– Spokojnie, ale wydaje mi się, że był czujny.
– Nie zorientował się?
– Nie ma mowy. Rano siedziałem w samochodzie, potem był dziki tłok. Tylko raz stałem kilka kroków za nim w kolejce do kiosku przy Sankt Eriksplan.
– Co kupił?
– Gazety.
– Jakie?
– Cały plik. Cztery dzienniki poranne i dwie popołudniówki.
Melander zapukał jak dzięcioł, otworzył drzwi i wetknął głowę.
– Chciałbymjuż wyjść. Mogę? Muszę kupić prezenty gwiazdkowe – dodał na swoje usprawiedliwienie.
Martin Beck skinął głową, odłożył słuchawkę, pomyślał: Boże, prezenty – i natychmiast zapomniał, co pomyślał.
Mimo że wracał do domu późno, nie uniknął tłoku. Przedświąteczna gorączka rozpętała się na całego, sklepy były otwarte dłużej niż zwykle.
Małżonka zwróciła mu uwagę, że jest rozkojarzony, ale jej nie słuchał i stracił okazję do repliki.
Rano, kiedy pili kawę, zapytała:
– Masz wolne między świętami?
W pracy nic się nie działo do kwadrans po czwartej, kiedy Kollberg załomotał w drzwi, wszedł i oznajmił:
– Chyba znalazłem jedną, która się nada.
– Od nas?
– Pracuje na Bergsgatan. Będzie tu jutro koło wpół do dziesiątej. Jak się zgodzi, Hammar załatwi jej natychmiast chwilowe przeniesienie.
– Jak wygląda?
– Wydaje mi się, że na swój sposób przypomina Roseannę. Jest bardziej wyrośnięta, trochę ładniejsza i przypuszczalnie cwańsza.
– Coś potrafi?
– Jest u nas od paru lat. Spokojna, fajna dziewczyna. Zdrowa i silna.
– Dobrze ją znasz?
– Prawie wcale.
– Nie jest mężatką?
Kollberg wyciągnął z kieszeni jakąś kartkę.
– Tu masz wszystko, co chcesz wiedzieć. A teraz idę po prezenty gwiazdkowe.
Prezenty gwiazdkowe, pomyślał Martin Beck, patrząc na zegarek. Wpół do piątej. Tknięty nagłą myślą, przysunął do siebie telefon i zadzwonił do kobiety z Bodalsvägen.
– Oj, to pan. Bardzo proszę…
– Dzwonię nie w porę?
– Nie, nie… mąż będzie najwcześniej za piętnaście szósta.
– Jedno proste pytanie: Czy mężczyzna, o którym rozmawialiśmy wczoraj, coś od pani dostał? Chodzi mi o jakiś prezent, pamiątkę, coś w tym rodzaju.
– Nie, nigdy nie robiliśmy sobie prezentów. Widzi pan…
– Był skąpy?
– Powiedziałabym, że bardzo oszczędny. Tak jak ja. Jedyna rzecz…
Milczenie. Niemal słyszał, jak Siv Lindberg się czerwieni.
– Co mu pani podarowała?
– Mały… amulet… a raczej wisiorek… taki tani drobiazg…
– Kiedy mu go pani dała?
– Na pożegnanie… Chciał go mieć… nigdy się z nim nie rozstawałam.
– Zabrał go pani?
– Och, chętnie mu dałam. Zawsze chce się mieć jakąś pamiątkę… nawet jeśli…
– Bardzo pani dziękuję. Do widzenia.
Zadzwonił do Ahlberga.
– Rozmawiałem z Larssonem i z komendantem. Nasz wojewódzki jest chory.
– Co powiedzieli?
– W porządku. Uznali, że nie ma innego sposobu. Chociaż to nie całkiem legalne, ale…
– Nawet w Szwecji nie ma w tym nic niezwykłego. To, co ci teraz zaproponuję, będzie absolutnie nieprawomyślne.
– Już się cieszę.
– Puść wiadomość do prasy, że jesteśmy na dobrej drodze do rozwikłania tej sprawy.
– Dzisiaj?
– Tak, natychmiast. Wiesz, o co chodzi?
– Jasne. Cudzoziemiec.
– Otóż to. Na przykład: Osoba od dawna poszukiwana przez Interpol w związku z zabójstwem Roseanny McGraw została aresztowana przez amerykańską policję.
– A my od początku wiedzieliśmy, że sprawcy nie ma już w Szwecji.
– Coś w tym stylu. Najważniejsze, żeby to pchnąć jak najszybciej.
– Rozumiem.
– Poza tym byłoby dobrze, gdybyś tu przyjechał.
