– Co jest, Sukie? – zapytał właściciel psa. – Zachowujesz się, jakbyś zobaczyła ducha.
W końcu Jim dotarł do domu Umbera Jonesa i wzbił się na wysokość pierwszego piętra.
Przez okno ujrzał Tee Jaya siedzącego na kanapie i oglądającego telewizję przy wyłączonej fonii. Chłopieć raz po raz zerkał na zegarek i patrzył w okno. W pierwszej chwili Jim miał ochotę uskoczyć, ale zaraz uświadomił sobie, że chociaż Tee Jay jako uczeń voodoo mógł widzieć Dym, to jednak nie mógł dostrzec jego ducha.
Podpłynął do okna mieszkania Umbera Jonesa. Zasłony były częściowo zaciągnięte, a pokój oświetlały tylko dwie świece z czarnego wosku. Kiedy znalazł się bliżej, zobaczył ciało Umbera Jonesa leżące na łóżku. Jego twarz była pobielona popiołem. Miał na sobie czarny frak, szare spodnie i czarne kamasze, a obok, na poduszce, leżał cylinder. W jednej ręce trzymał fetysz z kurzych kości, paciorków, pierza i kłaczków sierści, znacznie staranniej wykonany niż ten, który wysłał Chillowi. W prawej dłoni ściskał długą laseczkę z jasnego gładkiego drewna, ozdobioną srebrną trupią czaszką.
Laska loa. Symbol mrocznej władzy Umbera Jonesa – jak biskupi pastorał czy królewskie berło. Jim czytał w książkach Sharon o laseczkach loa: jeden wyznawca voodoo przekazywał ją drugiemu, ale nikt nie stawał się jej właścicielem. Taka laska zawsze należy tylko do Barona Samedi, władcy cmentarzy, który w każdej chwili może zażądać jej zwrotu.
Okno sypialni Umbera Jonesa było lekko uchylone, więc Jim wpłynął przez nie jak strumień ciepłej wody. Klimatyzację wyłączono i w pomieszczeniu było nieznośnie duszno i gorąco, a odór kadzidła był tak silny, że Jim niemal się dusił. Dziwne, pomyślał, nie mam ciała, a jednak odczuwam potrzebę oddychania. Pewnie nawet duchy mają płuca.
Zbliżył się do łóżka i zatrzymał, spoglądając na Umbera Jonesa leżącego z szeroko otwartymi oczami o źrenicach czerwonych jak owoce granatu. Jednak jego duch był nieobecny, błądził gdzieś w ciemnościach, a oczy były nieruchome i niewidzące.
Jim ostrożnie wyciągnął rękę nad pogrążonym we śnie ciałem i chwycił laseczkę loa.
Wyczuł ją, ale jego dłoń przeszła przez drewno. Spróbował jeszcze raz, ale nie zdołał chwycić jej w palce. Jakby usiłował podnieść żywego węgorza.
Zaraz jednak przypomniał sobie, co powiedziała mu pani Vaizey: duch działa siłą woli, nie ciała. Siłą ducha jest sama jego istota, zdolność koncentracji, nie skrępowana przez ciało i krew.
Ponownie położył ręce na laseczce i wyobraził sobie, że wysuwa się z dłoni Umbera Jonesa i wpada w jego własna ręce. Wpatrywał się w nią usilnie, próbując ją zmusić, aby poddała się jego woli. Wreszcie poczuł, że laska powoli zaczyna się materializować, gładka, twarda i błyszcząca. Nadal nie wydawała się rzeczywistym przedmiotem i miał wrażenie, że w każdej chwili może mu się wymknąć. Jednak wciąż koncentrował się – chodź, chodź, ty przeklęty, uparty kawałku drewna, mówił w myślach – i laseczka centymetr po centymetrze wysuwała się z ręki Umbera Jonesa.
Gdyby ktoś na to patrzył, ujrzałby, że laska jak zaczarowana wędruje w górę i powoli szybuję do okna. Jim, wcale nie wiedząc o tym, używał swojej energii psychicznej w podobny sposób jak poltergeisty ciskające po pokoju talerzami i meblami.
Musiał skoncentrować całą siłę woli, aby utrzymać laseczkę loa. Jeśli uda mu się donieść ją do okna, zrzuci ją na ulicę, a potem ukryje gdzieś w pobliżu i wróci po nią w swojej cielesnej postaci. Nadal jednak nie wiedział, co powinien z nią później zrobić – złamać, zakopać czy cisnąć do oceanu – a w żadnej z książek Sharon nie wspominano o tym.
