– Mitchell jest ambitny jak diabli. Wydawałoby się, że głowę by dał sobie uciąć za taką szansę.
– Też tak myślałem. On jednak uważa, że bardziej przyda się sklepowi, pozostając w dziale towarowym. Najwyraźniej dla niego dobro „Bancrofta” jest ważniejsze niż jego własny; splendor – dodał ze znaczącym spojrzeniem w stronę Meredith, oskarżając ją w ten sposób o dbanie tylko o własną sławę. Nie owijając w bawełnę zakończył: – Ty byłaś brana pod uwagę jako trzecia. Dlatego tu jestem.
– Sadzę, że oczekujesz, że skwapliwie skorzystam z szansy? – odparowała zbyt urażona tym, co powiedział wcześniej, żeby móc cieszyć się z tego, co właśnie usłyszała.
– Oczekuję – powiedział, a na jego twarzy pojawiła się złość i niepokojące, krwiste wypieki – że zachowasz się, jak przystało na dyrektora, za którego chyba się uważasz. Rozumiem, że odłożysz na bok nasze osobiste konflikty i wykorzystasz zaoferowaną ci szansę!
– Są inne możliwości, gdzie indziej.
– Nie bądź głupia! Nigdy nie będziesz miała lepszej okazji, żeby nam pokazać, co umiesz.
– Czy dajesz mi właśnie to, szansę udowodnienia, ile jestem warta?
– Tak – wyrzucił z siebie.
– A jeśli się sprawdzę, to co wtedy?
– Kto wie?
– W tej sytuacji nie jestem zainteresowana. Znajdź kogoś innego.
– Do diabła! Nie ma kogoś tak wykwalifikowanego do tej pracy jak ty, i dobrze o tym wiesz!
Wyrzucił to z siebie w eksplozji irytacji, frustracji i desperacji. Niechętnie wypowiedziane przez niego słowa były dla Meredith nieporównanie słodsze niż jakakolwiek inna pochwała. Zaczynało wzbierać w niej podekscytowanie, jakiego odmówiła sobie wcześniej, ale starała się, żeby jej głos zabrzmiał nonszalancko:
– W takim razie przyjmuję tę propozycję.
– Dobrze, przedyskutujemy te sprawy jutro przy kolacji. Mamy pięć dni do mojego wypłynięcia w rejs, żeby omówić sprawy wymagające rozstrzygnięć.
Sięgnął po swój kapelusz, zamierzając wyjść.
– Nie tak szybko – zatrzymała go, próbując się skoncentrować. – Po pierwsze, ale nie najważniejsze, mamy nie załatwioną podwyżkę mojej pensji.
– Sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie, po miesiącu od chwili twojego wprowadzenia się do mojego gabinetu.
– Sto siedemdziesiąt pięć tysięcy rocznie od zaraz – skontrowała.
– Z założeniem – zgodził się gniewnie – że kiedy wrócę z urlopu, twoja pensja wróci do obecnego poziomu.
– Zgoda – powiedziała ponownie.
– W takim razie, wszystko mamy uzgodnione.
– Niezupełnie, jest jeszcze coś, czego chcę od ciebie. Mam zamiar całkowicie poświęcić się pracy, ale mam jeszcze dwie osobiste sprawy, które muszę załatwić.
– Co to za sprawy?
– Rozwód i małżeństwo. Nie mogę przystąpić do tego ostatniego, nie mając pierwszego. – Podeszła do niego. – Wierzę, że Matt zgodzi się na rozwód, jeśli ja zrobię krok ku zgodzie. Takim krokiem może być aprobata jego prośby przez komisją ziemską i dalsze gwarancje, że z naszej strony nie będzie więcej ingerencji w jego prywatne sprawy. Prawdę mówiąc, jestem niemal pewna, że on się na to zgodzi.
Ojciec przypatrywał się jej ze smętnym uśmiechem.
– Naprawdę tak myślisz?
– Tak, ale ty najwyraźniej jesteś innego zdania. Dlaczego?
– Dlaczego? – powiedział rozbawiony. – Powiem ci, dlaczego. Uważasz, że on przypomina ci mnie, a ja nie przystałbym na taką nędzną ofertę. Ani teraz, ani nigdy. Sprawiłbym, że żałowałby dnia, w którym próbował ze mną zadrzeć. A kiedy lak by się już stało, poszedłbym na układ na moich warunkach. Na warunkach, które by mu stanęły kością w gardle!
Poczuła ciarki na plecach, kiedy wyobraziła sobie taki scenariusz wydarzeń.
– Mniejsza o to – nalegała – zanim zgodzę się cię zastępować, chcę, żebyś mi obiecał, że on uzyska zgodę komisji, jeśli ponownie o nią wystąpi.
Zawahał się i skinął głową.
