I nagle, ni stąd, ni zowąd, zmiana obiektu. Zbliżenie śluzy, na obrzeżach kadru nogi patrzących. Martin Beck dostrzegł jasne spodnie, stopy w sandałach, a tuż obok półbuty. Obraz zniknął. Lekkie migotanie. Kilka osób na sali wypuściło powietrze z płuc. Martin Beck miął chusteczkę w dłoni.
Ale to jeszcze nie był koniec. Na ekranie pojawiła się przez chwilę niedoświetlona twarz o fioletowych wargach, w okularach inkrustowanych strasem. Na pokładzie A, przy lewej burcie, kelnerka w białej bluzce uderzyła w gong. Tuż za nią z jadalni wyszła Roseanna McGraw, zmarszczyła brwi, spojrzała w niebo, roześmiała się i odwróciła do kogoś wewnątrz. Zobaczyli tylko rękaw z cętkowanego tweedu i kawałek barku. Potem ekran zdominowały białe kółka, obraz odpłynął, zastąpiła go szarość, szarość, szarość.
Śmiała się. Był tego pewien. Czwartego lipca o siódmej wieczorem. Dziesięć minut później, kiedy szwedzki pułkownik i niemiecki major wywrzaskiwali swoje poglądy na temat bitwy pod Stalingradem, zjadła stek, młode ziemniaki i truskawki i napiła się mleka.
Ekran zalało światło. Następne śluzy. Błękitne niebo z obłoczkami. Kapitan z dłonią na telegrafie maszynowym.
– Sjötorp – powiedział Ahlberg. – Dwunasta następnego dnia. Zaraz będą na Vänern.
Martin Beck pamiętał wszystkie szczegóły. Godzinę wcześniej przestało padać. Roseanna McGraw nie żyła. Od dwunastu godzin spoczywała w mule przy falochronie w Borenshult, naga, zgwałcona.
Na pokładzie ludzie wyciągali się na leżakach, rozmawiali, śmiali się, mrużyli oczy od słońca. Pomarszczona arystokratka z Klamath Falls w Oregonie uśmiechała się fioletowo do kamery.
Lustrzana tafla Vänern. Kręcący się ludzie. Obrzydliwy młody człowiek z pokoju przesłuchań w Motali wysypuje z worka do jeziora popiół i żużel. Twarz w sadzach, kwaśne spojrzenie na fotografa.
Nigdzie nie ma kobiety w czarnym swetrze, spodniach khaki i sandałach.
Nigdzie nie ma wysokiego mężczyzny w tweedowej marynarce i sportowej czapce. Przewijały się taśma za taśmą. Vänersborg w wieczornym słońcu. „Diana” cumuje przy nabrzeżu. Chłopiec pokładowy schodził na ląd. Kanał Tröllhatten.
– Na pokładzie dziobowym stoi motorower – powiedział Ahlberg.
Jasne poranne słońce, „Diana” cumuje przy Lilla Bommen. Niżej rufa fregaty „Viking”.
Ujęcie pokładu dziobowego, ludzie schodzą po trapie. Motoroweru nie ma.
Nowe ujęcie. Kobieta o fioletowych wargach siedzi wyprostowana na jednej z łodzi wycieczkowych, panoramowanie ślicznych klombów Zarządu Zieleni Miejskiej, białe kropki w poziomych rządkach.
Migotanie. Koniec. Rozbłysło światło.
Po piętnastu sekundach absolutnej ciszy komisarz Hammer podniósł się z krzesła i popatrzył kolejno na komendanta wojewódzkiego, komendanta i Larssona.
– Pora na lunch, panowie. Na koszt państwa. – Obojętnie zerknął na pozostałych. – A wy, jak mniemam, jeszcze trochę tu zabawicie.
Stenström też wyszedł, miał inne obowiązki.
Kollberg spojrzał pytająco na Melandera.
– Nie, w życiu go nie widziałem – przyznał Melander.
Ahlberg podniósł prawą dłoń do twarzy.
– To pasażer pokładowy – skwitował, odwracając się do Martina Becka. – Pamiętasz naszego przewodnika po statku w Bohus? Wspomniał o kotarze, którą można zaciągnąć, gdyby ktoś chciał się przespać na kanapie.
Martin Beck pokiwał głową.
– Motoroweru nie było tam od początku – powiedział Melander. – Pierwszy raz zobaczyłem go na śluzie za Söderköpingiem. – Wyjął fajkę i pocierał ją palcami. – I wtedy był tam ten facet w sportowej czapce. Króciutkie ujęcie, ukośnie od tyłu.
Kiedy znowu puścili film, okazało się, że Melander miał rację.
