Istnieje wiele niewłaściwych powodów odejścia i wszystkie one są klasyfikowane jako chęć ucieczki. Osoba odczuwająca frustrację emocjonalną, trudności w pracy, kłopoty ze zdrowiem lub intensywne rozczarowanie może w momencie słabości zwrócić się do Domu Pożegnań. Jej prawdziwa motywacja jest jednak trywialna. Chce ona ukarać świat uciekając od niego. Nigdy nie należy traktować odejścia jako sposobu odegrania się. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że odejście nie jest zwykłym samobójstwem. Odejście nie jest czynem irracjonalnym powodowanym chęcią zemsty. Jest to pozytywny akt świadomego wyrzeczenia się, głęboko moralny, którego nikt nie powinien traktować lekko, jako możliwości ucieczki. Nie można powiedzieć: nie podoba mi się ten świat, więc odchodzę i cześć. Należy powiedzieć: kocham cię, piękny świecie, ale w pełni zasmakowałem twych radości, a teraz usuwam się, aby inni mogli ich też spróbować. Kiedy zatem po raz pierwszy zaczynamy zastanawiać się nad odejściem, należy zdobyć się na stwierdzenie, czy osiągnęliśmy prawdziwą gotowość, czyli szczerą chęć odejścia z tego świata i zrobienia tego dla innych, czy też chcemy zaspokoić swe ego poprzez gest samobójczy…
Było tam jeszcze więcej w tym samym tonie. Przeczyta to innym razem. Wyłączył ekran.
Tak. Trzeba zatem znaleźć motyw. Chodząc wolno po chłodnych, obszernych pokojach swego starego, podmiejskiego domu Staunt szukał motywów. Zdrowie? Idealne. Był wysoki, szczupły, wciąż silny, miał wciąż własne zęby i gęstą, krótko przystrzyżoną, białą czuprynę. Nie poddał się żadnej poważniejszej operacji od czasu przeszczepu śledziony prawie siedemdziesiąt lat temu. Co roku dokonywał przeglądu arterii i poddawał się regulacji wzroku. Udoskonalał też metabolizm. W jego wieku były to jednak rzeczy normalne. W zasadzie był zdrowy. Przy odpowiedniej opiece lekarskiej, a teraz każdy miał odpowiednią opiekę lekarską, jego ciało mogło sprawnie funkcjonować jeszcze przez długie dziesięciolecia.
Zatem co? Problemy emocjonalne? Wątpliwe. Miał przyjaciół, miał rodzinę, jego życie nigdy jeszcze nie układało się tek pogodnie, jak teraz. Praca? Właściwie już nie pracował. Robił jakieś szkice, jakieś projekty przyszłych kompozycji, ale wiedział, że i tak nigdy się do nich nie zabierze. Niezależnie od tego praca powodowała u niego jedynie miłe skojarzenia. Troska o los świata? Nie, świat rzadko kiedy bywał w lepszej kondycji.
Nuda? Może. Czuł się znużony spokojnym życiem, znużony tym, że był wciąż z czegoś zadowolony, znużony piękną okolicą, znużony życiem. To może być powód. Podszedł do okna salonu i zaczai patrzeć na krajobraz, który dawał mu tyle przyjemności od wielu lat. Trawnik wciąż jeszcze noszący ślady bladości zimowej opadał równo i łagodnie w kierunku strumienia, gdzie rosły kępy przysadzistych roślin.” Pierwsze ślady koloru pojawiały się już na pędach derenia. Krokusy jeszcze nie przekwitły. Ciężkie pąki narcyzów otworzą się koło soboty. Na zewnątrz wszystko było w porządku. Pięknie, jak zawsze o tej porze. Nie wzruszało go to jednak. Myśl, że prawdopodobnie kolejnej wiosny już nie będzie oglądać, wcale go nie zasmuciła. Na tym właśnie polega sprawa — pomyślał Staunt. Chyba dojrzałem do odejścia, bo nie mam ochoty zostać. To prosta sprawa. Zrobiłem wszystko, co chciałem zrobić. Zobaczyłem wszystko, co chciałem zobaczyć. Teraz mogę już odejść. Koło musi się obrócić. Inni czekają na moje miejsce. To najlepsze, co mogę zrobić.
— Połącz mnie z Biurem Spełnienia — zwrócił się do telefonu.