– Zajmę się tym.
– I dasz słowo, że jeśli zgodzi się na bezproblemowy, cichy rozwód, ty nie będziesz ingerował w żadną jego działalność?
– Masz moje słowo, Parker – powiedział, pochylając się, żeby wziąć z kanapy swój kapelusz. – Życzę ci udanej podróży.
Kiedy wyszedł, Meredith spojrzała na Parkera. Uśmiechnął się, kiedy powiedziała miękko:
– Ojciec nie mógł powiedzieć, że mu przykro albo że się mylił, ale jego zgoda na wszystko, o co prosiłam, była sposobem wynagrodzenia mi tamtych przykrości. Nie sądzisz?
– Być może tak było – odpowiedział niezupełnie przekonany. Nie dostrzegła tego i z nagłym, radosnym entuzjazmem oplotła ramionami jego szyję.
– Poradzę sobie ze wszystkim: z prezydenturą, rozwodem i przygotowaniami do naszego ślubu, zobaczysz!
– Wiem o tym – powiedział, uśmiechając się. Objął ją, splatając ręce za jej plecami i przyciągnął do siebie.
Lisa siedziała na kuchennym stole, opierając stopy na siedzeniu krzesła. Zdecydowała, że opera Pucciniego była nie tylko nudna. Była nie do zniesienia. Uniosła głowę i zobaczyła Meredith stojącą w drzwiach.
– Czy Parker i twój ojciec już wyszli? – zapytała wyłączając radio. – Boże, co za wieczór – dodała, kiedy Meredith potakująco skinęła głową.
– Okazuje się, że jest to wspaniały, cudowny, fantastyczny wieczór! – obwieściła Meredith z promiennym uśmiechem.
– Czy ktoś ci już powiedział, że masz niepokojąco nagłe zmiany nastrojów? – zapytała Lisa, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Przed kilkoma minutami słyszała dobiegający z salonu, podniesiony głos Philipa.
– Bądź uprzejma zwracać się do mnie z odrobinę większym respektem.
– Jak chciałabyś, żebym się do ciebie zwracała? – zapytała Lisa, przypatrując się uważnie jej twarzy.
– Co byś powiedziała na: pani prezydent?
– Żartujesz! – wykrzyknęła uradowana Lisa.
– Tylko co do tego, jak się masz do mnie zwracać. Otwórzmy szampana. Mam ochotę to uczcić!
– Tak jest – zgodziła się Lisa, ściskając ją. – A potem możesz mi opowiedzieć, co zaszło wczoraj miedzy tobą a Farrellem.
– To było okropne! – obwieściła pogodnie, wyjmując z lodówki butelkę szampana i zabierając się do jej otwarcia.
ROZDZIAŁ 31
W czasie następnego tygodnia Meredith rzuciła się w wir zajęć w swojej nowej roli tymczasowego prezydenta; podejmowała decyzje ostrożnie i umiejętnie. Spotykała się z zespołem dyrektorów, słuchając ich opinii, sugerując nowe pomysły. W ciągu kilku dni zaczęli darzyć ją zaufaniem i podchodzić do jej działań z entuzjazmem. Jednocześnie udawało jej się wykonywać większość dotychczasowych obowiązków wiceprezydenta. Było to możliwe dzięki kompetencji Phyllis, jej niezachwianej lojalności i chęci do pracy z Meredith po godzinach.
Po kilku dniach wypełniania z powodzeniem podwójnej roli nauczyła się dzielić czas i jej dotychczasowe zmęczenie przemieniło się w euforię. Udało jej się nawet poświęcić trochę czasu przygotowaniom do ślubu. W dziale papierniczym „Bancrofta” zamówiła zaproszenia, a kiedy zadzwonili z działu sukien ślubnych z wiadomością, że mają nowe modele sukien, poszła je obejrzeć. Jedna z nich, obcisła, zdobiona perełkami, ze srebrzystoniebieskiego jedwabiu z głębokim wycięciem karo na plecach, była tym, czego bezskutecznie szukała.
– Jest idealna! – wykrzyknęła z radością, śmiejąc się i mocno ściskając arkusz z modelem sukni. Pracownicy salonu uśmiechali się ujęci jej bezpretensjonalną, udzielającą się radością.
Meredith zasiadła przy rzeźbionym biurku ojca, a wcześniej dziadka z rysunkiem sukni w jednej dłoni i wzorem zaproszeń na ślub w drugiej. Sprzedaż we wszystkich sklepach „Bancrofta” osiągała rekordowe poziomy. Radziła sobie z każdą sprawą, która pojawiła się na jej biurku bez względu na to, jak bardzo była skomplikowana. Miała też wkrótce poślubić najwspanialszego, najlepszego z mężczyzn – człowieka, którego kochała, odkąd była dzieckiem.