panować nad swoimi emocjami.
– Co u diabła mam powiedzieć, jeśli poprosi, żebym przytrzymał drzwi dla niego?
– Pozwól, Parker, że coś zasugeruję – odezwała się słodko Lisa, biorąc go pod rękę i odprowadzając go w stronę otwartych drzwi. – Dlaczego nie potraktujesz go tak jak pierwszego lepszego zjadacza chleba z wielodzietną rodziną na utrzymaniu, potrzebującego pożyczki z twojego banku: powiedz mu nie!
– Liso – powiedział przez zaciśnięte zęby, wyszarpując ramię z jej uchwytu – chyba naprawdę nauczę się ciebie nienawidzić. – Zwracając się do Meredith, dodał: – Bądź rozsądna, ten człowiek jest nie tylko twoim ojcem, mamy też wspólne interesy.
Kładąc ręce na biodrach, Lisa posłała mu promienny, prowokujący uśmiech.
– Parker, gdzie się podziała twoja niewzruszona postawa, twój mocny charakter i odwaga?
– Pilnuj swojego cholernego nosa. Gdybyś była osobą na poziomie, zorientowałabyś się, że to osobista sprawa, i zaczekałabyś w kuchni.
Ta reprymenda podziałała na Lisę zaskakująco. Zwykle była gotowa znieść tyle, ile sama serwowała. Słowa Parkera wywołały tym razem na jej policzkach rumieniec poniżenia.
– Drań – powiedziała ledwo dosłyszalnym głosem.
Obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku kuchni. Mijając Meredith, powiedziała:
– Przyszłam tu, Mer, żeby cię pocieszyć, a nie denerwować. Poczekam w kuchni. – Kiedy się tam znalazła, otarła łzy, które napłynęły jej do oczu, i ostrym ruchem włączyła radio. – No dalej, Parker, wygadaj się – zawołała i mocno podkręciła gałkę głośności – nie słyszę ani słowa. – Z radia popłynęły dźwięki sopranu łkającego głośno w interpretacji arii z „Madame Butterfly”.
Do salonu dotarł długi, natarczywy dźwięk dzwonka domofonu, który dołączył do pełnego cierpienia, krzykliwego głosu zawodzącego sopranu. Parker nabrał głęboko powietrza, mając równą ochotę na rozbicie radia, jak i na uduszenie Lisy Pontini. Spojrzał na swoją narzeczoną, stojącą o kilka kroków od niego, zbyt pogrążoną w smutku, żeby dostrzec ogłuszającą kakofonię. Złagodniał.
– Meredith – powiedział miękko, kiedy dzwonek domofonu umilkł. – Naprawdę chcesz, żebym to zrobił? Mam go nie wpuścić?
Zerknęła na niego, głośno przełknęła i skinęła głową.
– Zrobię to w takim razie.
– Dziękuję – szepnęła.
Odwrócili się gwałtownie zaskoczeni, słysząc wściekły głos jej ojca wkraczającego do pokoju.
– Do diabła! To musiał być widok, kiedy wślizgiwałem się tu razem z innym lokatorem! Co to jest, jakiś bal? – zapytał agresywnie, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć operowy wrzask wydobywający się z radia. – Meredith, zostawiłem ci w biurze dwie wiadomości, dalsze cztery nagrałem na twojej sekretarce!
Rozzłoszczona jego wtargnięciem zapomniała o zmęczeniu.
– Nie mamy sobie nic do powiedzenia.
Philip rzucił na kanapę kapelusz i wyszarpnął cygaro z kieszeni. Obserwowała, jak je zapalał, i ze stoickim spokojem nie skomentowała tego.
– Wręcz przeciwnie – rzucił, przygryzając zębami cygaro i patrząc na nią. – Stanley nie przyjął prezydentury. Powiedział, że uważa, że nie podołałby temu zadaniu.
Była zbyt zraniona ich wcześniejszym starciem, żeby ta wiadomość zrobiła na niej wrażenie, i rzeczowym głosem powiedziała:
– I w takim razie zdecydowałeś się zaoferować ją mnie?
– Nie, nie zrobiłem tego. Przedstawiłem te propozycje osobie, którą ja… którą zarząd wybrał jako kolejną: Gordonowi Mitchellowi.
Ta przykra dla niej informacja ledwie ją dotknęła. Wzruszyła ramionami.
– W takim razie, po co tu przyszedłeś?
– Mitchell też ją odrzucił. Parker, słysząc to, zdziwił się tak samo jak Meredith.