Выбрать главу

– Nie w cielesnej postaci – odparła. – Jednak możemy opuścić nasze ciała i odwiedzić go jako duchy.

– Niech pani da spokój, pani Vaizey. Tego już za wiele.

– Każdy może opuścić swoje ciało, jeśli chce. Ty też to zrobiłeś, kiedy byłeś bliski śmierci w dzieciństwie.

– No dobrze, załóżmy, że to możliwe, ale jak zdołamy to zrobić?

– Nauczę cię tego, jeśli chcesz. Jednak jeśli opiszesz mi dokładnie, gdzie mieszka ten wuj Umber, sama to zrobię.

– Czy to niebezpieczne? Nie mogę na to pozwolić, jeśli to niebezpieczne.

Pani Vaizey uśmiechnęła się lekko.

– Tak, Jim, to niebezpieczne. Ale całe nasze życie jest niebezpieczne, a przecież nie pozostajemy w łóżkach przez cały dzień, bojąc się wyjść w obawie, że jakiś samolot może spaść nam na głowę albo ziemia rozstąpi się nam pod nogami.

– Jeśli to choć trochę ryzykowne, wolałbym zrobić to sam.

– Nie – odparła stanowczo. – Gdyby twój przyjaciel odkrył, że opuściłeś swoje ciało, nie miałbyś żadnych szans. Przecież nie kładziesz sam instalacji elektrycznej, tylko wzywasz elektryka, prawda? To zadanie również powinieneś zostawić profesjonaliście.

– No cóż… skoro pani tak twierdzi… Jednak nie mogę powiedzieć, żeby mnie to cieszyło. Kiedy chce pani to zrobić? Jutro?

– Dziś. Zaraz. Im prędzej, tym lepiej.

ROZDZIAŁ VI

Pani Vaizey kręciła się po mieszkaniu Jima, przepatrując wszystkie kąty, ustawiając książki i bibeloty.

– Gdzie znajduje się wschód? – zapytała.

– Chyba tam…

– Wschód jest bardzo ważny. Wszystkie złe duchy przybywają ze wschodu. Pozwolisz, że użyję twojej kanapy, dobrze?

– Oczywiście.

– Zejdź do mojego mieszkania, pójdź do kuchni i otwórz lewą szafkę. Znajdziesz w niej dwie mosiężne kadzielnice i paczkę kadzidła. Przynieś je tutaj i zobaczymy, co można dla ciebie zrobić.

– Skąd pani tyle wie o voodoo? – zapytał Jim. – Wiedziałem, że czyta pani horoskopy, ale nie miałem pojęcia, że interesuje się pani także czarną magią.

Pani Vaizey podeszła do kanapy, podniosła rozłożoną na niej gazetę i poprawiła nakrycie.

– Nie zawsze byłam zdziwaczałą staruszką mieszkającą w tanim mieszkanku w Venice.

Mój ojciec pracował dla Departamentu Stanu. Większość dzieciństwa spędziłam we Francji i Maroku, i półtora roku na Haiti. Mieliśmy haitańską pokojówkę, która nauczyła mnie wszystkiego o loa i duchach voodoo. Najważniejszy z nich to Legba, który uwodzi kobiety, Ogoun Ferraille opiekujący się wojownikami w bitwie oraz Erzulie, duch czystości i miłości.

No i oczywiście Baron Samedi, który pożera martwych. Nawiasem mówiąc – dodała pani Vaizey – nie powinieneś nazywać tego „czarną magią”. Niektóre rytuały voodoo są takie same jak w czarnej magii, na przykład ofiara z kurczęcia, jednak ten kult jest mieszaniną obrzędów plemiennych oraz rzymskokatolickich i ma moc ich obu.

– Pójdę po to kadzidło, dobrze? – powiedział Jim.

Po niecałych dwudziestu minutach w jego mieszkaniu było gęsto od dymu kadzidła.

Jedynym źródłem światła była lampka stołowa z brązowym abażurem. Pani Vaizey wyciągnęła się na kanapie i zamknęła oczy, okrywszy swetrem swój pomarszczony, opalony brzuch. Na dywanie rozłożyła gazetę, na której popiołem przyniesionym przez Jima z grilla nakreśliła jakiś skomplikowany wzór.

– Może to być dowolny popiół powstały w wyniku spalenia ciała – powiedziała. Jim miał nadzieję, że parówki od Oscara Mayera mogą być traktowane jako ciało.

Leżąc na kanapie mamrotała długie, monotonne zaklęcia, które wydawały się Jimowi mieszaniną słów łacińskich, francuskich oraz jeszcze innych, z jakiegoś języka, którego nie znał. Rozpoznawał urywki zdań: coś związanego z „sang impur”, czyli złą krwią, i „la mort et la folie” – śmiercią i szaleństwem.