– Natychmiast?
– Tak jakby.
Do pokoju wszedł goniec. Martin Beck przytrzymał słuchawkę ramieniem i otworzył telegram. Był od Kafki.
– Co pisze? – spytał Ahlberg.
– Dwa słowa: „Zastawcie pułapkę”.
Rozdział 26
Policjantka Sonja Hansson rzeczywiście przypominała Roseannę McGraw. Kollberg miał rację.
Siedziała u Martina Becka w fotelu dla gości, z dłońmi na kolanie, i patrzyła na niego szarymi oczami. Miała ciemne włosy uczesane na pazia, grzywka przesłaniała lewą brew.
Zdrowa szczera twarz chyba nie widziała makijażu. Wyglądała góra na dwadzieścia lat, ale Martin Beck wiedział, że ma dwadzieścia pięć.
– Przede wszystkim powinnaś wiedzieć, że to jest absolutnie dobrowolne – zaczął. – Jeśli chcesz, możesz odmówić. Wybraliśmy ciebie, bo naszym zdaniem najlepiej się do tego nadajesz. Po pierwsze, dzięki powierzchowności.
Dziewczyna odgarnęła grzywkę z czoła i spojrzał na niego pytająco.
– Po drugie – kontynuował Martin Beck – mieszkasz w śródmieściu i nie masz męża ani, że się tak wyrażę, stałego narzeczonego, prawda?
Sonja Hansson skinęła głową.
– Mam nadzieję, że będę mogła wam pomóc. Ale co jest nie tak z moją… powierzchownością?
– Pamiętasz Roseannę McGraw, tę Amerykankę, która została zamordowana latem na Kanale Götajskim?
– Czy pamiętam? Pracuję w wydziale, który zajmuje się uciekinierkami, i przez jakiś czas byłam włączona w tę sprawę.
– Wiemy, kto to zrobił, mieszka tutaj. Przesłuchałem go, zeznał, że był na statku, kiedy to się stało, i że ją spotkał, ale twierdzi, że nic nie słyszał o morderstwie.
– Nic nie słyszał? Przecież tyle się o tym pisało.
– Mówi, że nie czyta gazet. Zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Wydaje się absolutnie szczery, szczerze odpowiada na pytania. Nie mogliśmy go zatrzymać i już go nie śledzimy. Liczymy tylko na to, że znowu to zrobi, i dlatego tu jesteś. W charakterze jego kolejnej ofiary. Oczywiście, jeśli się zgodzisz i uznasz, że dasz radę.
– O, jak milo – skwitowała Sonja Hansson, wyłuskując papierosa z kieszeni żakietu.
– Jesteś dość podobna do Roseanny i chcielibyśmy, żebyś posłużyła za przynętę. Co mogłoby się odbyć następująco: Idziesz do jego biura, do ekspresowej firmy przewozowej na Smålandsgatan, gdzie jest szefem ekspedytury, zamawiasz transport, flirtujesz z nim, zostawiasz adres i numer telefonu. Musisz go sobą zainteresować. Potem trzeba tylko czekać i nie tracić nadziei.
– Przesłuchiwaliście go. Czy nie będzie podejrzliwy?
– Wypuściliśmy kilka informacji, które powinny uśpić jego czujność.
– Więc mam go uwieść. Ciekawe jak? A jeśli mi się uda?
– Nie obawiaj się, będziemy w pobliżu. Ale najpierw musisz się zapoznać ze sprawą. Przeczytasz wszystkie materiały. To bardzo ważne. Musisz być Roseanną McGraw, musisz się do niej upodobnić.
– Co prawda grywałam w teatrze szkolnym, ale najczęściej role aniołków albo muchomorów.
– No tak. Jakoś to będzie. – Martin Beck zamilkł na kilka sekund. – Nie mamy innego wyjścia. On potrzebuje bodźca i my musimy mu go dać.
– Okej, spróbuję. Mam nadzieję, że sobie poradzę. Ale to niełatwe.
– Teraz wszystko przejrzyj, raporty, filmy, protokoły przesłuchań, listy, zdjęcia. Potem się spotkamy i porozmawiamy.
– Teraz?
– Tak. Dzisiaj. Hammar załatwi ci wolne u szefa na Bergsgatan, dopóki się z tym nie uwiniemy. Aha, jeszcze jedno. Musimy się rozejrzeć po twoim mieszkaniu. I musimy dorobić zapasowe klucze. Resztę omówimy później.
Po dziesięciu minutach zostawił ją w gabinecie sąsiadującym z pokojem Kollberga i Melandera. Z łokciami na biurku zasiadła do lektury pierwszego raportu.