Podejrzewał, że najlepszym sposobem na pozbycie się jej byłoby spalenie i rozrzucenie popiołu na cztery wiatry.
Dotarł do okna i ulokował koniec laski w szczelinie lufcika. Spojrzał na chodnik w dole, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. Nie chciał, by jakiś przechodzień podniósł laskę i odszedł z nią nie wiedząc, co to takiego.
Już miał ją rzucić na dół, kiedy po drugiej stronie ulicy; dostrzegł jakiś ciemny kształt. Z początku myślał, że to tylko cień markizy „Amato’s Dęli”, ale po chwili z przerażeniem ujrzał wyłaniającą się z mroku postać Umbera Jonesa, z pobieloną twarzy i jarzącymi się czerwonymi oczami, podążającą prosto do drzwi mieszkania.
Na chwilę zapomniał o koncentracji i laseczka upadła na linoleum podłogi. W panice uklęknął i usiłował ją podnieść, jednak zbyt niepokoiła go wizja zbliżającego się ducha Umbera Jonesa. Próbował raz za razem, ale laska wciąż wymykała mu się z palców. Usłyszał w następnym pokoju głosy – Tee Jaya i Umbera Jonesa i zrozumiał, że chłopiec usiłuje zatrzymać ducha swojego wuja. Wciąż nie mógł podnieść laseczki. Teraz już nawet nie mógł jej wyczuć. Musiał uciekać, zanim Umber Jones odkryje jego obecność i skorzysta z mocy Ghede, każąc mu wchłonąć samego siebie albo ukarze go w jakiś inny okropny sposób.
Już miał wylecieć przez okno, gdy silna, twarda dłoń chwyciła go za ramię. Odwrócono go gwałtownym szarpnięciem i trzykrotnie uderzono w twarz. Policzki były bezgłośne, ale bardzo silne. Jim miał wrażenie, że skręcono mu kark. Upadł, jednak zaraz postawiono go na nogi i stanął oko w oko z duchem Umbera Jonesa.
Ku jego zdziwieniu Umber Jones uśmiechał się.
– Więc nauczyłeś się opuszczać swoje ciało i chodzić po świecie jako duch? – powiedział.
Jim usiłował się wyrwać, ale Umber Jones trzymał go mocno.
– Co sprowadza cię do mojego domu? – zapytał. – Postanowiłeś złożyć mi towarzyską wizytę? Miałeś ochotę na pogawędkę?
Jim obrócił się bokiem do niego, lecz Umber Jones nadal trzymał go mocno za ręce.
Rozejrzał się po pokoju – popatrzył na biurko zasypane różnymi rupieciami, na stoły z talizmanami, amuletami i srebrnymi pudełkami.
– Chyba nie przyszedł pan tu, aby coś ukraść, panie Rook? – zapytał. – To do pana niepodobne. Myślałem, że obowiązkiem nauczyciela jest dawanie przykładu innym.
Zaśmiał się ponuro, a potem dodał:
– Nie… nie sądzę, żeby przyszedł pan tu coś ukraść, prawda? Nie widzę, żeby czegoś brakowało.
Igrał z Jimem, drwił z niego. Z pewnością zaraz wejściu do pokoju dostrzegł leżącą na podłodze łasi loa.
– A może… chwileczkę, co to? – powiedział po dr wuj Umber, spoglądając pod nogi
Jima. – Czy to nie mi laska? Mam nadzieję, że nie zamierzał pan z nią odejść, panie Rook, bo to święta laska. Można nią zapukać do każdych drzwi i wezwać tyle duchów, ile się chce.
Można nią przywołać Ghede i Ougona Ferraille. A nawet Voduna, jeśli ma się odwagę.
– Cholernie dobrze pan wie, co tu robię. To zabijanie musi się skończyć.
Umber Jones przysunął się do niego tak blisko, że prawie dotykali się nosami.
– Zabijanie nigdy się nie skończy, panie Rook. Przynajmniej dopóki wszyscy w tym mieście nie zaczną szanować Umbera Jonesa. Chcę nie tylko ich szacunku, ale także ich pieniędzy i wszystkiego, co wpadnie mi w oko.
– Postradał pan rozum.
– Możliwe, panie Rook. Jednak pan stracił coś znacznie cenniejszego. Stracił pan swoje ciało.
– Naprawdę myśli pan, że zdoła zmusić każdego alfonsa i handlarza narkotyków w Los Angeles, żeby oddawał pani dziewięćdziesiąt procent zysków?