Pozwoliła mu siedzieć i patrzeć na to, jednak musiał obiecać, że nie poruszy się i nie odezwie. Usiadł w fotelu w najdalszym kącie pokoju, ale snujący się wszędzie dym kadzidła wywołał atak kaszlu. Pani Vaizey otworzyła oczy i spojrzała na niego z dezaprobatą, lecz najwidoczniej już zapadała w trans, bo nie mogła skupić wzroku i tylko zamrugała powiekami. Jim otworzył kolejną puszkę piwa, ale jeszcze jej nie tknął. Mamrotanie pani Vaizey było hipnotyzujące, że sam prawie zapadł w trans.

– Libera nos a malo – mruczała. – Panem nost… quotidianum da nobis hodie.

Nagle powietrze w pokoju stało się nieznośnie dusza. Jim na moment ogłuchł, jakby zamknął okno jadącego z dużą prędkością samochodu. Pani Vaizey zadrżała i jej lewa ręka opadła bezwładnie na kanapę. Miała otwarte usta, ale przestała mamrotać, a jej twarz przybrała koi gazety. Wydała ciche westchnienie, potem jeszcze jedno, a potem zwiotczała.

Wyglądała jak martwa.

Ostrzegała go, że tak będzie, lecz mimo wszystko zaniepokoił się. Wstał z fotela, przeszedł przez pokój i przykucnąwszy obok pani Vaizey wziął ją za rękę. Jej palce były suche i bardzo zimne, jak łapki jaszczurki. Wymacał puls, tak słaby, że ledwie wyczuwalny – był to jednak kolejny aspekt opuszczenia ciała.

„Ciało nie może zbyt długo żyć bez duszy. Właśnie to czyni ludzi tym, czym są” – powiedziała mu wcześniej.

Wahał się sekundę czy dwie, ale potem wyciągnął rękę i podniósł powiekę staruszki. Jej źrenice były całkiem białe, jakby doznała wstrząsu mózgu.

– Pani Vaizey? – zapytał cicho. A potem zawołał: – Pani Vaizey! Tu Jim Rook! Słyszy mnie pani, pani Vaizey?

Potrząsnął nią, lecz nie wywołało to żadnej reakcji, tylko głowa opadła jej na bok.

Wydawało się, że staruszka jest martwa – i wyglądała, jakby nie żyła od dwóch lub trzech dni.

– Pani Vaizey? Pani Vaizey? Słyszy mnie pani, pani Vaizey?

Usiadł wygodniej i odprężył się. Puls pani Vaizey był słaby, ale regularny, oddychała też płytko przez otwarte usta, jak ktoś pogrążony w bardzo głębokim śnie.

Podniósł wzrok i poczuł kompletne zaskoczenie. Siedział tu, trzymając za rękę panią Vaizey leżącą na kanapie, a druga pani Vaizey stała przy frontowych drzwiach patrząc na niego.

W pierwszej chwili zaparło mu dech, ale w końcu zdołał wykrztusić:

– Udało się. Mój Boże, dokonała pani tego.

Pani Vaizey nakreśliła w powietrzu skomplikowany znak, co wyglądało jak błogosławieństwo, a potem przemówiła. Jej głos był cichy i odległy, jakby mówiła przez automatyczną sekretarkę w pustym biurze.

– Teraz idę, Jim… – powiedziała. – Przyniosę ci laseczkę loa… i wtedy będziesz mógł… mmmllluuauuu…

Słowa ucichły, odbijając się przeciągłym, zniekształconym echem.

Staruszka stała jeszcze przez chwilę, nadal na niego patrząc, a potem odwróciła się gwałtownie i wyszła przez drzwi. Były uchylone tylko na dwa centymetry, ale wypłynęła przez nie tak samo jak wuj Umber przepłynął przez drzwi gabinetu geograficznego. Jak cień, jak dym.

Kiedy odeszła, Jim spojrzał w dół i stwierdził, że wciąż trzyma rękę pani Vaizey. A właściwie dłoń jej pozbawionego duszy ciała, jeszcze nie martwego, lecz niezdolnego do samodzielnego życia. Ułożył ją na swetrze, a sam usiadł w fotelu i spoglądał na leżące przed nim ciało tak, jak ludzie na lotniskach obserwują drzwi terminalu, czekając na przybycie przyjaciół lub ukochanych.

Sprawdził godzinę. Nadal nie tknął swojego piwa. Była dokładnie 7.06.

O 7.45 wstał i podszedł do okna. Niebo nad Venice miało barwę podbitego oka. Jim nie palił od lat, ale teraz miał ochotę zapalić. Znów zerknął na kanapę. Pani Vaizey nie poruszyła się, chociaż raz czy dwa razy szepnęła coś, czego nie zdołał zrozumieć.