Выбрать главу

– Zjeżdżaj i załóż coś na siebie, kurwo.

Maurze zrobiło się żal dziewczyny, tak brutalnie potraktowanej przez Jacka. Jej samej nigdy by coś takiego nie mogło spotkać, bo za nią stała rodzina. Z jakiejkolwiek zresztą rodziny by pochodziła, nie sprzedawałaby się za parę funtów mężczyźnie, który mógłby być jej ojcem.

Gdy Leonie, zawstydzona i zła, wyszła z pokoju, Garry powiedział:

– Słowo daję, Jack, te dzisiejsze dzieciaki to same problemy, co?

Jack nie odpowiedział.

Siedzieli dalej w milczeniu. Upłynęło dwadzieścia minut aż pojawił się Ken Smith, ale dla Jacka Sterna była to cała wieczność.

***

Trzy mile dalej, pod opuszczoną stodołą Jacka Sterna, stał duży biały transit. Trzej potężni mężczyźni, o ponurych facjatach, ładowali do samochodu paczki z koką. Pracowali, nie odzywając się do siebie. Nieco dalej, przy tej samej drodze dwaj nieumundurowani policjanci zaparkowali nieoznakowaną sierrę. Bacznie obserwowali załadunek. Jeden liczył paczki wynoszone z budynku.

– Od cholery w tym kasy, sierżancie.

Był absolutnie oszołomiony widokiem takiej ilości koki. Ten drugi skinął tylko głową i palił papierosa, obserwując pracujących mężczyzn.

***

– A więc przejdźmy do interesów.

Jak tylko Ken się pojawił, Maura przejęła inicjatywę. Kenny i Jack czuli się nieswojo i starali się na siebie nie patrzeć. Zbierało się jej na śmiech, gdy ich obserwowała. Dwaj dorośli mężczyźni. Czy oni wszyscy są dziećmi w przebraniu? Niejednokrotnie w obecności facetów odnosiła takie wrażenie.

– Co wiecie o Vicu Joliffie, a przede wszystkim, gdzie się teraz podziewa?

Jack usiadł na poręczy wytartej skórzanej kanapy i potrząsnął głową.

– To jakiś żart czy co? Nie możemy zdradzać takich informacji. Nikt by nam więcej nie zaufał. Prawda, Ken?

Kenny milczał. On wiedział, jak poprowadzić tę rozgrywkę

– Z tego żyjemy, o tym mówię.

– Serce mi pęka z żalu nad tobą, Jack. A co z innymi twoimi źródłami utrzymania? Mam na myśli handel kokainą i crackiem. Towarem, który odbierasz z małego lotniska w Kent? Czy mam dalej wyszczególniać źródła twoich dochodów?

Garry patrzył Jackowi prosto w oczy.

– Są ludzie, którzy mogliby podejrzewać, że chcesz im wejść w paradę. Mógłbym wymienić z tuzin takich, którzy nie byliby zadowoleni, wiedząc, że podkupujesz ich wtyki w Harwich, Gatwick i Heathrow. Przyjaźnie w urzędach celnych mogą cię drogo kosztować. Rozmawiałem ze swoim starym kumplem, jest grubą rybą, i twoje nazwisko często powracało w rozmowie. Zabawne, co?

Benny zaczął się śmiać.

– Mogę go uświadomić, Gal?

Garry zarechotał i kiwnął głową.

– Widzisz, Jack, tak się składa, że mamy zaprzyjaźnionego glinę, który kręci się koło twojego warsztatu. Nawet teraz, kiedy my tu sobie gawędzimy. Jest takie powiedzenie: „znaleźne należy do znalazcy”. Więc jeśli znajdziemy trzysta kilo koki, to nieźle się obłowimy, prawda? Jack zawsze wiedział, kiedy przegrywa.

– Mówiły nam też jaskółki, że ty i Vic trzymacie teraz ze sobą. A skoro jesteś także naszym przyjacielem, powinieneś podzielić się z nami tym, co wiesz.

– Kto wam to powiedział?

Jack pytał z niepokojem w głosie. Ryanowie wiedzieli, że już go mają. Garry roześmiał się.

– Żeby było śmieszniej, jeden z twoich dawnych informatorów, Mały Sammy. Pamiętasz go? Jakieś piętnaście lat temu doniosłeś psom na niego… chodziło o rabunek i narkotyki. Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie ścigali cię za podatki. A tak przy okazji, czy w końcu cię dopadli? Sammy pracuje teraz w jednym z moich kasyn, ale nadal ma swoje kontakty tu i tam. Jak zasięgaliśmy języka na twój temat, wprost nie mógł się doczekać, kiedy nam wszystko opowie. Nie jesteś lubiany, wiesz o tym?

Maura odczekała, aż Jack przetrawi tę informację, po czym rzekła krótko:

– Dość tego pieprzenia. Gdzie jest Vic Joliff?

Jack milczał. Kenny patrzył na niego w napięciu.

– Lepiej im powiedz, stary.

Był zmartwiony uporem kumpla.

– A co ty im powiedziałeś?