Delikatna twarz kobieca pojawiła się na niewielkim ekranie. Staunt uśmiechnął się.
— Nazywam się Henry Staunt. Wydaje mi się, że jestem gotów do odejścia. Czy możecie przysłać przewodnika możliwie jak najprędzej?
Rozdział 2
W godzinę później, gdy Staunt stał w oknie gabinetu słuchając jednej ze swych ulubionych kompozycji, kwartetu smyczkowego z 2038 roku, zielono-błękitny helikopter opadł na trawnik i zawisł na poduszce powietrznej tuż nad powierzchnią ziemi. Oznakowany był symbolem Biura Spełnienia, kręgiem z poprzeplatanych kół zębatych. Drzwi otworzyły się i ku zdumieniu Staunta z helikoptera wysiadł Martin Bollinger. Bollinger był jego sąsiadem, długoletnim przyjacielem, może najlepszym, jakiego Staunt posiadał. Często odwiedzał Staunta, a ostatnio dyskutowali możliwość napisania przez Staunta muzyki do niektórych wierszy Bollingera. Co jednak robił Bollinger w helikopterze Biura Spełnienia?
Bollinger kroczył zamaszyście w kierunku domu. Był niski, drobny, zwinny, miał błyszczące, ciemne oczy i lśniące, faliste włosy. Staunt oceniał jego wiek na siedemdziesiąt, najwyżej na osiemdziesiąt lat. Jeszcze zupełnie młody. W kwiecie wieku. W obecności Bollingera Staunt również czuł się młodo, chociaż wiedział, że Bollinger nie traktuje siebie jako młodzieniaszka. Również i Staunt nie czuł się jak chłopczyk, kiedy miał osiemdziesiąt lat. Mając jednak sto trzydzieści sześć lat inaczej ocenia się, co jest stare, a co nie.
— Czy można wejść, Henry? — zawołał Bollinger zbliżając się do domu.
— Wpuścić — mruknął Staunt.
. Jeden z czujników odebrał polecenie i przekazał je do frontowych drzwi, które się otwarły.
— Jestem w gabinecie — powiedział Staunt i dom odpowiednio pokierował Bollingerem. Pstryknięciem palców Staunt przyciszył muzykę.
— Zawsze lubiłem ten kwartet — powiedział łagodnie Bollinger, kiwając przyjaźnie głową.
— Ja tez. Miło mi cię widzieć. Staunt objął go na powitanie.
— Dawno nie widzieliśmy się. Ze dwa tygodnie?
— To dobrze, ze przyszedłeś, chociaż, szczerze mówiąc, będę dziś zajęty po południu. Spodziewam się kogoś.
— Tak?
— Kogoś właśnie z tej organizacji, której pojazd pożyczyłeś Jak to się stało, ze używasz ich helikoptera?
— Czemu nie? — zdziwił się Bollinger.
— Nie mogę tego zrozumieć.
— Kiedy udaję się w sprawach służbowych używam służbowego helikoptera.
— W sprawach służbowych?
— Prosiłeś o przewodnika.
— Ty? — Staunt był wstrząśnięty.
— Kiedy powiedzieli mi, kto dzwonił, nalegałem, aby przydzielono mi to zadanie, w przeciwnym razie złożę rezygnację. Dlatego przyjechałem.
— Nie miałem pojęcia, że masz coś do czynienia ze Spełnieniem, Martin!
— Nigdy nie pytałeś.
Staunt uśmiechnął się z zakłopotaniem. — Od jak dawna się tym zajmujesz?
— Niedługo. Osiem czy dziesięć lat. — Dlaczego?
— Poczucie obowiązku. Wszyscy musimy pomagać, żeby koło obracało się płynnie, czyż nie, Henry?
Bollinger podszedł bliżej do Staunta, popatrzył mu prosto w oczy i uśmiechnął się szeroko, zniewalająco, a następnie zapytał szorstkim, agresywnym tonem:
— Co to za historia z tym odejściem, Henry?
— Wpadłem na ten pomysł dziś rano. Wędrowałem sobie po domu, kiedy nagle stwierdziłem, ze właściwie nie ma powodu, żebym tu dłużej pozostawał. Jestem skończony. Dlaczego miałbym się do tego nie przyznać? Koło musi się obrócić. Trzeba zwolnić miejsce.