Rozdział 20
Sypnęło pierwszym śniegiem. Duże płatki uderzały w okna i natychmiast się topiły, spływając po szybach strugami. W rynnach szumiało, ciężkie krople rozpryskiwały się o parapety.
Mimo że była dwunasta, środek dnia, Martin Beck musiał zapalić lampkę na biurku. Jej miękkie światło padało na rozłożoną teczkę. Resztę pokoju spowijał półmrok.
Martin Beck zgasił ostatnią florydę, uniósł lekko popielniczkę i zdmuchnął popiół z blatu.
Był głodny, żałował, że nie poszedł z Kollbergiem i Melanderem do kantyny.
Dziesięć dni temu obejrzeli filmy przysłane przez Kafkę i wciąż czekali, aż coś się wydarzy. Podobnie jak wszystko w tym śledztwie, nowe tropy zniknęły w dżungli znaków zapytania i mętnych zeznań świadków. Przesłuchaniami, sprawnie i energicznie, zajął się Ahlberg i jego ludzie. Niestety, z miernym rezultatem. Jedyny plus był taki, że żadna z pozyskanych informacji nie przekreślała przyjętej wersji o pasażerze, który mógł wejść na pokład w Mem, Söderköpingu albo Norsholmie i zejść na ląd w Göteborgu. Poza tym nikt nie zaprzeczył, że inkryminowany pasażer – wysoki, normalnej budowy ciała – miał na sobie sportową czapkę, szaro nakrapianą tweedową marynarkę, szare gabardynowe spodnie i brązowawe buty. I nikt nie twierdził, że nie był właścicielem niebieskiego motoroweru marki Monark.
Oficer pokładowy, którego zeznanie wniosło najwięcej, powiedział, że chyba sprzedał bilet mężczyźnie ze zdjęć. Nie pamiętał kiedy, nie potrafił nawet określić, czy to było tego lata.
Równie dobrze mogło się to stać w innym sezonie. Coś mu jednak świtało, że ten mężczyzna, jeśli to rzeczywiście był on, oprócz roweru albo motoroweru miał wędkę i inne wędkarskie akcesoria.
Ahlberg osobiście prowadził to przesłuchanie i wycisnął ze świadka tyle, ile się dało. Martin Beck miał przed sobą kopię protokołu.
„Ahlberg: Czy często się zdarza, że zabieracie podczas rejsu pasażerów pokładowych?
Świadek: Kiedyś było ich więcej, ale zawsze kilku się trafi.
A: Gdzie zazwyczaj wsiadają?
Ś: Wszędzie tam, gdzie cumujemy, albo przy śluzach.
A: A który odcinek jest najpopularniejszy?
Ś: Praktycznie każdy. Często turyści, piesi i ci na dwóch kółkach, wsiadają w Motali albo w Vadstenie, żeby się przeprawić przez Vättern.
A: A na innych trasach?
Ś: Bo ja wiem. Kiedyś zabieraliśmy ich ze Sztokholmu do Oxelösundu i z Lidköpingu do Vänersborga. Ale to się skończyło.
A: Dlaczego?
Ś: Bo się zwalała kupa ludzi. Ci, co mieli kajuty, słono płacili za takie rejsy. To żadna przyjemność tłoczyć się z tabunami paniuś i dzieciaków przewalających się po pokładzie z termosami i kanapkami.
A: Czy coś mogłoby przemawiać przeciwko temu, żeby ktoś wsiadł w Söderköpingu?
Ś: Nie, nic. Mógł dołączyć gdziekolwiek. Przy śluzie. Na tym odcinku jest sześćdziesiąt pięć śluz. Poza tym cumujemy w różnych miejscach.
A: Ilu takich pasażerów może być na pokładzie?
Ś: Jednocześnie? Obecnie rzadko powyżej dziesięciu. Przeważnie dwóch albo trzech. Czasami nie ma ani jednego.
A: Co to za ludzie? Szwedzi?
Ś: Nie. Często cudzoziemcy. Właściwie to może być każdy, kto na przykład lubi statki i jest na bieżąco z rozkładami jazdy.
A: I nie wciąga się ich na listę pasażerów?
Ś: Nie.
A: Czy mogą się stołować z innymi?
Ś: Tak, jeśli tylko zechcą. Najczęściej w drugiej turze. Są ustalone ceny za posiłki. À la carte.
A: Wcześniej powiedział pan, że nie pamięta kobiety na tych zdjęciach, a teraz wydaje się panu, że rozpoznaje tego mężczyznę. Nikt inny, tylko pan jako oficer pokładowy powinien się troszczyć o pasażerów. Prawda?