Kenny wzruszył ramionami.

– Wszystko, co wiedziałem. Myślałem, że zamierzasz się skontaktować z nimi osobiście.

– Ty skończony kretynie…

Benny śmiał się do rozpuku.

– Nieładnie tak traktować gościa. Basil Fawlty z hotelu „Zacisze” lepiej by się spisał.

– Posłuchaj mnie, gnojku. Vic naszedł mnie tak samo jak wy teraz. Żądał, żebym was wszystkich zlikwidował, nie wyłączając Maury. Powiedziałem nie. Wiele razy mnie proszono, żebym kogoś z was załatwił, zwłaszcza ciebie, Benny. Nie jesteś lubianym chłopczykiem… szczerze mówiąc, jesteś bardzo nielubianym chłopczykiem. Ale też mówiłem nie. Trafiają do mnie z dziwnymi prośbami. Pewien szaleniec chciał mnie nawet zatrudnić do sprzątnięcia Margaret Thatcher, ale nie zrobiłem tego. Ktoś mnie kiedyś prosił, żebym załatwił Karola, bo źle traktuje Dianę. Łapiecie, o co mi chodzi? Nie każdą robotę biorę. To się nazywa biznes i będę wam wdzięczny, jeśli przestaniecie wtykać nos w moje sprawy. Ja nigdy nie pytałem o wasze. A jeśli chodzi o kokę, jest to moja koka. Moja, psiakrew, nie wasza. Kosztowała mnie kupę szmalu, a wy mi ją kradniecie. To rozbój w biały dzień. Każda paczka jest warta dwadzieścia dziewięć tysięcy.

– Kupa szmalu, fakt. Ile jest dwadzieścia dziewięć tysięcy razy trzysta?

Benny śmiał się, gdy zwracał się z tym pytaniem do Lee. Udawał, że sam też liczy.

– Ja pierdolę, ale forsa! – zawołał.

Wszyscy zarechotali, a Jack miał wrażenie, że śni mu się jakiś koszmar. Najgorsza była świadomość, że na pewno się z niego nie obudzi.

Maura popatrzyła na niego i zapytała poważnie, przerywając ogólną wesołość.

– Więc Vic prosił cię, żebyś nas wszystkich załatwił, a ty mu odmówiłeś, dobrze rozumiem?

– Tak, do tego by się to sprowadzało.

Głos Garry’ego nie zdradzał żadnych emocji, gdy wtrącił:

– Ludzie, jeżeli w to uwierzycie, uwierzycie we wszystko!

Garry rozejrzał się po pokoju i zatrzymał wzrok na Kennym Smithie.

– Kenny?

– Tak, Gal?

– Czy my wszyscy mamy wytatuowane na czołach „dupki”?

Jack westchnął ciężko. Najbardziej cierpiał z powodu koki.

– Do kurwy nędzy, Gal…

Ale Garry i Benny wstali już z krzeseł. Jack instynktownie zakrył twarz rękami. Garry wyjął z kieszeni kawałek ołowianej rurki. Gdy uderzył nią Jacka w twarz, w pokoju dał się słyszeć głośny trzask. Jack upadł na kolana, a spomiędzy palców jego rąk zasłaniających nos zaczęła sączyć się krew. Benny znowu ryknął śmiechem.

Wychodząc, Maura skinęła na Kena, żeby poszedł za nią.

Był jej wdzięczny.

– Zostawmy to im. Chodźmy do kuchni, zrobię herbatę. – Uśmiechnęła się blado. – Będzie mówił, a wtedy wreszcie dowiemy się, co jest grane.

Poszedł za nią do dużej, supernowoczesnej kuchni.

– Dziękuję za pomoc, Ken.

– Nie jestem z siebie zadowolony. Jack ma swoje racje, wiesz o tym.

Wiedziała, że nie może brać ich pod uwagę.

– Minęły już czasy gry zgodnej z regułami, Ken. Teraz jest wojna. Musimy dostać tego wściekłego sukinsyna Joliffa. To nie żarty.

Kenny kiwnął głową.

– Tyle i ja wiem. Dla mnie bez cukru, Maws. Jestem na diecie.

Tak jak Maura wiedział, że nie ma sensu rozwodzić się dalej nad czymś, czego nie można uniknąć i czemu nie można zapobiec. Rozmawiali więc o jego córeczce i o poszukiwaniu przez niego odpowiedniej niani. Kiedy zadzwonił telefon Maury, szybko pozbyła się rozmówcy, nadając głosowi zniechęcające brzmienie. Zawodowstwo, pomyślał, spodobało mu się to.

– Przywieź kiedyś małą do mojej mamy. Będzie zachwycona – powiedziała, spojrzawszy znowu na niego.

Kenny uśmiechnął się. Chętnie to zrobi. Matka Ryanów była przemiłą staruszką, dobrze gotowała, i w ogóle. Pamiętał, jak wpadali tam z Michaelem i Geoffreyem po każdym poważniejszym skoku i dostawali za jednym zamachem dobre śniadanie i alibi.